Facebook Google+ Twitter

W teatralnej toni

Skok na głęboką wodę – tak w kilku słowach można podsumować widowisko „Aquarius”. Premierowe przedstawienie, które obecnie gości na deskach pierwszej prywatnej sceny w Łodzi.

Logo nowego Łódzkiego teatru / Fot. Materiały z konferencji prasowejTeatr w dzisiejszych czasach trudno uznać za medium masowe. Tym bardziej należy się cieszyć, że we „włókienniczym mieście” znalazł się śmiałek, który ponownie tchnął życie w zrujnowany budynek dawnego kina „Przedwiośnie” i postanowił stworzyć nową, artystyczną inicjatywę. Tomasz Filipiak, pomysłodawca Teatru V6 i zarazem reżyser debiutu, dość odważnie postanowił wypłynąć na szerokie, teatralne wody i złowić na wędkę serca potencjalnych widzów.

Podwodne życie

Głównym bohaterem nowatorskiego przedstawienia jest woda. To ona nadaje rytm i niesie życie. Widz ma wrażenie, że wpatruje się w wielkie szklane akwarium, obserwuje wodne żyjątka. Przed jego oczami przepływają barwne rybki, wielki żółw i inne bliżej niezidentyfikowane stworzenia.

Dopiero, gdy na scenę wdzierają się płetwonurkowie podwieszeni na linach, gdy pojawia się ogromna kotwica i Kadr ze spektaklu / Fot. materiały z konferencji prasowejsieć rybacka, publiczność zdaje sobie sprawę, że twórcy przedstawienia zaproponowali wszystkim zgromadzonym na widowni wspólne nurkowanie. Głębokie zanurzenie w wodnych czeluściach odległego gwiazdozbioru „Aquarius”, mówiąc mniej górnolotnie konstelacji Wodnika.

Artystyczna forma wyrazu tego przedsięwzięcia także świadczy o tym, że autorzy zdecydowanie wolą płynąć pod prąd niż z prądem. Wbrew obowiązującym trendom, stworzyli niebanalne widowisko utrzymane w konwencji cirque nouveau (forma performansu nawiązująca do tradycyjnej sztuki cyrkowej), choć sami twierdzą, że są „teatrem ruchu”.

Trzeba przyznać, że ruchu na scenie nie brakuje. „Aquarius” łączy w sobie subtelną pantomimę, żywiołowy taniec, cyrkową klaunadę i mrożące krew w żyłach akrobatyczne triki. Dodatkowo te atrakcje okraszono popisami głosowymi w formie wokalizy (śpiew polegający na wykonywaniu melodii na jednej samogłosce) na żywo.

Na pierwszy rzut oka baśniowa opowieść płynie bez zarzutu. Jest jednak jeden istotny element, który zdecydowanie zakłóca odbiór. Konstrukcja opowieści, bo o niej mówię, zdecydowanie ciągnie występ w kierunku morskiego dna zamiast być kołem ratunkowym, które pomaga wykonawcom bez zbędnego wysiłku utrzymać się na teatralnej powierzchni.

Twórcy sztuki zrezygnowali z tradycyjnej fabuły na rzecz serii krótkich etiud. Z założenia mają one zapewnić dowolność interpretacji. Niestety w praktyce ten patent zupełnie się nie sprawdził. Otwarta formuła sprawiła, że do spektaklu wkradł się zamęt, a opowiedziana historia stała się nieczytelna. Widz, zamiast zachwycać się formą i plastyką ruchu, desperacko poszukuje sensu w zmieniających się obrazach. Próbuje w chaosie odnaleźć choćby odrobinę logiki.

Niekulturalny żółw

kadr ze spektaklu / Fot. materiały z konferencji prasowejPrzez te niedociągnięcia umykają gdzieś efektowne projekcje wideo służące za scenografię i muzyka inspirowana odgłosami wody. Rozmywają się popisy taneczne występujących artystów.
W rezultacie wszyscy wykonawcy odgrywający role ryb zlewają się w jedną barwną ławicę,
trudno więc oceniać umiejętności taneczne poszczególnych osób. Właściwie jedyną wyrazistą postacią jest żółw, który raczy zebranych „fizjologicznym dowcipem”. Moim zdaniem, trochę płytkim, jak na przedstawienie tego typu, choć z pewnością wywołującym poruszenie. Dorośli krzywią się z niesmakiem, dzieci są zachwycone. Pewna mała dziewczynka, słysząc te niezbyt kulturalne odgłosy, wstała i z oburzeniem zwróciła żółwiowi uwagę słowami: „Mówi się przepraszam”. To chyba najlepszy dowód, że nawet takie niewybredne „zabiegi artystyczne” mają w teatrze swoje uzasadnienie.

Bez wątpienia ta 50 minutowa wyprawa do podwodnego świata spełzłaby na niczym, gdyby smaku i koloru artystycznej inscenizacji nie dodały Anna Krawczyk-Filipiak (autorka tryskających feerią barw i urzekających formą kostiumów) i Maria Wikło (twórca prawdziwie bajkowej charakteryzacji).

Po obejrzeniu przedstawienia pozostaje niedosyt. W pamięci, niczym zdjęcia robione pod wodą, pozostają przede wszystkim dwie sceny: genialny występ akrobatki Moniki Jabłońskiej wijącej się wdzięcznie w sieci i synchroniczny rybi taniec z fluorescencyjnymi wstęgami. Mimo pewnych braków spektakl dość dobrze rokuje na przyszłość. Młodzi artyści, którzy wchodzą w skład nowej grupy mają to, co najważniejsze, fantazję i odwagę, by realizować niestandardowe projekty. Mam nadzieję, że debiutanci z czasem poczują się na teatralnych deskach, jak ryba w wodzie, a Teatr V6 na stałe wpisze się w łódzki, fabryczny krajobraz.


Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (1):

Sortuj komentarze:

+

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.