Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

28039 miejsce

W tej samej gestapowskiej i ubeckiej celi

Śp. hm. Zygmunt Imbierowicz wspominał swoje losy. Jako harcerz dwukrotnie został osadzony w tej samej celi, w Gnieźnie. Przez Niemców i przez Polaków. Za patriotyzm.

Autor wspomnień: Z. Imbierowicz. / Fot. Ze zbiorów autoraZygmunt Imbierowicz jako dziecko mieszkał w Kłecku, małym wielkopolskim miasteczku niedaleko Gniezna. Należał do miejscowej Drużyny Harcerskiej im. Mieszka I. Już w czasie wojny został członkiem Szarych Szeregów. Uczył się i przygotowywał do walki. Ale wałczyć mu nie dano. Tak wspominał moment aresztowania:
17.VIII.1944 roku nasza harcówka, w której znajdowało się 6 harcerzy, została otoczona przez żandarma i 4 miejscowych Niemców z psami. Aresztowano nas i odstawiono do Gniezna. Na drugi dzień czterech z nas wypuszczono, a mnie i Włodka zatrzymano i osadzono w więzieniu. Miano nas wywieźć do obozu w Żabikowie koło Poznania, ale dzięki usilnym staraniom naszych rodziców w listopadzie 1944 roku zostaliśmy wypuszczeni i oddani pod dozór policji. Tak zakończyła się moja pierwsza konspiracja, gdyż będąc pod nadzorem policyjnym, skrajną nieodpowiedzialnością byłoby narażanie siebie i innych.

Po wyzwoleniu w 1945 roku druh Zygmunt rzucił się w wir pracy harcerskiej. Został drużynowym. Tak wspominał pierwsze lata powojenne:
W tym czasie następuje silny rozwój harcerstwa – drużyna liczy 50 harcerzy. Jesteśmy dobrze nastawieni do nowej rzeczywistości. Bierzemy czynny udział w życiu społecznym i kulturalnym. Starsi harcerze wstępują do MO, pomagamy w referendum w 1947 roku. Ja zostaję radnym miejskim z ramienia ZHP. Przyświecał nam cel wskazany na lilijce: Ojczyzna, Nauka, Cnota. To się jednak nowym władzom nie podobało – chcą zniszczyć tradycyjne harcerstwo, a nas traktują podejrzliwie.
Jeszcze w lipcu 1948 roku organizuję obóz Harcerskiej Służby Polsce, na którym wykonujemy szereg prac społecznych, łącznie z elektryfikacją wsi. Podobozów było dziesięć. Potem było już coraz gorzej. Drużyny starszoharcerskie rozwiązano, a wielu instruktorów musiało z ZHP odejść. Odszedłem i ja.
By ocalić wolność i tradycję, zakładam tajną organizację harcerską o kryptonimie „Mężne Serca”. Odkryto ją stosunkowo szybko, bo już 29 stycznia 1949 roku. Zostałem wraz z innymi aresztowany.


>>> Poznaj sylwetkę hm. Zygmunta Imbierowicza

I najciekawsze relacja, po aresztowaniu przesłuchanie:
Śledztwo, jakie przechodziłem w Gestapo w sierpniu 1944 roku, też w Gnieźnie na ul. Koszarowej (Sobieskiego), było bardziej ludzkie, mimo że był to wróg. W UB doświadczyłem najgorszego upodlenia, torturowania, znęcania się nad pobitą i skatowaną ofiarą. Ślady śledztwa do dzisiaj pozostały na moim ciele. Siedziałem w piwnicy pod wartownią. Nie mogę spokojnie opisywać tego, co tam przeżywali zatrzymani. Dlatego dzisiaj pomijam ten temat.
Okropność polegała na tym, że robili to Polacy – bracia i pseudo Polacy. Jednym z nich był oficer śledczy Englert z Gniezna, podobno z przyzwoitej polskiej rodziny. Zawsze elegancko ubrany, w wyglancowanych oficerkach. Znęcał się na równi ze swoim kolegą, chyba Ukraińcem lub Białorusinem, na co wskazywała jego wybitnie niecenzuralna polszczyzna. Nie pamiętam jego nazwiska. Na przesłuchania w dzień i noc doprowadzał mnie najmłodszy Kabociński, brat Floriana Kabocińskiego z Kłecka, mój dobry znajomy. Miał dwóch braci. Jeden z nich był agentem Gestapo i pracował w Kłecku u Niemca. Po wojnie został aresztowany przez UB i został ich agentem. Zginął w potyczce z oddziałem WiN pod Gnieznem, jako ubowiec. Natomiast Florian Kabociński, zięć pp. Baumertów, naszych sąsiadów, był strażnikiem w więzieniu na Franciszkańskiej. Był przyzwoitym człowiekiem, przynajmniej w stosunku do mnie.
W mojej sprawie aresztowano m.in. Jerzego Garskiego i Ludwika Zdziuję, obaj z Kłecka, Zenona Andrzejewskiego ps. „Jędruś”. Ten chłopiec przechodził wyjątkowo okrutne śledztwo, ponieważ nie chciał mnie obciążać i nie przyznawał się do magazynowania broni, mimo zeznań Zbigniewa Błaszczyka i Zdzisława Giżyckiego, którzy również tam przebywali, ale nie w celach. Kiedy my przechodziliśmy straszne śledztwo, Błaszczyk i Giżycki grali w ping-ponga w świetlicy i trenowali boks w rękawicach bokserskich. Znęcanie się nad „Jędrusiem” było tak przygotowane i stosowane, abym je słyszał i wiedział, że on się przyznał. Tymczasem on w konfrontacji trzymał się bardzo dzielnie i nic nie powiedział, mimo że wiedział bardzo wiele.

[…]
Po raz drugi przekraczałem bramę znanego mi już więzienia z okresu wojny. Pierwszy raz trafiłem tam po śledztwie w Gestapo w sierpniu 1944 r. za przynależność do nielegalnej organizacji harcerskiej. Różnica polegała na tym, że teraz słyszałem ojczystą mowę, widziałem polskie mundury i orzełki na czapkach. Reszta bez zmian. Trafiłem nawet do tej samej celi. Kiedyś, zerwany ze snu, zameldowałem się po niemiecku: „Achtung zelle 28 bestand 7 Mann”. Oberwałem za to od siepacza Kaczmarka – nieprzeciętnej kanalii o bandyckich instynktach. Chciał mnie własnoręcznie udusić. Osadzając mnie w karcerze, straszył, że powiesi mnie na kracie żelaznej, pozorując samobójstwo. Powiedział: „Wiem, że jesteś w bandzie i jesteś jej hersztem, ale i tak nie wyjdziesz, zginiesz w kryminale”.
[…]
Kwarantannę prawie miesiąc odbywałem w izolacji w pojedynce, aż do rozprawy. Rozprawę miałem 29 marca 1949 r. w Rejonowym Sądzie Wojskowym w Poznaniu, odbyła się w trybie doraźnym – to tyle, co sąd polowy. Bronił mnie adwokat Ziętek, a sądził sąd w składzie: przew. Szef WSR ppłk dr Mieczysław Janicki, sędzia z-ca szefa WSR mjr Aleksander Borowski, asesor z WSR por. Andrzej Kruszka. Wyrok: 5 lat więzienia na podstawie dekretu z dn. 13.06.1946 r. o przestępstwach szczególnie niebezpiecznych w okresie obudowy Państwa Polskiego. Wróciłem do więzienia w Gnieźnie już do cel zbiorowych. Siedziałem z panami Knostem z Witkowa, Marianem Murawskim z Gniezna, dentystą Gnacińskim, leśniczym „Sroką” Sroczyńskim. Byliśmy więźniami politycznymi, choć traktowano nas tak samo jak zwykłych kryminalnych. Mówiło się wtedy o straconych młodych chłopcach, braciach o nazwisku Klawiter. Wyrok na nich wykonano w kartoflarni, strzelano w tył głowy już na schodach. Robili to wyznaczeni funkcjonariusze więzienni w asekuracji ubowców. Ciała zabitych chowano na posesji więziennej w ogrodzie lub wywożono na polne drogi za miasto, najczęściej w rejony leśne i tam zakopywano, skrzętnie maskując wszelkie ślady.

A potem przyszły Wronki:
Był tam kwiat polskiej młodzieży i inteligencji. Ilu nas było? Myślę, że około 7 – 8 tysięcy. Spotkałem tam biskupa z Gdańska, hrabiego Potockiego, szefa WiN z Leszna, wspaniałych żołnierzy i oficerów AK, NSZ, powstańców warszawskich i prostych, szarych ludzi z wileńskiego AK i z Wołynia. Co za wspaniali ludzie, bezimienni bohaterowie! Ile hartu ducha i woli przeżycia w nich było, ile prostego, prawdziwego patriotyzmu! A przeszli już przez NKWD, Gestapo, potracili rodziny.
[…]
Pod koniec wyroku trafiłem do obozu pracy przy kopalni „Knurów”. Pracowaliśmy pod ziemią. Praca była ciężka, niewolnicza, ale życie okazało się prawie sielanką w porównaniu do tego, co było w Gnieźnie i we Wronkach.
[…]
Po moim powrocie z więzienia odwiedziło mnie sporo przyjaciół, znajomych, sąsiadów. Koledzy, kiedyś bliscy, porobili kariery, więc tylko raz dwóch przyszło wieczorem i zaniepokojeni rozglądali się, czy nikt ich nie widział. Byli na tyle uczciwi, że powiedzieli wprost, że nie mogą mi pomóc ani spotykać się ze mną. Pierwszym, który mnie odwiedził i wyściskał, był Edward Pieroński, mój były drużynowy, a po nim Jerzy Garski, stary przyjaciel. Oni i kilku innych nie bali się.
[…]
Nad jeziorem spotkałem Z. Giżyckiego, zaoferował mi pomoc. Podziękowałem mu za to i za „pomoc” udzieloną mi przy aresztowaniu. Przyznał się do współpracy w tamtym czasie z UB. Uważał, że postąpił słusznie i nie żałował niczego. Dzięki temu zrobił karierę polityczną w aparacie powiatowym ZMP.

Wspomnienia harcmistrza Zygmunta Imbierowicza można przeczytać w książce: „Harcerskie historie” pod redakcją Jerzego Grzywacza, Bogdana Radysa, Grzegorza Ruty i Dariusza Szczeciny.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (3):

Sortuj komentarze:

skaut jest zawsze uśmiechnięty :)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Druha Zygmunta poznałem bodajże w 1995 roku, rozmawialiśmy wielokrotnie. Pomimo ciężkich życiowych doświadczeń zawsze był uśmiechnięty i pogodny. Jak prawdziwy skaut.
Polecam: link

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jedna z wstrząsających historii. Jak to dobrze , że ją przypomniano.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.