Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

5222 miejsce

W Warszawie dużo się buduje, ale... bez ładu i składu

Warszawa jest od wielu lat jednym wielkim placem budowy. Takim, na który niespecjalnie ktoś ma pomysł i wie, co z nim zrobić.

 / Fot. miastospoleczne.plI nie mówię tu wcale o wykopkach przy okazji budowy metra. Mówię o tym, jak socrealistyczna Warszawa zderzyła się nagle ze współczesnością. Spokojne miasto z epoki PRL nagle musiało otworzyć się na kapitalizm. I co nam z tego wyszło? Architektoniczny bałagan.

Kilka tygodni temu Grzegorz Piątek objął funkcję Naczelnika Wydziału Estetyki Urzędu M. St. Warszawy. Dlaczego mnie to cieszy? Pierwsze pytanie, jakie zadali mu dziennikarze, to kiedy z naszych ulic znikną reklamy. Szybko odpowiedział, że oczywiście ważna jest estetyka, ale że zależy mu też na urbanistycznym uporządkowaniu Warszawy. Osobiście też nie znoszę reklam, które dosłownie „paskudzą” to miasto, ale jeśli chodzi o miejską przestrzeń, to mamy dokładnie ten sam bałagan, jak z reklamami.

Rowerzyści kontra kierowcy

I wiem, że czeka go naprawdę trudne zadanie. Ilu warszawiaków, tyle pomysłów na to, jak powinno to miasto wyglądać czy funkcjonować. I tu właśnie widzę pokłosie Warszawy PRL-u. Pierwszym przykładem jest odwieczna nienawiść między pieszymi, rowerzystami i kierowcami. Dlaczego? Bo w PRL postawiono głównie na transport samochodowy. „Maluchy”, Fiaty i Polonezy sunęły więc drogami. Nikt nawet nie myślał o korkach. A na rowerach jeździło się na wsi do sklepu.

I nagle ten kapitalizm, który bez pukania wkroczył do stolicy wywrócił wszystko do góry nogami. Wraz z zachodnimi samochodami pojawiły się korki. Inni dostrzegli, że rower to też środek transportu. Wraz z brakiem miejsca na drogach, zaczęła się wojna.

Deweloperzy kontra parki

Socrealistyczni architekci odbudowali Warszawę na zupełnie nowy sposób. Żeby zerwać z przedwojenną ciasnotą wybudowali oddalone od siebie bloki, zaprojektowali parki, postawili na zieleń. I wszystko by było dobrze, gdyby nie to, że wraz z kapitalizmem do Warszawy przywiało nowych ludzi, którzy poszukiwali miejsc pracy, lepszych zarobków. I tak zaczęła się kolejna wojna.

Może teraz się narażę kilku osobom, ale symbolem tej wojny jest dla mnie warszawskie Powiśle. Jedno z najbardziej zielonych, jeśli nie najbardziej zielone miejsce w Warszawie. Z drugiej strony nie da się nie zauważyć, że w świetnej lokalizacji. Wraz z przyrostem ludności przyszli więc deweloperzy, którzy kupowali tam działki i dziś stawiają tam bloki.

Lokalni mieszkańcy walczą tam o każdą piędź ziemi i każde drzewo. Nie chcą słyszeć o budowie kolejnego bloku, nie rozumieją dlaczego odbiera im się to, co mieli za oknem przez ostatnie kilkadziesiąt lat. Na nic tłumaczenia, że na Powiślu jest ogromny Park Rydza Śmigłego i prawda jest taka, że w przyszłości będzie on musiał wystarczyć mieszkańcom.

Biurowce na wygony!

I w końcu coś, czego nie było i czym w PRL raczej nikt się nie martwił – biurowce. Odszedł PRL, a przyszła przedsiębiorczość, firmy. Te musiały gdzieś się pomieścić, zaczęto więc budować w górę. I co się stało? Mamy kolejną wojnę.

Nigdy nie zapomnę wypowiedzi na jednym z forów, gdy ktoś napisał „Chcą budować biurowce? To niech to robią za Warszawą! Niech zagospodarują wygony pod miastem!”. Taki argument często pojawia się też przy inwestycjach deweloperskich, kiedy rodowici warszawiacy, wyganiają tych nierodowitych poza miasto.

Mam wtedy wrażenie, że nie do końca rozumiemy, jakie ryzyko podejmujemy, przeganiając firmy precz za miasto. Skoro ktoś ma wybudować biurowiec na warszawskim wygonie równie dobrze może wybudować go w jednej z podwarszawskich miejscowości, płacić mniejsze podatki. I tym samym biurowców nie będzie, ale i pieniędzy w miejskiej kasie też nie.

A może by tak…

I tu przypomina mi się zabawne dosyć wystąpienie Grzegorza Piątka na warszawskie konferencji TEDx. W żartobliwej formie opowiadał wtedy o ważnych rzeczach. Jak bardzo w PRL-u rozrzedziliśmy Warszawę, jak mało zostało nas w centrum i jak dużo nas na przedmieściach. I nasuwa mi się pytanie, co jest złego, by budowa w Warszawie była gęstsza? Dlaczego nie możemy mieszkać w centrum, jeśli tak naprawdę moglibyśmy? Dlaczego nie możemy tu stawiać biurowców, choć powinniśmy?

Wystarczy tylko rozsądnie to zaplanować. I tu liczę tak bardzo na Grzegorza Piątka. Warszawie potrzebne są wszystkie funkcjonalności. Potrzebne jest warszawskie City, z najwyższej klasy biurami, które przyciągałoby zachodnie firmy. Biurowce nie muszą się rozlewać po Warszawie, wystarczy, że się tę zabudowę dobrze rozplanuje. Tu dla mnie dobre przykłady to odchodzące do lamusa stare biurowce, tak jak Ilmet przy rondzie ONZ, który zostanie rozebrany, żeby w jego miejsce powstał nowoczesny, ciekawy architektonicznie budynek. Nie tyle szuka się nowej przestrzeni, po prostu lepiej zagospodarowuje się obecną.

Wielkie nadzieje

Musi być miejsce na parki, muszą być ławki, muzea, galerie, ale też miejsce na nowe inwestycje, bo w okresie, gdy zamknięte były dwie stacje metra z Tarchomina do centrum jechało się tyle, co pociągiem z Łodzi do Warszawy i przynajmniej bez przesiadek. Muszą być ścieżki rowerowe, muszą być parkingi.

A to znaczy, że musi być ktoś, kto tego wszystkiego przypilnuje. Ciężkie zadanie przed Grzegorzem Piątkiem, ale mam nadzieję, że postawi na swoim i pomoże nam posprzątać urbanistyczny bałagan. A miejscy urzędnicy, jeśli mu nie pomogą, to przynajmniej nie będą mu w tym przeszkadzać… ale to już temat na osobny artykuł.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (2):

Sortuj komentarze:

zgadzam się, nie chciałem żeby artykuł był za długi, ale problem jest też to, że wraz z rozlewającą się Warszawą i innymi miejscowościami też musi iść rozlewająca się infrastruktura, zarówno drogi, ale też przedszkola, szkoły. Nie ma pieniędzy więc i tak niespecjalnie idą na to pieniądze, ale to co w końcu się wydaje na osiedla wypychane coraz dalej można by było inwestować w Warszawie. Nie zawsze trzeba poszerzać ulice, czasem wystarczy mądrze zaplanowany wiadukt, parking, więcej autobusów... to samo z przedszkolami, te na obrzeżach pękają w szwach, podczas gdy te w centrum bywają puste... to znowu jest wina rozlewania się miasta. wszystko to kwestia rozsądnego planowania. nie może być tak, że w centrum mamy parki, a na obrzeżach zabudowę, powinno być odwrotnie. w swoim wystąpieniu Piątek żartował, że trzeba góry wokół Warszawy wybudować, ale tak naprawdę w przenośni powinno się to zrobić.

Komentarz został ukrytyrozwiń

"Bo w PRL postawiono głównie na transport samochodowy."
- postawiono tak pod warunkiem wszakże, że ilością samochodów (przydziałami) będzie sterować jedynie słuszna partia. Kapitalizm przyniósł wszędzie ten sam problem - zakorkowane są również małe miasteczka, spółdzielnie rozpaczliwie rozbudowują miejsca parkingowe poza osiedlami, na podwórkach wiejskich domów stoją pod dwa samochody(często z dodatkowym, firmowo-zarobkowym), przy nowo budowanych willach na obrzeżu rozpełzajacego się miasta budowane są conajmniej dwumiejscowe garaże. W tradycyjne, kultywowane w małych miastach dni targowe, kiedy zjeżdżają do miasta mieszkańcy okolicznych wsi - przejscie przez ulicę graniczy z samobójstwem, bo "stare" miasto nie da się rozciągnąć, a poszerzanie ulic nie wszędzie da sie zrealizować.
Tak więc problem komunikacji i ciasnoty ulicznej dotyczy również małych miast, bo czasy, kiedy dzieci uciekały na widok warczącego potwora dawno minęły. :)
Oczywiście - skala inna, ale problem ten sam.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.