Facebook Google+ Twitter

Waglewski, Fisz i Emade zagrali w poznańskim Eskulapie

Raz na cztery lata zdarza się, że mamy dzień 29 lutego. Dlatego tak niezwykły dzień spuentowany został magicznym wieczorem w klubie Eskulap w Poznaniu. O godzinie 20 na scenę wkroczyli muzycy, którzy wydali niedawno płytę pt. "Męska muzyka" - Waglewski, Fisz i Emade.

Na basie, gdy nie śpiewał, Fisz Waglewski. / Fot. Adam WidełkaBrzydki budynek poznańskiego Eskulapa tego wieczoru zmienił się w pełny fantazji i poetyki klub. Powodem tego niecodziennego zjawiska był koncert Waglewskich z okazji wydania płyty pod tytułem "Męska muzyka". Był to koncert z trasy, która jest zjawiskiem jednorazowym – stąd pewnie niesamowita frekwencja. Klub pękał w szwach, choć o godzinie 19, o której otworzono drzwi, nic na to nie wskazywało.

Byłem pod Eskulapem na tyle wcześnie, że podsłuchałem próby dźwięku i już wtedy wiedziałem, że będzie niesamowicie. Improwizowany blues, mający na celu rozgrzanie instrumentów, wywołał ciarki na moich plecach. Muszę jednak powiedzieć, że trochę mnie zniesmaczyła organizacja. Na tak małej sali, nie posiadającej balkonów, stawianie krzeseł na środku, a miejsca stojące robić po bokach i z tyłu, nie było pomysłem trafionym. Mimo tego, ludzie bawili się świetnie.

O godzinie 20 zgasły światła. Po chwili napięcia tłumu, w oświetleniu fioletowych żarówek na scenę wszedł Marcin Masecki. Pianista wprowadził nas w niesamowity stan – jego solo na instrumencie spowodowało spontaniczną owację. Nie mniejsze brawa wtórowały Wojciechowi Waglewskiemu przy wykonaniu pierwszego utworu wieczoru – "Chromolę". Materiał, jaki zespół przedstawił, opierał się na zawartości krążka "Męska muzyka". Pozamieniane kolejności i momentami zmienione aranżacje spowodowały, że album można traktować jako szkic tego, co muzycy potrafią zrobić na żywo. A te solówki! A improwizacje! Stałem z otwartymi ustami i chłonąłem każdy dźwięk.

Aplauz publiczności wywołali Fisz i Emade, którzy pojawili się w kolejnych utworach. Emade zajął miejsce za perkusją, Fisz chwycił bas. Muszę stwierdzić, że nie posądzałem tych panów o to, że z taką pasją władają tymi instrumentami. Zaskoczył mnie Emade, który uderzał w bębny z iście piekielną mocą. Zgrabne przejścia i trzymanie rytmu spowodowało, że naprawdę jego gry słuchałem z wielką przyjemnością.

Wszyscy muzycy ubrani byli bardzo elegancko. Jedynie Fisz wyszedł na scenę w nieodłącznej czapce. Jednak z powodu gorąca płynącego z publiczności i samego zaangażowania występujących, marynarki powędrowały na kolumny. W czasie koncertu momentami brzmieli jak hard rockowa kapela. Gdy trzeba – jazzowali intrygująco. Naprawdę umieli się w tym nie pogubić.

Zespół prawie w komplecie - Wojciech Waglewski, Emade, Marcin Masecki (z tyłu Piotr Koala). / Fot. Adam WidełkaGdy Fisz śpiewał, bas przejmował Piotr Koala, dodatkowy muzyk, który jednak nie grał na płycie. A Fisz śpiewał fenomenalnie. Z manierą, z luzem, dysponując bardzo ciepłym głosem. Ojciec wtórował mu w chórkach, co zresztą zabawnie skwitował: – Do czego to doszło, że u synów w chórkach śpiewam. Humor artystów nie opuszczał – Marcin, który zbierał największe owacje, momentami grał wręcz na stojąco. Wyginał się, machał rękami, uśmiechał i stroił miny. Jego sola na pianinie, zwłaszcza w genialnym "Badminton", po prostu rzucały na kolana. Najczęściej właśnie jego Wojciech Waglewski wybierał do muzycznych dialogów.

Numery z płyty były bardzo rozbudowane. Rozszerzenia o improwizacje doczekały się "Zimno", "Sport" (z genialnym czadowaniem pomiędzy zwrotkami) i "Męska muzyka". Jednak największą niespodzianką był utwór wykonany na bis. Po głośnych i nieustających brawach duet Waglewski-Masecki zaintonował przebój Voo Voo – "Jak gdyby nigdy nic". Publiczność śpiewała razem z panem Wojtkiem, który był wyraźnie zaskoczony.

Na drugi bis była powtórka utworu "Badminton", która rozciągnęła się do prawie 10 minut, gdzie pojawiły się sola pianina, harmonijki ustnej, na której grą od mniej więcej połowy koncertu czarował nas Bartosz Boruta Łęczycki,
wplatając w improwizację np. fragment melodii "Smoke on the water" Deep Purple.

Podsumowując – wieczór był bardzo udany. Miałem wrażenie, że nie znajduję się w Eskulapie w Poznaniu, ale w jakimś klubie jazzowym. Tak dużej porcji wspaniałych dźwięków poznańska publiczność nie usłyszy jeszcze długo. Bardzo żałuję, że trasa jest pomysłem jednorazowym, bowiem tak pięknej muzyki nie słyszałem bardzo dawno. Oni nie grali muzyki – oni się nią bawili. Czapki z głów.

Zobacz też:
Męska muzyka warta Poznania

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (6):

Sortuj komentarze:

Fotki nie powinny sie ukazac w ogole ;)

Komentarz został ukrytyrozwiń

No już za jakiś czas fotki będą lepsze, bo może kupię jakiś lepszy sprzęt, albo kogoś najmę:) Bibol, będzie masakra, oni na żywca rozwalają... Płytka, jak pisałem, to tylko punkt wyjścia do tego, co te chłopaki robią z tym na żywo... :)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Tekst fajny (o fotach już pisano;). Tylko jedna prośba - błagam, popraw ten "29 luty" na "29 lutego", bo aż oczy bolą patrzeć ;)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Zdjecia mogles odpuscic, tekst spoko, rozpaliles moje nadzieje przed poniedzialkiem:)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Na tej drugiej fotce jest jednak widoczny Fisz z basem, ale, w sumie jakby go nie było.. więc podpis jest dobry :)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Ale wam fajnie, że byliscie na tym koncercie.
Panowie w Warszawie mają zagrać pojutrze, ale obejdę się smakiem :-(
Dzięki za relację

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.