Dzień zakochanych, dzień serduszkowy, walentynki. Czy pomagają nam w miłości? Czy są tylko w pewnym stopniu jej dopełnieniem?
Patronem tego święta jest św. Walenty. Dlaczego akurat on patronuje zakochanym? Jedna z teorii głosi, iż był opiekunem epileptyków i chorych umysłowo. A czyż stan zakochania nie przypomina obłędu?
Pieniądze na wybiegu
Witryny sklepów przyozdobione pluszowymi, czerwonymi serduchami, przesłodzonymi maskotkami, czerwonymi wstęgami i innym paskudztwem. Zaplecza zapełnione walentynkowym badziewiem, wściekle czerwonymi gadżetami, niby to symbolizującymi miłość. Wszędzie czerwono. Aż mdli. Dla kogo to wszystko? Dla tych zakochanych, czy dla „bossów” podmiejskich sklepików?
Mówią, że miłości nie można kupić, ale jeśli miłość dałoby się pojąć w sposób materialny, to 14 lutego, jej koszt można przyrównać do ceny aksamitnej koszulki dla pań czy do eleganckich kalesonów dla panów. Kiczowatych miśków, jaśków czy innej tandety z napisem LOVE.
14 luty nie jest łatwym dniem dla listonoszów. Otóż, to oni dźwigają nasze wyznania. Z pocztowych neseserów wysypuje się cuchnąca papeteria z wyznaniami od tajemniczych wielbicieli. Kartki zabazgrane tandetnymi wierszykami „jeśli zgadniesz kto to taki, to dostaniesz dwa buziaki…”
W czasie tego całego miłosnego szaleństwa trzeba pamiętać, że istnieją też inne, prostsze i bardziej tradycyjne sposoby wyznawania uczuć. Istnieją słowa, które wypowiedziane z należytym uczuciem mogą mieć ogromna siłę rażenia. Może czasem wystarczy po prostu powiedzieć „kocham Cię!”? Może wystarczy przytulić? Wystarczy po prostu być? Czy nie jest to bardziej wartościowe niż kupione w pobliskim markecie czekoladki z uśmiechająca się z etykiety krasulą?
Niektórzy zasypują się miłosnymi wyznaniami na co dzień. Rzucają deklaracje na lewo i prawo. Ogłaszają wszem i wobec jak potężne jest ich uczucie. Tak… Dobrze, gdyby rzeczywiście kończyło się na publicznym wyznawaniu uwielbienia. Niektórym do pełni szczęścia - na nieszczęście innych - potrzeba namacalnych dowodów. Publicznych dowodów. Idąc chodnikiem rzucają się sobie po szyjach. Jadąc miejską komunikacją myziają się po rękach. Siedząc w kawiarni patrzą na siebie głodnym wzrokiem. Można odnieść wrażenie, jakby zaraz chcieli siebie zjeść!