Facebook Google+ Twitter

Wałęsa – człowiek z kontrowersji

Niedawne posunięcia wdowy po gen. Czesławie Kiszczaku rezonują w polskich mediach. Wczoraj IPN udostępniła dokumenty.

Jako do najistotniejszego w kontekście odnalezienia materiałów dotyczących TW Bolka na wstępie należy się odnieść do nikczemnego procederu dyskredytowania w oczach Świata wizerunku polskich bohaterów narodowych, bohaterów, których mamy tak mało, a którymi powinniśmy się szczycić.

Wspieranie swoich
Otóż niedopuszczalnym jest poddawanie w wątpliwość ich postawy i charakteru sugestiami, iż nasz naród i nasze państwo aprobują kreowanie na bohaterów dowolne osoby niezależnie od prawdy historycznej na ich temat. Niedopuszczalnym jest czynienie zdarzeń przygodnych: z faktu, że rotmistrz Pilecki nie był agentem Gestapo, NKWD czy UB; z faktu, że Jan Paweł II nie był TW SB, kryptonazistą, kochankiem Ireny Kinaszewskiej, ani heretykiem; z faktu, że Piłsudski nie był podwójnym agentem, alkoholikiem ani alfonsem; czy z faktu, że Kopernik nie był krzyżackim kolaborantem, plagiatorem, czy dzieciobójcą. Niedopuszczalnym jest czynienie z tych wszystkich faktów spraw, które równie dobrze, co rzeczywiście nie zajść, mogły zostać zamaskowane przez "Polaków dbających o swój wizerunek".

Niezdolność do zrozumienia tego mechanizmu przez dziennikarzy, a więc ludzi informacji, jest szczególnie żenująca. Gdyby życie było takie proste, że dla wykreowania jakiejś opinii, w tym czyjegoś wizerunku, wystarczyłoby wypowiedzenie jak największej ilości dowolnych kłamstw czy półprawd w jego obronie, nikt nie robiłby nic innego jak prześcigał się w łganiu. Tymczasem tym, co naprawdę daje siłę perswazji, jest podawanych informacji wiarygodność. Więc gdyby wszyscy klakierzy Wałęsy wierzyli, że dla dobra Polski trzeba kłamać w trosce o jej wizerunek, ściemnialiby przede wszystkim (czy po prostu milczeli) na temat tego, że na temat Wałęsy „należy kłamać”, udając się, że „zaprzeczają jego agenturalnej przeszłości tylko i wyłącznie z troski o prawdę i historyczną rzeczywistość” a nie o wizerunek Polski, a „dla Polski byłoby nawet lepiej, by Wałęsa okazał się agentem, ale tak nie było”. Potępianie badania sprawy Bolka przy jednoczesnym krzyczeniu wniebogłosy o tym, jak to nasza historia powinna być zaciemniona czy wręcz zakłamana, to zwykła hipokryzja i najlepsza droga do tego właśnie, by cały Zachód uznał najświatlejsze karty naszej historii, państwo bez stosów, odsiecz wiedeńską, ojczyznę Żydów, cud nad Wisłą, za mistyfikacje bądź naciągactwa.

Ostatni resort tej linii obrony stanowi wyrzut, jakobyśmy byli narodem nie preferującym siebie ponad innych, autokrytycznym, nie potrafiącym orędować w swoich sprawach, a nawet zawistnym, podczas gdy wszyscy inni we własnych sprawach wykazują zdrową stronniczość. Że też takim obrońcom nie przyjdzie do głowy, że skoro istnieje wskazywana przez nich u innych uniwersalna zasada skłaniająca ludzi do preferowania samych Swoich, to podlegają jej również Polacy, tylko stronniczość ta zawarta jest właśnie w części poparcia dla Lecha Wałęsy a nie w części krytyki wobec niego - a obrońcy nie zauważają jej, bo jest to ich własna stronniczość. Część centrowo nastawionych ludzi, w tym ja sam, byłaby bardziej rada, gdyby Wałęsa okazał się być legendą bez skazy. Nie taka jest jednak prawda i my tę prawdę uznajemy pod przymusem rzeczywistości a nie z radością. Elity zachowują się jak nastolatka przeglądająca się w lustrze, oceniając się na 8 w skali do 10, i myśląca: zaraz zaraz, wszyscy są stronniczy wobec siebie, tymczasem ja jestem obiektywna, 8-semką i na tyle się też oceniłam, może powinnam oficjalnie się oceniać na 10, jak zrobiłby każdy. I nie przyjdzie jej do głowy, że to te 8 jest już naciągniętą oceną, jako że ona sama wydaje ja o siebie, a naprawdę jest być może 6-ką albo 4-ką.

Jeśli elitom tak bardzo przeszkadza polski autokrytycyzm, to może niech zaczną od wycofania przez Kwaśniewskiego przeprosin za Jedwabnem, stawiając nasz wizerunek przed tak w tej sprawie „rozrachunkami” i „oczyszczeniem”.

Dyskusyjność dokumentów
Drugim w skali ważności tematem związanym z nowymi materiałami w sprawie TW Bolka jest zespół argumentów jakimi posługuje się establishment w celu podważenia wiarygodności tych dokumentów. Zaczyna się od zakwestionowania znaczenia teczek („w których nie wiadomo, co się znajduje”), tak jakby Kiszczakowa liczyła na skup przez IPN-owi makulatury a Kiszczak cierpiał na zbieractwo, przez ponad ćwierćwiecze gromadząc śmieci. Ale przede wszystkim jakby chodziło o dokumenty stanowiące zwrot w sprawie agenturalnej przeszłości Lecha Wałęsy (których okazanie się fałszywymi oczyszczałoby byłego prezydenta z zarzutów), podczas gdy sprawa agentury Wałęsy jest już dawno prześwietlona.

Po tym następuje zakwestionowanie autentyczności dokumentów, znów tak jakby Kiszczakowa liczyła na sprzedaż IPN-owi podróbek a Kiszczak przez ponad ćwierćwiecze trzymał własne fałszywki. Pada nieodłączna wtedy infantylizacja: czemu mamy wierzyć SB-kom? - pytanie, w którym zawarte jest założenie, że skoro SB-ek jest zły, skoro kłamstwo jest złe, to SB-cy kłamią dla samego kłamania. Pojawia się tu a la hollywoodzka wizja dobra i zła, w którym są to bliźniacze strony, wzajemnie zwalczające się na płaszczyźnie tego, że jedna dąży do tego co słuszne a druga do wszystkiego co niesłuszne. I jej autorom nie przyjdzie do głowy nie tylko fakt, że ci źli SB-cy nie dezinformowali przecież sami siebie ani nie wprowadzali w błąd swoich przełożonych. Przede wszystkim nie przyjdzie im do głowy fakt, że samo działanie Służby Bezpieczeństwa nie odbywało się w konwencji cnót i przywar. SB-ek archiwizujący donosy nie opatrywał ich odpowiednimi bądź nieodpowiednimi kodami, ze względu na swoją prawdomówność bądź zakłamanie, tylko dlatego, że było to potrzebne do odpowiedniego ułożenia teczek. Nie opatrywał ich odpowiednią pieczęcią ze względu na jej słuszność, tylko dla celów weryfikacyjnych. SB-cy naprawdę nie sikali na deskę toaletową tylko dlatego, że tak je źle...

Owszem każda agentura, tak występująca po ciemnej jak i po jasnej stronie mocy, może mieć interes w sfałszowaniu jakichś raportów, jak to miało miejsce w przypadku broni biologicznej w Iraku. Jednak takie odkrycia ewentualności fabrykowania materiałów przez SB, jakich co rusz w mediach dla obrony Wałęsy dokonują historyczni laiccy, gdyby były autentyczne, zwiastowałoby nam przewrót w całej metodologii badań historycznych. Czy ludzie ci naprawdę uważają, że historycy mający do czynienia z archiwami oraz tajnymi dokumentami nie wypracowali procedur ich analizy i potrzebują pouczeń o możliwościach ich fałszowania? Nie tylko metod oceny poszczególnych dokumentów (grafologicznych, sfragistycznych czy materiałowych), ale też ewaluacji ich autentyczności na podstawie ich wzajemnych relacji wewnątrz systemu, datowania, numerowania, rejestrów, liczby egzemplarzy danego dokumentu i obiegu ich kopii, pojawiania się odniesień do nich w innych dokumentach (np. do jednych donosów w innych donosach albo raportach z aresztowań) itd. Nie tylko ci historycy badający sprawę Wałęsy czy ogólnie związani z IPN-em, ani nawet nie tylko ci badający reżimy totalitarne, ale wszyscy historycy mający do czynienia z dokumentacją państwową różnych epok i miejsc.

Twierdzenie, że na ocenę takiej postaci jak Lech Wałęsa (legendy Solidarności, „mówcy” Kongresu, prezydenta RP, byłego przełożonego wielu polityków) ludzie ryzykujący swoje tytuły naukowe ważyliby się bez odpowiedniego uzasadnienia, a państwowa instytucja naukowa by im ją opublikowała, podważa cały sens nauki jaką jest historia. Takie twierdzenie wraz z „rewelacją”, że przecież SB-kom się nie ufa, faktycznie powinno zwiastować przewrót metodologiczny w owej „pseudonauce”.

Taki był stan rzeczy już w 2008 roku, kiedy wyszła niesławna książka „SB a Lech Wałęsa”; tym bardziej jest taki teraz, gdy doszła całą masa nowych dokumentów, w tym przede wszystkim oryginały opublikowanych uprzednio dokumentów, których kopie odsądzano od czci i wiary jako fałszywki. Ponadto teczka personalna i teczka pracy Lecha Wałęsy. Kilkadziesiąt donosów. I własnoręczni napisane zobowiązanie do współpracy. A więc wszystko, czego oryginałów brak stanowił przy tak wielu lustracyjnych „uniewinnieniach” prominentnych działaczy III RP podstawę do oddalenia zarzutów.

O ile współpraca Wałęsy z SB poddawana jest w wątpliwość mimo licznych i oryginalnych dokumentów w tej sprawie, o tyle sprawa fałszowania dokumentów na temat Wałęsy na potrzeby interwencji dyplomatycznej PRL w Komitecie Noblowskim nie budzi niczyich wątpliwości mimo nie zachowania się żadnych dokumentów czy choćby ich kserokopii z jej przebiegu, a Norwedzy odmawiają historykom dostępu do swoich archiwów. Tacy to już są nasi wybiórczy sceptycy.

Logika fałszerstwa
Tyle jeżeli chodzi o „odkrycie”, że dokumenty da się fałszować. Jednak zarzut, jakoby Wałęsa mógł zostać wrobiony fałszywymi dokumentami był mierny nawet prędzej niż pojawiły się ich ekspertyzy. Jak podkreślają sami obrońcy byłego prezydenta, w 1970 roku, kiedy Wałęsa rozpoczynał współpracę z SB, był on nikim, 27-letnim robotnikiem. Fałszowanie dokumentów z tamtych lat w celu oczernienia szeregowego robotnika nie miałoby najmniejszego sensu.

Podobnie jak trzymanie przez Kiszczaka przez ćwierćwiecze jako ubezpieczenia, środka szantażu czy aktywów, falsyfikatów – gdyby było inaczej ludzi dawałoby się szantażować samą zdolnością fabrykowania zarzutów przeciw nim, której przecież z szantażowanym nie da się na nic wymienić.

Nachalność i intensywność zarzutów o fałszywość dokumentów Lecha Wałęsy bardziej niż w jakikolwiek sposób je podważa rykoszetem uderza w samego Wałęsę. Kieruje bowiem uwagę na przypadek manipulowania dokumentami, jaki stanowiła ich kradzież przez kancelarię prezydenta na początku lat dziewięćdziesiątych, zmiana ich numeracji i inne manipulacje. Manipulowania autentycznego, o ustalonych motywach, środkach i okoliczności, a nie rojonego, jak w wypadku Kiszczaka.

Oczyszczanie z niepopełnionych grzechów
Kiedy kończy się dyskredytacja dowodów tajnej współpracy Lecha Wałęsy, tym samym tchem zaczyna się usprawiedliwianie owiej niepodjętej współpracy.

I w rozstrzygnięciu tej sprawy istotne stają się nowe dokumenty. Bowiem zgodnie z nimi nie było tak, że Wałęsa tylko złamał się przed SB, stojąc jednak wobec niej okoniem i pozostając dla niej bezużyteczny. Za swoją 6-letnią działalność brał pieniądze i to niemałe, bo dwa razy wyższe niż swoje wynagrodzenie. A złożonych przez niego donosów było nie tych kilka wcześniej znanych, lecz kilkadziesiąt. Na podstawie niektórych z nich dochodziło do skazań działaczy podziemia. Przyszły prezydent donosił nawet o balladach Solidarności...

Te 6 lat donosicielstwa zbywa się stwierdzeniem „młody robotnik z trójką dzieci”, co jest prawdą i dobrym usprawiedliwieniem, które gdyby Wałęsa faktycznie był animatorem Solidarności, przeważałoby tę jego dawną przewinę i może nawet całkiem wymazywało. Problem w tym, że to Wałęsie możliwość wybicia się stworzyła Solidarność, a nie Wałęsa dał możliwości rozwoju Solidarności, którą stworzyło całe społeczeństwo polskie a nie żadni stratedzy. I która posiadała wielu wyższych od Wałęsy rangą przywódców zdolnych poprowadzić ten ruch, gdyby Wałęsa ich niezrozumiałym trafem nie ubiegł. Nawet tak wywyższony przez los Wałęsa nie potrafił jednak wykorzystać swojej szansy by wymazać grzechy przeszłości. Jako prezydent ciągnął swoje intrygi, wykorzystując stanowisko dla zatarcia śladów po sprawie. Potem natomiast wykorzystując swój autorytet przez lata poniżał masę ludzi dążących do prawdy i faktycznie mających rację, którym teraz zarzuca się zbyt pochopne ferowanie wyroków, niedelikatność czy złe intencje...

Wiarygodność mediów
Tak to niewinny Wałęsa jest usprawiedliwiany ze swojej niewinności. Nie jest to jednak jedyna różnokierunkowość argumentacji podejmowanej w obronie Wałęsy. Wobec braku prawdziwej linii obrony, podejmowane są najróżniejsze linie w sposób przypadkowy i spazmatyczny. Czasem dochodzą one całkiem daleko. I tak, jak zwykle, zwolennicy Jedności Polaków (a więc chyba również ze zwolennikami PiS-u, paradoksalnie, skoro to faszyści), doszukują się w temacie poczynań Wałęsy upragnionego dzielenia społeczeństwa dokonywanego przez JarKacza. A że JarKacz nic nie mówi; że to nie PiS bada dokumenty; że to nie IPN dokumenty wygrzebał, tylko zgłosiła się z nimi do niego żona Kiszczaka; to chyba dla tego dzielenia Polaków Kaczyński stosuje outsourcing u Kiszczaka.

Zostawiając na boku kwestię autentyczności owego „Jarkowego dzielenia”... Co sprawia, że w sprawie współpracy Wałęsy z SB uwaga społeczna rozprasza się na Jarosława Kaczyńskiego i jego dzielenie oraz podobne poboczne tematy? Zakładając nawet równorzędną istotność tych tematów dla owej sprawy... Co sprawia, że nic nie wnoszące do obrazu rzeczywistości tematy poruszane są w momencie, gdy w obrazie tym zjawia się kompletne novum ważące na całej historii współczesnej Polski? Tak jak pisałem na początku artykułu, okupujący media (think tanki, NGO-sy, urzędy, oświatę itd.) humaniści nie rozumieją podstawowych zagadnień z zakresu działania informacji. Posiadają zdolności marketingowe i kompetencje socjotechniczne, ale nie rozumieją najprostszych prawd, jak choćby takiej, że im lepszy marketing i socjotechnikę stosują, tym silniej podważają zaufanie do swego przekazu. W szaleńczej próbie obrony Lecha Wałęsy elitom wydaje się, że im więcej im intensywniejszych argumentów z siebie wystrzelą, tym lepszą pozycję Wałęsie wypracują.

Historia III RP
Tymczasem dzieje się inaczej. To, co na początku lat dziewięćdziesiątych, czy jeszcze w 2008 r., roku wydania „SB a Lech Wałęsa”, mogło ograniczyć się do „pomyłki młodego robotnika, z nawiązką zrekompensowanej później”, za sprawą mediów i ich świecznikowych gości rodzi coraz więcej pytań i nieufności. Zmiana ustrojowa, która w dużym stopniu uwłaszczenie się nomenklatury stanowiła faktycznie, teraz zaczyna wyglądać jak celowy plan z zamiarem owego uwłaszczenia się zrealizowany. Okrągły stół zaczyna wyglądać jak bardziej elegancka wersja spotkania w Magdalence, a rozmowy w Magdalence jak zlot oficerów prowadzących i ich podopiecznych.

Gdyby nie zbiorowe wyparcie przeżywane i przepracowywane przez elity w mediach, mało kto łączyłby dowiezienie Wałęsy motorówką na strajk sierpniowy w Stoczni Gdańskiej z możliwością kontynuowania przez niego współpracy ze Służbą Bezpieczeństwa po 1976 roku i sterowania Solidarnością przez bezpiekę. Mało kto podejrzewałby, że dokumenty przekazane Komitetowi Noblowskiemu mogły pochodzić z lat późniejszych niż 1976. Nikt nie łączyłby wykorzystania przez Wałęsę stanowiska prezydenta do kradzieży swoich akt z możliwością sterowania post-opozycją-antykomunistyczną przez postkomunistów. Nikt nie podejrzewałby w „nocnej zmianie” i utopieniu rządu Olszewskiego niczego więcej niż próby ukrycia prawdy z lat 1970-1976.

A tak wielkie jazgoty jakie zaraz pojawią się w mediach na coraz dalej sięgające podejrzenia wobec całej III RP, które to podejrzenia z pewnością będą eskalować, ganić będą zjawisko wykreowane przez nie same. Nie zdziwiłbym się, gdyby za jakiś czas całą prezydenturę Wałęsy z jego rejteradą z przedwyborczych postulatów antyestablishmentowych zaczęto traktować jako kapitulację przed dawnym postkomuną, a samą „grubą kreskę” jako porozumienie oficerów prowadzących i ich podopiecznych.

Upadnie cały mit założycielski III RP a młode pokolenie zażąda zmiany panujących porządków.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (6):

Sortuj komentarze:

A czy tylko SB podległe MSW miało monopol i jako jedyne posiadała osobowe źródła informacji ? Obok rodzimych służ niebieskich i zielonych działały na terenie Polski służby innych zaprzyjaźnionych bądź wrogich mam państw. I czy te służby nie próbowały się dowiedzieć kim jest legendarny robotnik z Gdańska ?
Po upadku komuny na fali neoliberalnej transformacji gospodarczej wyciągano z szaf zgromadzone teczki i wpływano nimi na strategiczno finansowe decyzje.

Więc wyprzedaż majątku na przysłowiową złotówkę nie była przypadkowa.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Majątek wyprzedawany był za bezcen, bo na gwałt zawsze majątek wyprzedaje się za bezcen. Czy jednak wtedy przyczyną jest owa gwałtowność czy harmonogram, który do niej doprowadził. Czy pijak wyprzedający za pół darmo swoje srebra dla kolejnej flaszki błąd popełnia, kiedy je wystawia, czy błąd popełniał latami popadając w alkoholizm? Problemem jest nie wyprzedaż polskiego przemysłu za bezcen, problemem jest 50letnie doprowadzenie przemysłu do takiego stanu, że choć gabarytowo olbrzymi to nie potrafi sobie poradzić w warunkach wolnego rynku.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Faktem jest że 25 lat wyprzedawano polski majątek narodowy często za bezcen aby budżet się domykał a potem aby wysocy komisarze unijni poklepali po ramieniu i zapewnili wysokie stanowiska w swoich strukturach. Dlaczego hasło Wałęsy aby każdemu dać tego majątku na 100 punktów upadło? To mnie najbardziej interesuje. Może w tej sprawie "Lechu" się wypowie? O to go pytajcie...

Komentarz został ukrytyrozwiń

Twierdzenie, że III RP "powstała na kłamstwie" - jest moim zdaniem i prawdą i kłamstwem. Zależy od definicji i kontekstu. A dziś służy przede wszystkim bieżącym celom politycznym, co jest raczej oczywiste.

III RP powstawała raczej na... amatorszczyźnie.
Plus wszystkie pokusy okresu transformacji.
Zachodnie koncerny, "biedna" jeszcze władza, "biedne" wciąż służby, "biedna" poprzednia władza i dziewiczy teren.
Iście diabelska mieszanka ;)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Też wskazałem już kiedyś ten paradoks - robotnicy walczyli o wprowadzenie kapitalizmu! Komizm sytuacji albo i nie... a może celowa "podpucha" tych, co to karty rozdawali...?

Komentarz został ukrytyrozwiń

Niezły tekst.

/...gdyby Wałęsa ich niezrozumiałym trafem nie ubiegł./

Ten "niezrozumiały traf" w ubieganiu innych trwał w 88, 89 i 90 roku. Dziś patrzy się na to z prawdziwym niedowierzaniem i jest dowodem na to, że polityka to nie akademicki dyskurs. To umiejętna gra na uczuciach, łączenie tupetu, bezczelności i intuicji. Wiedza, niestety, w tym zestawie konieczna nie jest.


/Upadnie cały mit założycielski III RP a młode pokolenie zażąda zmiany panujących porządków./

Upadnie albo i nie upadnie. Poza tym jest kwestia tego, co go zastąpi.
Być może kolejny mit.
Moim zdaniem, analizując fenomen transformacji 89 roku, warto wziąć pod uwagę kilka faktów:

1. Kompletną nieznajomość zachodnich realiów, które były raczej w PRL-u mitami właśnie. To ciekawy paradoks, bo przecież "ekonomia socjalizmu" była powszechnym pośmiewiskiem, ale jednocześnie "ekonomia kapitalizmu" - mitem bardziej właśnie, niż solidną wiedzą, niezweryfikowaną, co oczywiste, w praktyce. W efekcie powstał naiwny idealizm. Co musiało mieć swoje przełożenie na rzeczywistość.

2. Dostęp do informacji. To była absolutnie kluczowa sprawa, przy tak olbrzymiej ilości zmian w tak krótkim czasie. Trudno mi sobie wyobrazić, aby beneficjenci PRL-u zostali od tej informacji odcięci - przez jakiekolwiek, realne działania. Niestety, żaden byt ekonomiczno-polityczny nie tworzy się w próżni.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.