Facebook Google+ Twitter

Walka Polki i Niemca o prawa do dziecka

42-letnia Beata Mosebach, była żona obywatela Niemiec, wciąż czeka na decyzję krakowskiego sądu w sprawie przyznania jej praw do opieki nad synem Jasiem. Wczorajsza rozprawa odwoławcza została przesunięta w oczekiwaniu na opinię biegłego psychologa.

Walka Beaty Mosebach o prawa do syna rozpoczęła się, gdy niemiecki sąd ds. młodzieżowych Jugendamt przyznał tymczasowe prawo opieki nad dzieckiem ojcu. Po wyroku, czyli ponad rok temu, Polka zdecydowała się na zabranie syna podczas jednego z regulaminowych spotkań i ukrywanie się w Polsce. Od tego czasu matka tuła się z 4-letnim Jasiem po całej Polsce i często zmienia miejsce swojego pobytu.

Sprawa z niemieckich sądów przeniosła się do polskiego wymiaru sprawiedliwości i we wrześniu 2008 r. krakowski sąd nakazał wydanie dziecka ojcu. Matki nie było na rozprawie, bo nikt nie poinformował jej o terminie, gdyż w piśmie do sądu nie podała adresu.

Beata Mosebach pojawiła się dopiero wczoraj na rozprawie odwoławczej, podczas której zapłakana tłumaczyła, że syn jest z nią bardzo związany, że nie chce być z ojcem. Sąd odroczył rozprawę, aby wysłuchać opinii biegłego psychologa.

Po procesie, na podstawie europejskiego nakazu aresztowania, Beatę Mosebach została zatrzymana przez policję. Stało się tak mimo tego, że dwa miesiące temu sąd poinformował rodzinę Polki, że nie ma zarejestrowanego żadnego nakazu aresztowania. Wieczorem Beatę Mosebach zawieziono do prokuratury.
Sytuacja jest problematyczna. Według polskiego prawa nie ma podstawy do oskarżenia matki o porwanie syna, gdyż zgodnie z wyrokiem niemieckiego sądu nie odebrano jej praw rodzicielskich.

Europoseł PiS Marcin Libicki, zajmujący się problemem odbierania praw rodzicielskich rodzicom z małżeństw obcokrajowców z Niemcami, twierdzi, że Polska ślepo podporządkowuje się zaleceniom europejskiego sądownictwa i przypomina sprawę Jakuba T. oskarżonego przez brytyjskie władze o gwałt, którą można było rozwiązać w inny sposób.

Przykład Beaty Mosebach to nie pierwszy przypadek, gdy Polka po rozpadzie związku z Niemcem ma problem z opieką nad wspólnym dzieckiem. Niedawno media zajmowały się również sprawą Beaty Pokrzeptowicz-Meyer, która z podobnych powodów ukrywa się ze swoim synem w Polsce od ponad czterech lat. Ją także niemiecki sąd pozbawił praw rodzicielskich.

Źródło: tvn24.pl, rp.pl.

CZYTAJ TEŻ: Niemiecka wielokulturowość, czyli lebesborn XXI wieku, Przegrał w niemieckim sądzie walkę o język polski dla syna.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (1):

Sortuj komentarze:

Po pierwsze: nie "niemiecki sąd ds. młodzieżowych Jugendamt", bo Jugendamt to urząd ds. młodzieży (jak sama mówi nazwa). Po drugie - jeśli w połowie tekstu, gdy mowa jest o p. Mosebach pada stwierdzenie "Według polskiego prawa nie ma podstawy do oskarżenia matki o porwanie syna, gdyż zgodnie z wyrokiem niemieckiego sądu nie odebrano jej praw rodzicielskich", to skąd zdanie na koniec tekstu - "Ją także niemiecki sąd pozbawił praw rodzicielskich". I na koniec, czemu autor tekstu nie zadał sobie trudnu zbadania tej zawiłej sprawy? Bo pisanie o tym jak matki porywają swoje dzieci i wyjeżdzają do Polski sugeruje, że przed czymś lub kimś uciekają. Ale to nie znaczy, że to one są poszkodowane i mają rację. Za bardzo utarło się przekonanie, że jak rodzice dziecka rozwodzą się, to automatycznie te dziecko zostaje z matką. O tym decyduje sąd i wspólnie oboje rodzice.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.