Facebook Google+ Twitter

Walka z wiatrakami, czyli filmowe "Noce w Rodanthe"

Fani miłosnej prozy Nicholasa Sparksa już zacierają ręce w kolejce po bilety. Na ekrany weszła czwarta adaptacja powieści jednego z najbardziej poczytnych współczesnych pisarzy. Czy kinowy obraz wygra w starciu z literackim pierwowzorem?

Kadr z filmu "Noce w Rodanthe" / Fot. Materiał organizatoraKażdy, kto choć raz zetknął się z twórczością Sparksa wie, czego można się spodziewać po kolejnych książkach zdobywających szturmem światowe listy bestsellerów. Realizm i moc wzruszeń – to jego znak rozpoznawczy. Nic dziwnego, że producenci filmowi tak chętnie wyciągają ręce po literackie samograje.
Po „Liście w butelce”, „Szkole uczuć” i „Pamiętniku”, które na trwałe wpisały się w kanon filmowo-miłosny, George C. Wolfe - święcący trumfy w branży teatralnej reżyser, pisarz i producent – postanowił
zadebiutować na ekranie i pokusił się o zrealizowanie filmowej adaptacji „Nocy w Rodanthe”. Poprzeczka zawisła niesłychanie wysoko.

Oszukać przeznaczenie
Adrienne Willis – porzucona mężatka, do której po latach chce wrócić mąż, matka zbuntowanej Amandy i wrażliwego Maxa – na prośbę przyjaciółki przejmuje chwilową pieczę nad nadmorskim pensjonatem. Rozwiedziony chirurg plastyczny Paul Flanner
chce spłacić dług przeszłości i wykpić się z potencjalnej kary, która wisi nad jego głową za nieumyślne spowodowanie śmierci.

Oboje muszą uporządkować własne życie. Uciekając przed bolesną prozą codzienności przybywają na Outher Banks, do malowniczego miasteczka Rodanthe położonego na południowym krańcu Karoliny Północnej. Dwójka „życiowych rozbitków na zakręcie”, dźwigających duży bagaż doświadczeń i poranionych przez osobiste historie, nie podejrzewa nawet, że w przytulnej willi oprócz ukojenia i rozgrzeszenia znajdzie prawdziwą miłość. Przecież nie byli na nią przygotowani, nie szukali jej na siłę, nie zabiegali o huragan uczuć, który ogarnął ich pewnej burzliwej nocy.

Nawałnica cichnie. Weekendowy romans kwitnie a zamknięci dotąd bohaterowie stają się niesłychanie podatni na „strzał Amora”. Dostrzegają, że są sobie potrzebni. Otwierają się na siebie. Zaczynają czerpać radości ze zwykłego, codziennego przebywania w swoim towarzystwie. Tymczasem nieprzewidywalny los szykuje dla Adrienne i Paula zwrot o 180 stopni. Nad miłością, która na zawsze odciśnie piętno na duszach głównych bohaterów, wisi złowrogie fatum. Czy uda mi się oszukać przeznaczenie?

W pogoni za książkowym ideałem
Kadr z filmu "Noce w Rodanthe" / Fot. Materiał organizatoraTak w skrócie można podsumować filmową fabułę. Niestety, wszyscy, którzy znają książkowy oryginał mogą czuć się nią rozczarowani. Ekranowa redukcja czasoprzestrzeni, w której poruszają się książkowi bohaterowie i ograniczenie wątków do niezbędnego minimum (okrojona wyprawa do Ekwadoru, spłycenie do poziomu dialogu zażyłości łączącej główną bohaterkę z ojcem, uproszczenie relacji z dziećmi) ograbia historię z całej palety uczuć - tak charakterystycznej dla twórczości Sparksa.

Ekranowe chwyty narracyjne wypaczają i upraszczają powieść. Ma się nieodparte wrażenie, że twórcy adaptacji za wszelką cenę chcą jeszcze bardziej upiększyć „idealną” miłosną historię. Jak ognia unikają kłucia widza w oczy rzeczywistymi problemami literackich bohaterów. Pragną ułagodzić niebanalną opowieść, pozbawić ją realizmu, psychologicznej głębi kryjącej się za motywacją postaci. Jednym słowem przerabiają ją na ckliwą hollywoodzką modłę.

Jeśli takie było zamierzenie, to plan został zrealizowany. Twórcy wyrobili 100 proc. sentymentalnej normy. Kolorowe obrazki układają się w przewidywalny schemat, a w rozstrzygnięcie opowieści wkrada się banał – obcy książkowemu rozwiązaniu. Na korzyść filmu przemawiają dopracowane w najdrobniejszych szczegółach kostiumy i scenografia, która pozwoliła stworzyć magiczną aurę snującej się lekko słodko-gorzkiej opowieści. Piękne operatorskie ujęcia oczarowują, ciekawa muzyka tworzy klimat. Widz bez trudu mógłby wsiąknąć w opowieść, zatopić się w marzeniach, ponieść filmowej fantazji, gdyby nie sztuczne dialogi i wystudiowane aktorskie gesty (Diane Lane i Richarda Gere’a) rodem z Harlequina. Stanowczo zakłócają odbiór – irytują sztucznością.

Czy filmowa opowieść dorównuje oryginałowi? Z całą pewnością nie. Choć zapewne stanie się kinowym jesiennym hitem. Bądź co bądź to urzekająca bajka o dokonywaniu życiowych wyborów i walce o odzyskanie własnego ja. Ale także historia opiewająca ludzką bezradność wobec zapisanego gdzieś w gwiazdach przeznaczenia. Opowieść o tym, że nic w naszym życiu nie dzieje się przypadkowo.

Producenci o frekwencją nie muszą się martwić. Wszyscy przecież chcemy wierzyć w miłość – namiętną, ulotną, silniejszą niż śmierć.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.