Facebook Google+ Twitter

Warszawski Festiwal Filmowy 2013. "Hazardzista" czarnym koniem festiwalu

Warszawski Festiwal Filmowy w tym roku stawia na kino Europy Środkowo-Wschodniej. W konkursie głównym i w pozostałych sekcjach nie brakuje filmów z krajów niby sąsiedzkich, ale wcale tak naprawdę u nas nieznanych.

 / Fot. Przykuta, CC 2.0W tej edycji, z braku innego klucza, postanowiłem obejrzeć wszystkie 15 filmów z Konkursu Międzynarodowego WFF. Festiwal w tym roku stawia na kino Europy Środkowo-Wschodniej. W Konkursie Głównym i w pozostałych sekcjach nie brakuje filmów z krajów niby sąsiedzkich, ale wcale tak naprawdę u nas nie znanych. Kto widział wcześniej film litewski, łotewski lub estoński, niech pierwszy rzuci we mnie kamień. Na festiwalu znalazły się w Konkursie Międzynarodowym trzy filmy ze wskazanych krajów bałtyckich, poza tym film fiński, czeski, rosyjski, ukraiński, dwa polskie i dwie koprodukcje (francusko-belgiojsko-niemiecka i angielsko-szewdzko-rumuńsko-czeska). Wyjątkami potwierdzającymi regułę są trzy filmy azjatyckie reprezentujące: Iran, Japonię i Chiny, a także jeden z Argentyny.

Wejściówki na WFF od paru lat zdobywam jako wolontariusz od obsługi widowni, chociaż pewnie bym się mógł i akredytować, ale nie chcę. Polecając filmy widzom albo je opisując - przecież je recenzuję, czyli robię to, co zawsze. Ktoś tu może widzieć konflikt ról. Recenzent to, czy pracownik WFF? Ani pracownik, ani pracownik, bo za żadną z moich ról mi nie płacą, stąd ucinam potencjalną dyskusję.

Bodaj Paweł T. Felis z "Wyborczej" stwierdził kiedyś nawet, że z samych opisów filmów w gazetce festiwalowej może wydedukować, czy film będzie dobry, czy średni. Dotyczy to pewnie nie tylko gazetek. W takich amerykańskich, wiekopomnych dziełach jak "Człowiek z bagien", "Ośmiorekin", czy "Sharknado" - recenzjami są nawet same tytuły. Tak, są to prerecenzje lub precenzje, jak kto woli. Recenzent w starciu z copywriterami dystrybutora może czuć się wtedy niepotrzebny i tak też często jest. My piszemy o artystycznych walorach najnowszego filmu ukraińskiego - oni o wystrzałowym biuście Sofii Vergary z "Maczety". Widownia idzie na "Maczetę", a my niepoprawnie dalej piszemy o Ukrainie.

Krótka historia postkomunizmu, czyli "Zielona kurtka"

We wskazanej ukraińskiej produkcji, "Zielonej kurtce" Volodymyra Tykhyy nauczycielka pyta ucznia, jaka jest stolica kraju na Wschód od Zielonej Ukrainy. Ten milczy, nie wie nawet o jaki kraj chodzi. No, ten kraj więził Ukrainę ponad 300 lat. Przeciągłe: Yyy... Wygraliśmy z nimi ważny mecz! A, czyli Moskwa! Brawo. Późniejszy dialog - dziadek wyciąga wycinek z gazety: "Zobacz, ten twój Juszczenko to agent z NATO i CIA". Jeszcze później banda dzieciaków napada na kijowską dziewczynę awanturując się o (nie)obchodzenie Dnia Wyzwolenia

Te geopolityczne smaczki typowe dla krajów naszego regionu okraszają historię pewnego porwania. Znika kilkuletni chłopiec, jego starsza siostra czując się odpowiedzialna za rodzinę (ojciec odszedł, matka bierze leki) - na własną rękę tropi domniemanego porywacza. Tak jak w "Śmierci i dziewczynie" nigdy nie dowiedzieliśmy się, czy podejrzenia Sigurney Weaver
wobec Bena Kingsley'a były słuszne, tak i tutaj Tykhyy nie serwuje na tacy rozwiązania.

Fin City

Fiński film "Betonowa noc" Pirjo Honkasalo zaczyna się w mistrzowski sposób od kilkuminutowej, czarno-białej, sennej sekwencji. Chłopiec, Simo obserwuje zawalający się most kolejowy i wpadający do zatoki pociąg. Po chwili Simo sam znajduje się w tym tonącym pociągu, a dzięki rewelacyjnej pracy kamery - ja, czyli widz razem z nim. Zdjęcia raz nadwodne, raz podwodne - bardzo dobra ostrość, och, ach, czujemy, że Simo zaraz umrze, a my jesteśmy z nim w pociągu, wiec umrzemy też. Prolog to mistrzostwo warsztatu prawie takie samo jak w "Grawitacji" Cuarona. To jednak tylko sen, Simo budzi się z niego i leży na podłodze w małym mieszkaniu w szarym bloku. Kolory filmu - bardzo wyraźnie odcinających się od siebie czerni i bieli pozostają jednak utrzymane. Zdjęcia są tak specyficzne, że kojarzą się z "Sin City" Rodrigueza, a i tematyka kina noir wpisuje się w ten gorzki klimat, choć oczywiście z umiarem. Bowiem "Betonowa noc" to przede wszystkim kino lepiej nakręcone niż wymyślone. Zaczyna się dobrze, później jest już średnio. Dwaj mieszkający z matką bracia spędzają ze sobą ostatnie dni przed kilkumiesięczną odsiadka starszego. W ostatnich godzinach wolności Ilkka uczy Simo postrzegania rzeczywistości w męski sposób. Bądź pozbawiony złudzeń, wtedy coś osiągniesz. Bij kobiety, każda to lubi. Ten świat zginie, a przetrwają tylko skorpiony. Wyuczony nihilistycznych wskazówek Simo będzie szukał - jak bohater powieści Dostojewskiego lub Gide'a - okazji do przeniesienia nietscheańskiej teorii w praktykę. Rozwiązanie nie daje satysfakcji, pełne jest mroku i beznadziei, ale przynajmniej - jak w prologu - jest powrotem do atrakcji wizualnych sugerowanych w prologu. I ta estetyka to chyba jedyny pozytywny akcent w ciężkim, smętnym filmie Honkasalo.

Ambulansowa "Drogówka"

"Hazardzista" to ponoć pierwsza koprodukcja litewsko-łotewska i mój osobisty czarny koń festiwalu obok estońskich "Mandarynek", do których jeszcze wrócę. Reżyser, Ignas Jonynas osadził akcję filmu w środowisku sanitariuszy. Jeden z nich, Vincentas, zdobywający od lat tytuł sanitariusza roku, jest już zmęczony pracą, urozmaica ją sobie, obstawiając zakłady bukmacherskie. Jego hobby przekształca się wkrótce w nałóg, przez co Vincentas popada w długi. Aby się z nich wydostać, Vincentas wpada na pomysł organizowania zakładów samemu – wśród kolegów. Zawodnikami będą sanitariusze, a końmi wyścigowymi - umierający pacjenci.

Jonynas nie popada specjalnie w moralizatorstwo, sądząc, zresztą słusznie, że każdy inteligentny widz sam będzie w stanie osądzić postępowanie sanitariuszy. Skojarzenia z łódzkimi łowcami skór są tutaj na miejscu, reżyser również o nich słyszał, jednak nie posunął bohaterów aż do tak drastycznych kroków jak wskazani polscy pracownicy medyczni.

Duszna atmosfera rozrzedzana jest zabawa formalną. Sanitariusz epo pierwszej wygranej wychodzą ze swojej kanciapy do rytmu muzyki, w zwolnionym tempie, jak "Wściekłe psy". Lekko antyrosyjska szpilka na drugim planie, zabawa w obnażanie pijaństwa, chciwości i niskich cech rodaków - to cechy "Hazardzisty" zbliżające ją do ponurych filmów Smarzowskiego, do których mam słabość. "Hazardzista' przy całej swojej publicystycznej sile wyrazu jest jednak filmem prostym, przez co paradoksalnie - szalenie złożonymi zaskakującym. Na pokazie życzyłem reżyserowi nominacji do Oscara - podtrzymuję swoją opinię.

Ciąg dalszy wkrótce.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.