Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

181429 miejsce

Wątpliwe atrakcje miejskich osiedli

Miejskie osiedla, to głównie wielkie bloki, a w nich tysiące mieszkańców. Oto przykłady, jak sami sobie szkodzimy. Coś o zupie pomidorowej, wiertarce, psich odchodach i czubku własnego nosa.

Jeden z dziesięciu

Żyjąc w wielkim bloku, można przewidzieć, że nie każdy lokator będzie zachowywał się tak jak należy. Większość mieszkańców szanuje siebie nawzajem, a co za tym idzie – stosuje się do ogólnie przyjętych norm. Mam na myśli ciszę nocną, dbanie o porządek klatek schodowych i tym podobne niby błahe, ale jednak bardzo istotne sprawy. Z własnego doświadczenia wiem, że obraz wspólnoty sąsiadów, można łatwo zniszczyć. Co z tego, że dziewięciu na dziesięciu lokatorów przestrzega prawa i dobrych obyczajów, skoro jeden delikwent „nadrabia” za resztę hałasując, śmiecąc i wprowadzając złą atmosferę.

Aspekt gastronomiczny

Przykładem niech będzie moja najbliższa okolica. Wielki blok, podejrzewam, że tysiące mieszkańców. Zacznijmy od czystości. Systematycznie spotykam się z sytuacją, kiedy to ktoś „z góry” (wyższe piętra) wyrzuca wszelkie nieczystości… przez okno. Szczyt chamstwa!. O ile byłbym w stanie zrozumieć wyrzucanie na zewnątrz np. papierków, tak wyrzucania resztek jedzenia, pojąć nie mogę. Z własnych obserwacji wiem, że ktoś nałogowo pozbywa się niedojedzonych ziemniaków, zup („najlepiej” wygląda pomidorowa) itd. W efekcie chodnik obok budynku, prezentuje się tak koszmarnie, że gorzej już być nie może. Czerwone zacieki po wcześniej wspomnianej zupie pomidorowej, rozrzucony na wszystkie strony makaron, momentami gruba warstwa potłuczonych ziemniaków. Z całą stanowczością stwierdzam, że odpowiedzialny za to delikwent, jest niespełna rozumu. Po głębszej analizie stwierdzam również, że to poważna choroba psychiczna i taką osobą powinny zająć się odpowiednie służby. Nie tylko straż miejska, czy policja, ale przede wszystkim lekarz psychiatra. Bo jak uzasadnić takie postępowanie? Może ten „ktoś” troszczy się w ten sposób o bezpańskie koty z okolicy? Tak na wszelki wypadek, żeby miały co jeść. Ciekawe tylko jak smakuje im pomidorowa… O ile są w stanie wylizać ją z betonowych płyt. Teraz pozostaje tylko czekać, aż pewnego pięknego dnia wrócę do mieszkania z makaronem, czy ziemniakami na głowie, ubraniu i wszystkim innym. Do tej pory sprawca pozostaje nieuchwytny. Podjęto próby obserwacji okien, ale ileż można siedzieć wpatrzonym w bliżej nieokreślonym kierunku? Co ciekawe – spółdzielnia mieszkaniowa zdaje sobie z tego sprawę. Na drzwiach wejściowych pojawiła się nawet informacja, że sprawców zlokalizowano i niniejszym prosi się o zaprzestanie tego procederu, bo inaczej uruchomione zostaną konkretne środki. To oczywiście gra pozorów, bo kto normalny informowałby o fakcie w ten sposób? Już widzę te kartki przyklejone do drzwi morderców, przestępców, mafiozów itd… To był punkt „gastronomiczny”, przejdźmy do kolejnych sytuacji z życia wziętych.

Głośna zabawa i... wiertarka

Po ciężkim dniu każdemu zdrowemu człowiekowi marzy się chwila wytchnienia we własnym mieszkaniu. Plany pokrzyżować może jednak kolejny niesforny lokator, któremu spać się nie chce i z tej oto okazji postanowił zaserwować nam mocne brzmienia. A to skoczna muzyka techno, czasem przeboje biesiadne, bywa i nasza rodzima muzyka pop. Jeśli głośniki „trzeszczą” do godziny 22, jestem to w stanie zrozumieć. Każdy może mieć ochotę się „zabawić”. Dobre obyczaje wymagają jednak, aby sytuacja nie była zbyt uciążliwa dla całej reszty niewinnych sąsiadów. Bywa jednak i tak, że muzyka po godzinie 22 wcale nie ustaje. Wtedy już nie tylko dobre obyczaje, ale i prawo, jasno stwierdzają co należy zrobić. O ile uda się zlokalizować źródło uciążliwego dźwięku, można w ostateczności zawiadomić straż miejską. Odwagę i chęć przejawiają jednak nieliczni i bardzo rzadko kończy się to upragnionym rezultatem (czyt. ciszą). Kiedy impreza już się zakończy, powiedzmy około godziny 3 nad ranem, wtedy już spokojnie możemy odpłynąć w krainę długo oczekiwanego snu. O 6 przywita nas budzik i silny ból głowy. Spowodowany wrażeniami z dnia poprzedniego i niedostatkiem snu. Już nawet nie wspomnę o tym, że wielu lokatorów remontuje swoje mieszkania w czasie ciszy nocnej. Wnioskuję to po specyficznym dźwięku wiertarki udarowej. No cóż, społeczeństwo zapracowane, to i czasu na remont w ciągu dnia brakuje.

Slalom z... odchodami

Kolejne atrakcje to na przykład „slalom z przeszkodami”. Psie odchody zalegają już nie tylko na trawnikach, momentami ciężko przejść po jasno wyznaczonym chodniku. Sam czworonoga nie posiadam, ale wątpię czy własnoręczne usunięcie takich nieczystości, to jakaś straszna filozofia. W innych krajach jest to na porządku dziennym, u nas (z taką opinią się spotkałem) uwłacza to człowiekowi, kompromituje. Jak dla mnie większą „kompromitacją” jest zanieczyszczanie terenu, na który ze względu na zamieszkanie, jesteśmy skazani. Aż chciałoby się rzec – „ludzie ludziom zgotowali ten los”.

Kto tam? - Listonosz!

Jeśli chodzi o bezpieczeństwo – spółdzielnie mieszkaniowe stosują coraz to nowocześniejsze metody. Już nie tylko domofon na specjalny kod, ale także stały monitoring okolicy. Czy czuję się z tego powodu bezpieczniej? Nie sądzę. Obraz z kamer trudno kontrolować non stop. Sytuację można obejrzeć ewentualnie już po jakimś niecnym czynie. A jeśli chodzi o domofony – nie spełniają swojego zadania, kiedy mieszkańcy otwierają drzwi komu popadnie. Brama na kod, to żadna bariera. Bardzo wielu mieszkańców naciska guzik instynktownie, nie zastanawiając się kto stoi po drugiej stronie. A przecież można zapytać, po to wbudowano w te urządzenia mikrofony. No, ale każdy może rzucić hasło „listonosz”. I tu pies pogrzebany.

Zaradne jednostki

Na koniec wspomnę jeszcze o samochodach zaparkowanych na chodnikach tak, że utrudniają przejście. A jeśli już ktoś zdecyduje się na przygotowany dla mieszkańców parking, wtedy też zdarza się, że pojazdy stoją oddalone od siebie o znaczną odległość, tak że ani tam zaparkować, ani nic innego. Gdyby kierowcy pomyśleli o jakimś sensownym „zagospodarowaniu” przestrzeni, wtedy zmieściłoby się tam jeszcze kilka samochodów, a co za tym idzie – chodniki nie byłyby aż tak oblegane. No cóż, ważne że „ja się zmieściłem, reszta niech sobie radzi na własną rękę”.

Dziewięciu z dziesięciu

Oczywiście wspomniane przykłady nie dotyczą większości mieszkańców. Łatwo znaleźć osoby kulturalne, które dbają o okolicę, przejmują się losem innych. Mankament jest w tym, że jedna osoba praktycznie uniemożliwia normalne funkcjonowanie dziewięciu innych. Pozostaje tylko pokazywać na własnym przykładzie, że da się żyć normalnie, nie krzywdząc w pewien sposób całej reszty. Pozdrowienia dla wszystkich mieszkańców wielkich osiedli. Dla tych niesfornych również. Może pewnego dnia inaczej spojrzą na własne funkcjonowanie w sąsiedzkiej społeczności.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (2):

Sortuj komentarze:

plus za zwrócenie uwagi na ważny problem

Komentarz został ukrytyrozwiń

Trafiłam na Twój tekst dopiero dziś :(...ale muszę powiedzieć,ze niestety w Paryżu jest dokładnie to samo.Ludzie pozbawieni totalnie skrupułów i rozumu potrafią worek śmieci wyrzucić przez okno. Podwórko czasem wygląda jak wysypisko - chociaż ludzie mieszkający tu,wyglądają na dystyngowanych. Nie wiem ile razy biegłam do okna by je pospiesznie zamykać ,gdy moja sąsiadka(której niestety nie znam) trzepie swoje makatki i inne narzutki przez okno.Cały ten syfek opada na moje roślinki nie mówiąc już o ilości kurzu jaka wpada do mieszkania...gdzie tu głowa? Szkoda gadać.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.