Facebook Google+ Twitter

Waves Wiena - udźwiękowiona eksploracja miasta

Moja pierwsza a trzecia w ogóle edycja Waves Wiena okazała się ciekawą mieszanką przeżyć estetycznych: wędrówek po mieście, odwiedzin w często mocno ukrytych miejscach, przedziwnych lokalizacji koncertowych i wielu nowych odkryć muzycznych.

 / Fot. logoPierwszy wieczór na Waves był nieporozumieniem - problemy z dojazdem do miasta sprawiły, że przegapiłam sporo pierwszych występów, w tym Amatorskiego, który nęcił mnie od samego początku, więc znów będę musiała poczekać na jakąś okazję. Wpadłam prosto w mroźną, wietrzną, nocną Wiennę, której kompletnie nie znałam, z brakiem znajomości nocnych możliwości komunikacyjnych, więc poddałam się przez 24, żeby skorzystać jeszcze z dziennych opcji. Artystycznie też niestety było słabo: Au Revoir Simone nie uratowała nawet niebywała scenografia Odeonu, od trzech niemalże dekad teatru, a wcześniej - targu rolniczego (kto zobaczy te kolumny i sklepienia, ten nie uwierzy, że tak mógł w XIX wieku wyglądać jarmark, nawet w Wiedniu). Mimo że dziewczęta to smukłe postaci grające uroczą, rozmarzoną, popową muzykę, to powtarzalność formuły, z której korzystają, wyczerpała szybko moją uwagę. Rzecz poprawna i słodka, której jednak brakuje choćby nuty ciekawej inności.

Kolejna porcja muzyki czekała w podziemnym, a właściwie podulicznym, klubie Flex, znajdującym się nad Dunajem. Bardzo dobre miejsce na koncerty, z dwiema niezbyt dużymi salami, w których jednak można i siedzieć, i tańczyć, zapalić papierosa i wypić niezłe piwo w, dobra, wysokiej, ale nie szokującej cenie, no i kufle są eko. Cafe Flex to bardziej miejsce do spokojnego słuchania, tudzież pogaduch przy muzyce, a Flex doskonale nadaje się na typowe koncerty. Niestety Girls in Hawaii, który to zespół cieszy się w świecie indie sporą popularnością, posłuchałam tylko kilka minut, więc nie jestem w stanie powiedzieć, czy zagrali dobrze. Natomiast z całą pewnością CSS dali koncert rozczarowująco słaby: brzmieli strasznie (chyba częściowo jest to jednak winą klubu, choć jakimś cudem Mum miał naprawdę niezłą akustykę w tym samym miejscu - ale o Sin Fangu już tego powiedzieć nie można) - za głośno, wszystkie dźwięki zlewały się w jeden hałas, tak że nawet charakterystyczne melodie "Let's Make Love..." czy "Music is My Hot Hot Sex" były trudne do rozpoznania. Wokalistki koncertowo wypadają miernie, a muzyka dryfuje trochę zbyt łatwo z tanecznego punka a'la The Rapture w stronę żenującego hip-hopu (tak, "I've Seen You Drunk Gurl"). Nudne, słabe, poniżej oczekiwań.

Podobnie zaskakująco słabo wypadli Japanther - Flex Cafe zmieniło się całkiem ciekawie dzięki ich scenografii, oldschoolowe słuchawki telefoniczne zamiast mikrofonów, "metalowa" flaga i inne gadżety wyglądały obiecująco, ale zrzynka z No Age/Japandroids zadziałała odpychająco. Naprawdę trudno stwierdzić teraz, który z Japan-zespołów był pierwszy, nie wiem z resztą, czy ma to znaczenie - może w jednym ze swoich performerskich wcieleń nowojorczycy robią ciekawsze wrażenie, bo muzycznie rzecz po raz kolejny daje wrażenie wtórności i nudy. Taak, taak, wszyscy znamy przynajmniej dziesięć innych lo-fi punkowych zespołów z Brooklynu. Jakie to indie zrobiło się ograniczone.

No dobrze, ale ten pierwszy wieczór był naprawdę bez znaczenia - wszystko dobre było jeszcze przed nami, a eksploracja miasta dopiero się zaczynała, bardziej komfortowa z racji 24-godzinnego metra.

Kolejny mroźny wieczór rozgrywał się w wielu ciekawych miejscach. Najpierw samochód Red Bulla, znacie ten widok - rozłożony nad Dunajem, tak że zarówno festiwalowicze, jak i rozkochani w rowerach i joggingu wiedeńczycy mogli na chwilę przystanąć i ucieszyć ucho zgrabnym miksem surfu, rock and rolla i brutal boogie. Go! Go! Gorillo to Wiedeńczycy, którzy znaleźli kompromis między tandetnie słodkim wokalem i tanecznością zmieszaną z obscenicznością - a więc osiągnęli styl konsekwentny i przemyślany, dorównujący wymaganiom wybranych gatunków. To jeszcze nie powalało na kolana, ale już obiecywało dobry wieczór.

Kolejne miejsce znajdowało się w odległości 10-minutowego spaceru z kanału przy Schwedenplatz i nazywało się Beatboxx: miejscówka ledwie widoczna, gdzieś przy bocznej uliczce, niepozorna jednopiętrowa kamienica, świeczki w oknach, a w środku płyta pilśniowa i całe mnóstwo bębnów wszelkiej maści. Urocza rzecz, żeby do wydarzenia rozgrywającego się w okolicy jednego dużego placu i trzech stacji metra (przy czym koncerty stopniowo oddalają się z miejsc przy Schwedenplatz i koncentrują przy Pratestern, kole młyńskim, które każdy z Wiedniem kojarzy) dodać sklep muzyczny/stowarzyszenie bębniarzy, miejsce superkameralne, w którym zmieściło się nas naprawdę garstka, a zespół mieliśmy na wyciągnięcie ręki. Był to Aidan Knight, cudownie minimalistycznie, dwuosobowe przedsięwzięcie (choć Kanadyjczycy grywają też w większych kombinacjach), któremu nie zabrakło ani smutku, ani urody, ani bogactwa dźwięków, siłą rzeczy na bieżąco nagrywanych i samplowanych przez Julię (były i trąbki, i różne minimalistyczne zabiegi rytmiczne). Wokal Aidan ma nieskazitelny i jest w nim coś równie nostalgicznego jak u Jeffa Buckleya. Julia dodaje temu jeszcze odrobinę subtelności więcej - mamy w rezultacie koncert idealnie pasujący do możliwości lokalu, jego nastroju, wczesnej wiedeńskiej nocy, wczesnej festiwalowej godziny. Majstersztyk. Skupienie publiczności też robiło swoje. A Kanadyjczycy są przekonani, że nikt ich w Europie nie zna - przecież to nie tak?



Dwie minuty stamtąd znajdowała się moja kolejna destynacja: Projektraum Viktor Bucher, galeria sztuki w starej kamienicy z wysokimi stropami, do której prowadziła niepozorna klatka schodowa. Na co dzień służy ona młodym artystom jako pole do stawiania pierwszych międzynarodowych kroków oraz przestrzeń spotkań ponad wszelkimi granicami, których efekty często zdobywają szersze uznanie. Dobór artystów był odpowiedni do profilu miejsca: zagrał tam w piątek nasz polski Coldair, a po nim rozbrajający Dream Koala, Francuz o rachitycznej posturze, niepozorny młodzieniec jeszcze trochę pogubiony i zakłopotany, ale kiedy już zaczynał grać, robiło się niesamowicie pięknie. Ciemny pokój, znów kameralna garstka osób siedzących w wygodnych leżakach albo na podłodze, minimalistyczne niebieskie światło i na jego tle kontur postaci, która śpiewem, mnóstwem pokręteł i gitarą czaruje rozmarzone pejzaże dźwiękami, w których chill wave spotyka się z innymi elektroniczno-rozmarzonymi kierunkami. Powstaje coś pomiędzy Washed Out a The XX, w najbardziej subtelnej z możliwych postaci. Śliczna sprawa - tylko czekać, aż Pitchforki oszaleją na punkcie tego młodziutkiego talentu.

Trains of Thoughts byli dobrą kontynuacją tej dźwiękowej podróży. Wróciłam do boskiego Odeonu, gdzie gitary i laptopy tonęły już w rzekach kabli, a za plecami muzyków pojawił się panoramiczny ekran (normalnie były to raczej fragmenty jednego ekranu). Clue tego wieczoru był audiowizualny projekt połowy Sofa Surfers (Markus Kienzl i Wolfgang Frisch) oraz Tima Novotnego, który zajął się i muzyką, i obrazem. Panowie puścili film http://www.youtube.com/watch?v=OoCYeI-RW3Y, autorstwa Tima, który przemierzał między innymi metra Las Vegas, Nowego Jorku, Tokio, i nagrywał w nich niesamowite obrazy i przemyślenia. Powstały kolaż pokazuje przeróżne oblicza tego dziwnego miejsca pod ziemią: miłości, samobójstwa, samotność, odcięcie od rzeczywistości, chwile przemyśleń, artystycznej ekspresji, i tak dalej. Widz może podziwiać śliczne obrazki, zapętlone kadry, albo oddać się egzystencjalnym przemyśleniom na temat sensu życia czy dynamiki nowoczesnych metropolii, po części zróżnicowanej, po części kompletnie zunifikowanej. Muzyka świetnie dopełnia całości - jest to potok eksperymentalnej elektroniki zmieszanej z odrobiną gitarowych dźwięków. Hipnotyzujące, transowe przeżycie.

Iceage, moi duńscy faworyci, którzy grali zaraz potem, na szczęście dotrzymali kroku swoim poprzednikom. Koncert był krótki, niecałe 40-minut, i wydarzył się na statku Fm4 (Clubschiff) - nota bene świetna miejscówka, mała sala z oknem na niebo, zatłoczona i zadymiona sauna. Zagrali doskonale prosto, organicznie, surowo, dali wycisk pogującym i przypomnieli o dobrych latach 70-tych i 80-tych, kiedy to królował punk i hardcore. Przepiękna naparzanka i reminiscencja Fugazi.

W drodze do Fluc zahaczyłam jeszcze o tramwaj Heinekena - kolejną atrakcyjną lokalizację, która przemieszczała się po mieście z DJami. Trafiłam na zgrabny set Didi Bruckmayr & The M-Fx, mieszankę drum'n bassu z techno z zabawnymi tekstami dogadywanymi w międzyczasie.

Tej nocy we Fluc Wanne, klubie ukrytym gdzieś pod Praterstern, grali Roosevelt, przeuroczy zespół o dość oczywistych wpływach - brzmiał jak Caribou. Podobnie delikatny wokal i śliczne, rytmiczne melodie. Wymarzona klubowa muzyka.

Inną ciekawostką był izraelski skład Crunch 22, który grał po raz pierwszy poza swoim krajem. Bombastycznie energetyczne granie: mocna sekcja rytmiczna (perkusista naprawdę zna się na rzemiośle), turntable zapewniające skrecze i bity, wreszcie bardzo stylowe klawisze - lata 70-te pełną gębą. Dzięki tym elementom trudno ich jakoś oznakować: mają w sobie funkowy flow, są hip-hopowo połamani, nie brakuje im wreszcie bluesowej czy psychodelicznej melodyjności. To może być duża rzecz niebawem.

Ghost Capsules podtrzymali taneczny trans we Flucu - fajne elektro popowe granie rodem z Austrii, aspirujące do porównań z Fever Ray (bardziej na żywo niż w nagraniach - wokalistka śpiewa znacznie bardziej efemerycznie, chociaż maski i dziwne makijaże są stałym elementem jej wizerunku). Mrocznie i bardzo skandynawsko.

Ostatniego dnia zajrzałam po raz ostatni do Odeonu - na przemiłe spotkanie z wyjątkowo poprawnym i dopracowanym koncertem The Beth Edges, młodego austriackiego zespołu indie, który osiągnął już sporą popularność w kraju. Chociaż ich utwory brzmią bardzo indie - rockowo (słychać doskonale, że lekcje z The Kooks i Franza Ferdinanda odrobili), to koncert w teatrze dostosowali do ambientu miejsca. Było wyjątkowo: niemalże jazzowo, minimalistycznie, elegancko, z pianinami, wiolonczelami, skrzypcami, smutno, perfekcyjnie i bardzo dojrzale. Przyznam, że usłyszenie ich później po raz pierwszy w wersji albumowej było nie lada zaskoczeniem - jakkolwiek żadne z ich wcieleń nie jest szczytem orginalności, to perfekcjonizm ich sobotniego występu robił niemałe wrażenie.

Później nastąpiły długie godziny we Flexie z całą masą różnych doświadczeń. Najpierw zagrał Sin Fang - niestety, rozczarowujący był to występ, Islandczyk odpuścił sobie bowiem instrumenty i stanął za pokrętłami. Część magii więc już ubyła. Kolejny problem: słabe nagłośnienie sprawiło, że wszystko zlało się w raczej nieatrakcyjną papkę. No i Sin Fang bawiący się w MC, który trochę śpiewa, ale też nie wychodzi mu to doskonale, wcale nie ratował sytuacji. Jak oglądać Sin Fanga to koniecznie z zespołem.

Później Coma Stereo, słoweński zespół grający post-rock. Połączenie syntezatorów z gitarami przypominało w ich wydaniu przede wszystkim dokonania God is an Astronaut: rzecz bardzo dobrze technicznie zagrana, ogromna wprawa i energia, a do tego potencjał otwierania ogromnych przestrzeni przed słuchaczem, co w dobrym post-rocku łatwo się wyczuwa.

Przepięknie wypadli Mum: perfekcyjny koncert, cała masa instrumentów - wiadome melodiki, wiolonczele, klawisze, gitary wszelkiej maści, perkusje, ukulele i pewnie o wielu zapomniałam, prześliczne dziewczęta tańczące przedziwne układy, wreszcie ich przepiękne, magiczne melodie. Ta kosmiczna uroda muzyki Mum dostała jeszcze ekstra uroku w postaci dowcipów padających ze sceny. Ach, był z nimi i Sin Fang na jeden utwór na scenie - niestety i tym razem nie zrobił niczego, co mogłoby go wyróżnić. Sama nostalgia to trochę za mało szanowny panie Sin.

Niestety kompletnie nie zrozumiałam fenomenu Kreisky - to pewnie coś w rodzaju naszej Republiki, rzecz rockowa, dojrzała i nafaszerowana niemieckimi tekstami, które bawiły publiczność - niestety nie mnie. Wyobrażam sobie, że Kreisky ma w Austrii status zespołu kultowego, a ich koncerty wyprzedają się szybko i nigdy nie nudzą publiczności. W tej sytuacji zawsze jednak brakuje kontaktu z językiem, a instrumentalnie rzecz pozostawiała trochę do życzenia. Nie śmiem oceniać, nieprzekonanam.

Bardzo zgrabnie i trochę Sonic Youthowo zabrzmieli Cold Mailman z Norwegii - rzecz do posłuchania. Miłym początkiem jednego z utworów był cytat z motywu przewodniego z "Twin Peaks", który zgrabnie przeszedł w alternatywny kawałek. Wreszcie Grimus - kompletna porażka, od czasów Ptakyów czegoś tak złego nie słyszałam (ach, dobrze, zapomniałam o UL/KR) - poziom naiwności tekstów sięgał absolutnych szczytów.

We Fluc Wanne znów panowała klubowa atmosfera - do tanecznej elektroniki Fuxa przygadywał głosem godnym pornosów z lat 80-tych Julian (jakież to było niesamowite słuchać tych tandetnie brzmiących monologów o przyjaciołach i innych życiowych sytuacjach do zupełnie niezłe muzyki). I-Wolf and the Chainreactions byli kolejną torpedą: powalający, energetyczny występ świetnych muzyków i temperamentnych wokalistek. Taki w sumie superskład zebrany w Egipcie, na Dominikanie i w Iranie, doprawiony talentem jednego z członków Sofa Surfers. Miks wybuchowy, łączący rzeczy soulowe, r'nb czy jazzowe z nutką trybalnej etniczności, i do tego zdecydowanie dziko taneczne. Świetny koncertowy koniec festiwalu.

Później bujałam się jeszcze z przyjemnością do muzyki BLCKSHP - Polak stał wysoko nad publicznością, skąd wyglądał jak młody bóg - nie wspominając już o niebywale dobrym secie, jaki przygotował. Było w tym przepysznym graniu coś bardzo Polskiego, konieczność pokazania, że jesteśmy świetni i i u nas jest trochę jak w Berlinie. I mnie on przekonał.

Zachęcam do zapamiętania, że Waves Wiena na początku października wydarzy się także w następnym roku - będzie to czwarta edycja festiwalu i nie wątpię, że atrakcji tylko przybędzie. Chwali się formułę eksploracji dźwiękowo-urbanistycznej, w jaką zostaliśmy wciągnięci na te kilka zimnych wieczorów, oraz świetny dobór muzyczny. Ja już niecierpliwie odliczam dni do kolejnej edycji.


Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.