Facebook Google+ Twitter

Wchodzę w ciemno. Na górze

21 lipca, w upalny czas skwarnego popołudnia, jakiś stumetrowy wąż pielgrzymów piął się w stronę Jasnej Góry.

Za nim, pozostawione w rozpalonej mazi asfaltów, tysiące śladów, dziesiątki tysięcy stóp odbitych w piasku polnych dróg, miliony źdźbeł mchu leśnych duktów, przygniecionych do ziemi sandałem wędrowca.
— Skąd idziecie? – pyta miejscowa staruszka. I… płacze. Śpiewamy:
„Przy Twoim boku chcemy, o Maryjo,
Walczyć z wadami Polskiego Narodu.
Aby pod każdym dachem, każdą strzechą
Nie było płaczu i nie było głodu”.

Utrudzone nogi pielgrzymów niosą lekko, otarte stopy nie bolą, pieśń, dodając skrzydeł, śpiewa się sama. Jeszcze… sto metrów. Jeszcze… dziesięć. Jeszcze… metr. Wreszcie szczyt! I hasło: „padnijmy na twarz!”.
Padamy. Niczym ścięty las. W ciszy słychać ziemię dyszącą ludzkim oddechem. Pachnącą trawą i zlizywanym ze spieczonych warg gorzkim wzruszeniem.

Podnoszę strwożoną głowę. Widzę na stoku setki moich braci. Bez głów, bez nóg, bez rąk, bez plecaków, kolorów, insygniów jakiejkolwiek władzy, bez wieku. Wszyscy składają się teraz tylko na ten wzruszający, ścięty Maryjnym zachwytem – las. Stali się ciszą – wyrażającą zachwyt i nadzieję. Milczeniem wielbiącym.

Czuję, że dla mnie nastał kres wędrówki. Ja – niestety – już nie potrafię wyżej. Patrząc na kochane twarze braci Staszka i Rysia – dwóch starych byków z Krakowa, i Przemusia, chłopaczka z Kujaw — towarzyszy sześciodniowej wędrówki, zazdroszcząc im, podziwiając ich, zwracam się ze smutkiem w stronę własnych, nieporadnych myśli. I w ciężkiej, pozbawionej sensu analizie tracę możliwość poznania zwykłego sensu. I niezwykłej tajemnicy.

Dla moich braci i sióstr wędrówka do świętego obrazu Czarnej Madonny ciągle trwa. Dla mnie to padnięcie „na twarz” oznacza jej kres. Śpiewają…
„Każdy kto ma w Nim nadzieję,
Podobnie jak On – jest święty”.

Nie każdy. Bo moja wielka nadzieja (czasem myślę, że za bardzo Go nią obciążam) jest zaledwie… grzesznym roszczeniem. Za mało daję, żeby móc brać. Nie zasługuję na spokojne oczekiwanie.
A to, że zostałem stworzony na Jego obraz i podobieństwo, upewnia mnie tylko w smutnym fakcie, że tym razem – jabłko padło za daleko od jabłoni.
Kiedyś – widać – nierozumnie wziąłem całą nadzieję w swoje ręce i ją… zmarnowałem.
www.gk.pl

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (5):

Sortuj komentarze:

Lem był ateistą.

Komentarz został ukrytyrozwiń

"Kiedyś – widać – nierozumnie wziąłem całą nadzieję w swoje ręce i ją… zmarnowałem." - to cytat w kwestii nawrócenia na szczerą i naiwną wiarę ludu , który ma w/g Pan Jana rację.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Co się czuje ? Egzaltowaną , trącącą o grafomanię, "prawie lirykę" nawróconego z czasem na przaśny ludowy katolicyzm krakowskiego nteligenta ? Dla mnie to trąci fałszem. Ja tam wolałem czytać agnostyka do grobowej deski Lema.

Komentarz został ukrytyrozwiń

To się czyta. To się czuje. Po co komentarz?

Komentarz został ukrytyrozwiń

Chyba przez grzeczność nikt tego tekstu nie komentuje.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.