Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

177381 miejsce

Wchodzę w ciemno. Romans po latach

Dwudziestoletnia Ania Seniuk - przedmiot westchnień męskiej części naszego roku w krakowskiej szkole aktorskiej. Mój też. Może o tyle mniejszy, że kiedyś człowiek wzdychał wprawdzie często, ale - dla bezpieczeństwa - w licznych kierunkach. Niezwykły czas minionej młodości.

Gdy o grzech było trudniej, a do chorób i wiecznego potępienia rozkosznie daleko. Ania od początku była cudem najpowabniejszym i bardziej od innych dziewcząt - niedostępnym. To znaczy, ktoś ją tam w końcu dopadł, ale z tego co pamiętam, żaden z kolegów. Wybranym szczęściarzem okazał się jakiś kurdupel z innej uczelni, którego z wściekłością nazywaliśmy "Pomponem".

Mijał czas. Śliczna Ania przemieniła się w pełną powabu Annę, a potem w całkiem już dorosłą - Seniuk. Wyjechała do Warszawy, gdzie mieszka po dziś dzień. Ja pozostałem w Krakowie. Koledzy z klasy zaś - jak to oni - rozbiegli się po świecie. Każdy gdzieś trwa, w towarzystwie wybranej babiny i pcha bidę do przodu. Jeśli w ogóle pcha.
Zapamiętałem tamten telefon od producenta, z propozycją zagrania roli w "Czterdziestolatku". A potem w słuchawce głos Ani: - Przyjedź Janku, dawno się nie widzieliśmy.

Nie musiała dwa razy powtarzać. Pognałem pierwszym pociągiem do Warszawy - po to, żeby zagrać w jej uroczym towarzystwie jakiegoś profesora, z którym "Magda" przeżywa delikatną fascynację - bez większych konsekwencji.
Odcinek serialu - o ile mnie pamięć nie myli - nosił tytuł "Pocztówka ze Spitsbergenu". Ania była wtedy w zaawansowanej ciąży. A pod jej sercem (jak powiadają) siedział mały człowieczek, grający teraz (cholera!) Albina w "Ślubach panieńskich". Niesłychane!

Powspominaliśmy studenckie czasy, zagraliśmy czego od nas oczekiwano, przeżyliśmy rzekomy romans za całkiem niezłe pieniądze - i jak przystało na rozsądną parę, każde z nas udało się w swoim kierunku. Potem spotykaliśmy się jeszcze - rzecz jasna. To tu, to tam, mówiliśmy o tym i owym, piliśmy to, na przemian z tamtym.

Jeszcze raz minął czas. Niewiarygodnie długi. Trudny do uchwycenia. Postarzały się nam dzieci, rosną wnuki, odchodzą i nadchodzą przyjaciele, a my - szczęśliwym zbiegiem losu - ciągle trwamy. Ja i Ania. Myślę, że radośnie? Bo jakże nie uśmiechnąć się, słysząc kolejną propozycję zagrania z nią jeszcze raz! W czymś, co - nomen omen - nosi tytuł: "Egzamin z życia". Wchodzę w to! Sądzę, że jak dawniej podejdziemy do tego egzaminu i najzwyczajniej w świecie spróbujemy go razem zdać. Po prostu.

Jeszcze raz, w rolach ludzi przepełnionych dorosłą pamięcią, którym gdzieś po drodze uciekło młodzieńcze wzruszenie. Odrzucam więc inną propozycję, choć ciekawszą artystycznie, korzystniejszą finansowo. Dlaczego?
Bo aktorem to ja już byłem i starczy. A tamtego, szczenięcego uczucia do Ani Seniuk, delikatnego tak, że starczyłoby mu miejsca w małej łupince orzecha, ciągle mi za mało.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (2):

Sortuj komentarze:

Owszem, ciepły i udany tekst :)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Bardzo ładny szkic, Janie (Pan wybaczy, ale tutaj - o czym mnie nie raz pouczano - wszyscy są per "ty"). Powiało nostalgią rodem z Villona ("Ou sont les neiges d'antan..?"). I nie ma się czemu dziwić, pani Anna w roli Muzy jak najbardziej na miejscu.

Pozdrowienia

Komentarz został ukrytyrozwiń

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.