Facebook Google+ Twitter

Wchodzę w ciemno. Strzelby Antoniego Pawłowicza

W teatrze powiadają, że jeśli w sztuce Antoniego Czechowa od pierwszego aktu na scenie wisi strzelba, to po to, żeby pod koniec aktu trzeciego - wystrzelić. Wniosek: coś jest po coś, z czegoś coś musi wyniknąć.

W przedstawieniu "Tartuffe'a" wystawionym na scenie Starego Teatru - który oficjalnie przystąpił do Unii Teatrów Polski i Europy, nieoficjalnie zaś do WHO, OECD, UNESCO, ONZ, UEFA, FIFA oraz Trójkąta Wyszehradzkiego
- na czarno ubrany aktor, ogromną ilość białego cukru wsypuje do szklanki brązowej herbaty. Robi to z wielką maestrią i tak długo, że nawet gdyby znalazł się jakiś widz, który by nic z przedstawienia nie zapamiętał, to nawet ten - zapamiętałby herbatę.

Ta herbata - mówiąc nawiasem - cały czas stoi w najbardziej widocznym miejscu sceny i czeka. Tylko, na co? Nikt jej w przerwie spektaklu nie uprzątnie, bo przerwy nie przewidziano. Widz ma siedzieć od początku do końca, i bez względu na konsekwencje konsumować tak zwane wzruszenie.
Herbata tymczasem stoi. Nikt jej nie wypije, nie rozleje, nie rozbije o ścianę. Można ewentualnie jeszcze bardziej ją dosłodzić. Co zresztą, spowity w czerń aktor - czyni. Uważny widz w tym czasie, gubiąc po drodze wątki fabuły, myśli już tylko o tej cholernej herbacie. A ta, podła - nic tylko stoi. I nie strzela!

W przedstawieniu wyreżyserowanym przez Mikołaja Grabowskiego - aktor, mrocznie odziany, nosi na lewej dłoni opatrunek w czarne pasy, spajające z sobą palce. Wygląda to nad wyraz demonicznie (trochę jak garb u Ryszarda III) i jest bardzo silnym akcentem na scenie zdominowanej przez biel. Do głowy napływają domysły, rodem z "Milczenia owiec", a człowiek zachodzi w głowę do czego ta okaleczona dłoń zmierza. Może (jak kastetem) walnie w fałszywy łeb Tartuffe'a? Może, na oczach zachwyconej widowni zmieni opatrunek, co - od biedy - dałoby się (w sensie metaforycznym) uznać za dowód zmiany uczuć do Tartuffe'a? Może tą łapką zamiesza w końcu w tej nieszczęsnej herbacie?

Nic z tych rzeczy. Okazuje się potem, że aktor grający rolę Ordona, drasnął się przy rąbaniu drewna na tzw. działce. Zdarzenie kłopotliwe, ale bez porównania mniejsze od kolejnej strzelby Antoniego Pawłowicza, która zamiast wystrzelić - tylko wisi. Inaczej ma się problem z niebieskim płaszczykiem Marianny, który założyła w gruncie rzeczy tylko po to, aby go w pewnym momencie zdjąć. A z nim - całą resztę.
Strzelba tym razem wystrzeliła.

Reżyser, po trudach twórczych zmagań z materiałem Moliera, może w końcu spokojnie odsapnąć i popatrzeć? Nic podobnego! Nagość jest strzelbą szczególną. Chociażby przez to, że trzeba umieć dobrać do niej stosowną amunicję.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.