
Od 25 sierpnia 2006 roku, kiedy to przeczytałem w jednej z polskich gazet o jej historii, wraz z informacją, że jest już na wolności, zbieram artykuły z gazet całego świata, z internetu i telewizji. Posiadam anglojęzyczną książkę "Girl In The Cellar", opowiadającą o jej dramacie. Zamówiłem nawet koszulkę z nadrukiem jej imienia i nazwiska. Wolę taki napis, niż na przykład "Życie jest do d...". Przyznam, że to jest trochę jak nałóg, z którego nie potrafię wyjść. Obsesja? Może i tak, ale na szczęście nie należy do tych groźnych.
Co mnie pociąga najbardziej w historii Nataschy, to jej walka z sobą, w czterech ścianach podziemnej celi. Z jednej strony wielki dramat, z drugiej niespotykane męstwo, odwaga i upór. Już rok temu próbowałem się skontaktować z Kampusch, zapisać się do jej fanklubu. Jednak nie znalazłem w sieci żadnego adresu do niej, żadnej strony fanów. Pomyślałem więc, że najprostszym sposobem będzie wysłanie tradycyjnego listu do Nataschy, do Wiednia. No tak, tylko skąd wziąć adres? Ano wykombinowałem i adres. Nazwę ulicy, numer bloku i numer domu, gdzie mieszkają jej rodzice, znalazłem w materiałach o niej. Kod pocztowy do Wiednia, do potrzebnej mi dzielnicy tego miasta wziąłem z niemieckiej gazety, która ma przedstawicieli w Wiedniu. I posłałem list, pisząc w nim łamaną niemczyzną, że interesuję się jej sprawą, że mam do niej mnóstwo pytań i takie tam "emocjonałki". Życzyłem też dużo zdrowia, bo przecież ono było jej wtedy bardzo potrzebne. Nie liczyłem na odpowiedź. Miałem tylko nadzieję, że list do niej dotrze i tyle. Ale nie miałem pewności, że tak się stało. I nie mam jej do dziś.
Niedawno skontaktowałem się z dziennikarzem austriackiej telewizji ORF, Christophem Feursteinem, który przeprowadzał z Nataschą Kampusch wszystkie najważniejsze wywiady, w tym ten pierwszy, najsłynniejszy, który przyciągnął przed telewizory całą Austrię, a potem cały świat. Napisałem do niego maila, że interesuję się tą sprawą. Że tak, jak on, pragnę zostać dziennikarzem. Pochwaliłem go za dobre wywiady i powiedziałem, że też chciałbym umieć tak rozmawiać ze sławnymi ludźmi. Prawie natychmiast otrzymałem odpowiedź, w której dziennikarz cieszył się, że wiadomość przyszła z Polski. Życzył mi wszystkiego najlepszego w dalszej karierze dziennikarskiej i dodał zdanie, które bardzo utkwiło mi w pamięci - bym był sobie wierny w tym, co robię.
Chociaż minął już ponad rok, od kiedy zainteresowałem się sprawą porwania nastolatki, wciąż nie ma tematu, który mnie intrygowałby mnie bardziej. Wierzę, że kiedyś będę mógł spotkać Nataschę Kampusch, a może i przeprowadzić wywiad. Wiem, że nie będę mógł jej zadać 3096 pytań. Ale przynajmniej kilka. Nie chcę dużo...