Facebook Google+ Twitter

Wciąż "Szczęśliwe dni" w Teatrze Dramatycznym

Co to jest szczęśliwy dzień? Jakie dni określamy mianem szczęśliwych? Czego nam do szczęścia naprawdę potrzeba?

Oczywiście, odpowiedzi tyle, ile osób zadających sobie to pytanie. Pytanie pozornie proste, lecz wymagające od człowieka własnej definicji rzeczywistego szczęścia. I może to miał namyśli Samuel Beckett, pisząc „Szczęśliwe dni” wystawiane przez Teatr Dramatyczny w Warszawie. Trudno mi powiedzieć, czy tak było... Jednak myślę, że coś w tym jest. Życie, w którym człowiek wciąż do czegoś dąży, czegoś pragnie, o coś walczy, pozostawia pewien niedosyt szczęścia. Szczęśliwe dni wydają się być rzadkie i szybko przemijają. Może odcięcie się od tego świata, dało by szczęście...

Główna bohaterka sztuki Winne, siedzi w czymś przypominającym kopiec, jak kret, który zapragnął zobaczyć niebo. Lecz nie jest to okno na świat. Ziemia ją tak naprawdę pochłania. Uniemożliwia jej poruszanie się. Jednak to nie jest dla niej powodem do smutku. Każdego dnia modli się do Boga i za wiele mu dziękuje. Otoczona jest kilkoma zwykłymi przedmiotami. Codzienne czynności, które wykonuje skrupulatnie, nadają sens jej życiu. Do tego ciągłe wspomnienia, przemyślenia i strzępki złotych myśli, które wciąż wygłasza. Lecz nie do samej siebie. Towarzyszy jej mąż. Nie odzywa się zbytnio, nie patrzy na nią, nie interesuje się jej sprawami. Mimo to jednak jest. Trwa przy niej. Co go trzyma? Co sprawiło, że żyje z nią w tym kopcu, mieszkając w małej jamce. Nie wiem, lecz jego obecność daje wiele szczęścia Winne. Jedno słowo, pomruk czy poruszenie dłonią sprawiają, że dzień jest jeszcze szczęśliwszy.

I czy może właśnie o to chodzi, że żyjąc w świecie, który wciąga jak w czarną dziurę, to właśnie małe sprawy sprawiają, że każdy dzień może być szczęśliwy? Jej życie mogłoby się wydawać beznadziejne i dziwaczne, lecz chce żyć, choć ma możliwość popełnienia samobójstwa.
Sztuka oczywiście nie daje recepty na szczęśliwe dni. Jej fabuła daje szerokie pole do interpretacji i osobistych przemyśleń nad życiem. Kończy się w sposób, który każdy powinien zinterpretować indywidualnie.

Na koniec, nie sposób nie wspomnieć o aktorach. Maja Komorowska jak zwykle potwierdziła swoje wielkie zdolności aktorskie i nadała sztuce niezwykły ciepły urok. Pokazała, jak wiele można powiedzieć twarzą i ukazać psychiczne wnętrze postaci. Towarzyszył jej w roli męża Adam Ferency. Niestety, pokazywał się na scenie bardzo rzadko i niewiele też mówił. Jednak same jego pomruki czy zakładanie kapelusza budziły śmiech publiczności i dodawały sztuce jeszcze większego uroku, choć dość specyficznego.

Oczywiście, uważam iż „Szczęśliwe dni” warto zobaczyć. Nie jest to spektakl, którym można odreagować stresujący tydzień, lecz spektakl, który pozwala zatrzymać się i zastanowić nad życiem. Myślę, że wiele mówi też fakt, iż spektakl miał swą premierę w 2008 roku, a widownia „pękała w szwach” i pozostawiła grono rozczarowanych, którym nie udało się dostać w świat Samuela Becketta.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.