Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

12598 miejsce

We Włoszech zagłosowało "tylko" 74 proc. obywateli. Polacy, wstydźcie się!

We Włoszech liczba osób idących do wyborów od lat jest przykładem dla innych. Włosi! Jak Wy to robicie?

Berlusconi przed wyborami we Włoszech / Fot. EPA/GIUSEPPE LAMINa tę chwilę wyniki włoskich wyborów parlamentarnych wciąż nie są pewne. Centrolewica idzie łeb w łeb z centroprawicą Silvio Berlusconiego, wszystko w zasięgu błędu statystycznego. Czekamy więc na podliczenie wszystkich głosów, aby móc wyrokować nad dalszymi losami Włoch i jak się wydaje skomplikowanej sytuacji - stworzenie koalicji rządowej będzie bardzo trudne. Jednak to, co zwróciło moją uwagę to liczba osób, które oddały głos we włoskich wyborach. Według wciąż nieoficjalnych danych frekwencja wyniosła ponad 74 proc. W ostatnich wyborach parlamentarnych w Polsce w roku 2011 - 48 proc. Wstyd nam? Tak i to bardzo.

Będzie nam jeszcze bardziej wstyd kiedy dodam, że to najgorszy wynik Włochów na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat. W roku 2008 frekwencja wyniosła ponad 80 proc. Jednak włoscy komentatorzy martwią się tym stanem rzeczy i mówią o kryzysie demokracji, znudzeniem i niechęcią wobec polityków.

Włosi - jak Wy to robicie?
Po kolei. Wybory parlamentarne we Włoszech zostały podzielone na dwa dni - odbywały się w niedzielę i poniedziałek. Jest więc to pierwsze utrudnienie dla chcących zagłosować, bowiem poniedziałek wyborczy nie jest we Włoszech dniem wolnym od pracy. Dwa - pogoda nie była w tych dniach zachęcająca do odwiedzania lokali wyborczych - wiał silny wiatr, a także obficie padał deszcz.

Teraz coś z naszego podwórka. Wybory parlamentarne z 9 października 2011 roku. Piękna polska złota jesień, sezon wakacyjny w pełni zakończony. Pewnie pogoda mogła nas bardziej rozpieszczać, ale jak na październik nie mogliśmy narzekać. Efekt - 48 proc. Ktoś mógłby zwrócić uwagę na to, że w Polsce mieliśmy tylko jeden dzień (niedziela) do oddania głosu. Cofnijmy się więc do roku 2003, kiedy w Polsce odbywało się referendum w sprawie przystąpienia Polski do Unii Europejskiej. 7-8 czerwca - zatem przed sezonem wakacyjnym, ale również w ciepłym i przyjemnym miesiącu. Ogromna akcja informacyjna poprzedzająca referendum, przypomnijmy sobie wszystkie debaty, a także zwykłe reklamy w telewizji zachęcające Polaków do głosowania. Znaczenie - skutki referendum zaważyły na losach Polski na kilkadziesiąt lat. Euroentuzjaści cieszyli się z przyjęcia Polski do zjednoczonej Europy, a eurosceptycy mówili o utracie suwerenności - tak czy inaczej referendum było wydarzeniem historycznym. Efekt: frekwencja wyniosła 58 proc., co okrzyknięto sukcesem i dobrym prognostykiem dla polskiej demokracji.

To naprawdę bardzo dziwne, że naród który z taką zaciętością walczył o możliwość podejmowania decyzji przez obywateli, tak słabo radzi sobie z korzystaniem z dobrodziejstw demokracji. Za to bardzo aktywnie wyraża swój sprzeciw po wyborach na różnego typu protestach i manifestacjach. Nie to jest najgorsze. Obawiam się, że znaczna część krzyczących najgłośniej w ogóle do wyborów nie poszła. Powinniśmy przyjąć bardzo prostą zasadę - nie głosujesz, nie masz prawa do krytyki. Już widzę te grupy rozbudzonych ze snu obywateli, którzy usłyszawszy o odebraniu im prawa do narzekania tłumnie sięgają po argumenty zrywów narodowościowych. Po to tylko, aby po wszystkim wywalczone prawo rzucić w kąt. A bo nie ma na kogo głosować. To nie jest żaden argument. Włosi mieli do wyboru byłego zatwardziałego komunistę oraz premiera bunga bunga. A więc kandyduj Ty! Łatwo nie będzie, ale w wyborach samorządowych mamy już częściowe okręgi jednomandatowe, Senat także jest objęty JOWami.

To może obowiązkowe wybory? W niektórych krajach występuje przymus wyborczy - oznacza to tyle, że obywatele są prawnie zobowiązani do uczestnictwa w wyborach. Władze tych państw przyjmują, że "obowiązkiem każdego obywatela jest wykazanie się minimalną choćby troską o sprawy państwa". Ciekawe cóż to za państwo, które zmusza obywateli do głosowania? Na przykład Belgia moi drodzy. Jest w tym coś wyjątkowego, że stolica Unii Europejskiej tak traktuje pojęcie prawa do głosowania.

Należy jednocześnie uczciwie dodać, że wybory we Włoszech również są obowiązkowe, ale tylko w teorii, ponieważ za nieskorzystanie z prawa do głosowania nie grożą żadne konsekwencje. Do lamusa odeszło nawet wywieszanie list osób niegłosujących nazywanych "listami sumienia". Można więc chyba założyć, że Włosi głosują tak "sami z siebie". Tak duży udział społeczeństwa w wyborach do parlamentu daje pewność, że przysłowiowa wola ludu zostanie zrealizowana. Teraz żyjemy w świecie gdzie wygrywa partia z 30-proc. wynikiem. Załóżmy, że frekwencja wyniosła 50 proc. - rządzi nami wola 15 proc. społeczeństwa. Czyja to wina? Nasza.

Zarejestruj się i napisz artykuł

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.