Facebook Google+ Twitter

We Wrocławiu zagrał Martin Taylor

  • Tomasz J
  • Data dodania: 2008-01-17 16:15

Festiwal Gitara 2007 zakończył się ponad miesiąc temu, jednak Wrocław wciąż czekał na jeszcze jeden koncert. Pierwotnie miał on odbyć się w grudniu, ostatecznie, po rozmaitych perturbacjach, Martin Taylor wystąpił we Wrocławiu wczoraj.

Martin Taylor snuje jedną z wielu swoich opowieści podczas wrocławskiego koncertu, 16 stycznia 2008 / Fot. T. JośkoNa ten dzień czekałem z wielką niecierpliwością. Gdy w grudniu okazało się, że Martin Taylor do Wrocławia jednak nie zawita, byłem wielce niepocieszony. Pamiętam, jak wielkie oczekiwania miałem wobec tego, ostatecznie odwołanego, koncertu – Taylor to jeden z największych współczesnych solowych gitarzystów jazzowych. Przyczyną grudniowej absencji mistrza były opóźnienia samolotów (Taylor do Polski leciał aż z Australii). Po wczorajszym koncercie jestem jednak skłonny przypisać wszystko szczęśliwemu (tak!) przypadkowi. No, ale po kolei…

W to, że na koncercie Martina Taylora frekwencja dopisze, nikt nie śmiał wątpić. I słusznie – gdy przyszedłem do klubu na pół godziny przed rozpoczęciem występu, zajętych było już więcej niż połowa miejsc. W ciągu następnych 30 minut sala była już szczelnie wypełniona miłośnikami brzmienia gitary jazzowej. Świetnie wyczuwalna była ta charakterystyczna i jedyna w swoim rodzaju atmosfera oczekiwania na występ wielkiego wirtuoza. Wreszcie, kilka minut po dwudziestej, zaanonsowany przez dyrektora artystycznego festiwalu Gitara 2007 (a zarazem znakomitego gitarzystę klasycznego) Krzysztofa Pełecha, Martin Taylor wyszedł na scenę.

Mistrz rozejrzał się po sali, uśmiechnął i… nie, nie zaczął grać. Na samym początku jeszcze raz wszystkich przeprosił za to, że w grudniu nie udało mu się dotrzeć do Wrocławia. Szybka refleksja na temat linii lotniczych, wpleciony w to ładnie żart i już wiadomo było, że opinia o Taylorze, jako gitarzyście o fantastycznym poczuciu humoru, jest jak najbardziej prawdziwa.

W ciągu następnych 90 minut usłyszeliśmy jeszcze wiele opowieści Martina. O tym, że z dzieciństwa pamięta np. tłukące się dzieciaki z Polski. O znajomości języków obcych – wprawdzie po polsku Taylor potrafi powiedzieć tylko "dobra" i "na zdrowie", jednak kompletnie nas zaskoczył, gdy ze sceny usłyszeliśmy płynną francuszczyznę. Jakby tego było mało, za chwilę gitarzysta zaczął do nas mówić po… japońsku(!).

Martin Taylor podczas koncertu we Wrocławiu, 16 stycznia 2008 / Fot. T. JośkoArtysta mówił także o tym, że jako szesnastolatek udał się do Nowego Jorku, by grać na gitarze. Los rzucił go na statek pasażerski, którym dopłynął aż do Karaibów. Tej opowieści mogliśmy wysłuchać przed wykonaniem utworu "Down At Cocomos", który zresztą szczerze polecam – idealnie obrazuje jak muzyka regionu wpłynęła na muzyczną wrażliwość Taylora. Właśnie – muzyczną. Śmieszne historyjki mogą sobie funkcjonować, ale to był przecież koncert. I to jaki! Napiszę szczerze – brak mi słów. Dawno nie byłem na takim występie, kiedy po zejściu artysty ze sceny sądziłem, że to po prostu przerwa. I kiedy wywoływaliśmy już Martina, by zagrał coś na bis, czułem wielki niedosyt. Półtora godziny z Martinem Taylorem wydawało mi się ledwie momentem. Coś nieprawdopodobnego.

Repertuar? Zróżnicowany – usłyszeliśmy zarówno solowe kompozycje artysty (wspomniane "Down At Cocomo’s", czy przepiękne, zagrane na bis "True"), jak i jazzowe standardy. Wśród nich wybrzmiały wczoraj m. in. "Mona Lisa" autorstwa Raya Evansa i Jaya Livingstona, czy "They Can’t Take That Away From Me" George Gershwina. Nie zabrakło także odniesień do muzyki współczesnej, czego wyrazem było sięgnięcie Taylora do utworu "Don’t Know Why", który napisała Norah Jones.

Niezależnie jednak po jaką kompozycję sięgał gitarzysta, wykonanie za każdym razem było perfekcyjne. Nie powinno to właściwie dziwić – trudno, by wielokrotny zdobywca nagrody British Jazz Awards dla najlepszego gitarzysty grał nieczysto, czy niedbale. Mimo to jednak, chciałbym podkreślić – grę Taylora cechuje niewiarygodna wręcz precyzja wykonawcza, wielka elegancja, wyczucie smaku, niezwykła dbałość o detale, no i fantastyczne brzmienie. Podczas wczorajszego koncertu wielokrotnie dał to odczuć licznie zgromadzonej wrocławskiej publiczności.

Po takim występie pamięta się wiele i wiele chciałoby się opowiadać, przypominać i cytować. Pozwolę sobie na przypomnienie dwóch momentów. Gdy po wykonaniu bardzo szybkiego, skomplikowanego i niezwykle złożonego jazzowego tematu publiczność nagrodziła gitarzystę olbrzymią owacją, ten uśmiechnął się tylko (zapewne zdążył się przyzwyczaić do takich reakcji), po czym podszedł do mikrofonu i rzucił – To przecież tylko zabawa. Po chwili dodał – poparta naprawdę ciężką pracą. Nic dodać nic ująć.

Z kolei, gdy rozmawiałem z Martinem chwilkę po koncercie, dziękując mu za fantastyczny koncert, ten odparł: – Dzięki. Wiesz co? Chyba jeszcze się spotkamy. Oby do następnego razu!

Bardzo chcę wierzyć, że nie była to tylko artystyczna uprzejmość. Martin, będę czekać.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (1):

Sortuj komentarze:

Nie znam, nie słucham, spróbuję.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.