Facebook Google+ Twitter

Weekend z Kodami

Słowem kluczem festiwalu jest improwizacja - od łacińskiego improvisus: nieprzewidziany, nieoczekiwany - co chyba najlepiej oddaje weekendowe wydarzenia.

Soundscapes around Silence / Fot. Łukasz GdakSobota, dzień pierwszy Kodów, stała pod znakiem tria Anderson, Zorn i Laswell. Efekty przerosły moje oczekiwania, bo chociaż nazwiska te obiecują wielką muzykę, wybrana przez nich forma koncertu pozostawiała margines niepewności. Poza pogodą nic nie zawiodło - świetna sceneria, liczna i zaangażowana publiczność i dźwięki, o których pisać trudno jako o dziele wybitnie ulotnym.

Każde z nich przemyciło do wspólnej całości swoje niepowtarzalne brzmienia, pełnili różne role w spektaklu: Anderson na skrzypcach i z nieodłącznymi efektami elektronicznymi budowała wraz z Laswellem melodie, na których Zorn mógł rozwiesić dźwięki saksofonu. Skala emocji była ogromna i tak abstrakcyjna, że każdy ze słuchaczy mógł na swój sposób zinterpretować widowisko. Te nieprawdopodobne, odrealnione sto minut (sześć improwizacji) potwierdziło klasę zaproszonych artystów - i, co ostatnimi czasy istotne, nie pozostawiło wrażenia obcowania z zespołem, który mając za sobą lata świetności, przyjeżdża wreszcie do Polski i daje przewidywalny koncert, bez energii i zaangażowania, ot zwykła chałtura dla tych, którzy jeszcze pamiętają. Anderson, Zorn i Laswell to muzycy płodni, świeży i awangardowi w najlepszym tego słowa znaczeniu, a kunszt ich improwizacji to właśnie wynik kilku dekad praktyki. Pierwszy dzień Kodów okazał się strzałem w dziesiątkę.

Dzwony / Fot. Łukasz GdakNiedziela to znów nieprzewidywalne i zaskakujące występy. Zaczęło się od "Soundscapes around silence" improwizującego tria - wiolonczelistki Hiu-Chun-Lin, perkusisty Wolframa Dixa i klarnecisty Michaela Breitenbacha. Tutaj jednak trudno jest mi się zdecydować, czy był to koncert dobry. Interesujące i odważne pomysły całej trójki, a w szczególności niecodzienne podejście do sekcji rytmicznej Dixa, który imał się najdziwniejszych sztuczek, by wydobyć z perkusji nowe dźwięki (używał w tym celu ręcznika i grzechotek chociażby), oraz Hiu-Chun-Lin, która zaskoczyła przedziwnym śpiewem (trochę mową, trochę krzykiem, trochę gaworzeniem). Mimo wszystko jako całość brzmieli dość dziwnie - czasami tylko wiolonczela "gadała" z perkusją, w większości był to jednak potrójny występ nakładających się na siebie dźwięków. Albo zabrakło mi klucza do odczytania całości.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.