Facebook Google+ Twitter

Węgry sauté

"Gulasz z turula" - najnowszy zbiór esejów Krzysztofa Vargi, polskiego pisarza o węgierskich korzeniach, to wyjątkowo przenikliwe spojrzenie na Węgry i Węgrów. Wyjątkowe nie tylko w polskiej literaturze.

 / Fot. Wydawnictwo CzarneNa początek dla porządku należałoby dodać, że podobnie jak autora "Gulaszu z turula" z Węgrami wiążą mnie szczególne więzy. Mieszkałem w Budapeszcie ponad rok, do dziś regularnie wpadam nad Dunaj, Cisę i Balaton, więc Węgry i Węgrów udało mi się trochę poznać. I z każdą stroną książki Vargi przekonywałem się, że moje wrażenia nie są odosobnione.

"Gulasz z turula" to przenikliwe, momentami ostre, spojrzenie na węgierskość, ale nie bez sympatii dla opisywanych. Varga porusza zarówno kwestie poważne jak choćby determinujący do dziś wpływ historii na życie Węgrów (tak, tak, są narody, które żyją przeszłością dużo bardziej niż Polacy), jak i wydawałoby się mniej istotne jak wpływ narodowej kuchni na usposobienie. "Wydawałoby się", bo zbiór tych obrazków buduje obraz Madziarów, daleki od widoków znanych z turystycznych folderów, ale za to oddający rzeczywistość. Varga zresztą co rusz podkreśla, jak dalekie są propagandowe papryka, Parlament i puszta, filmowane, fotografowane i przykrawane pod gusta turystów, od Węgier, jakie widzi się mieszkając tam nieco dłużej.

"Paprykarz z Kádára", "Pieczeń z Horthyego", "Zupa z Rákosiego", "Pörkölt z Bulcsú i Lehela", "Salami ze świętego Stefana", "Leczo z Gyurcsánya i Orbána", "Smalec z Kossutha", "Kotlet z Árpada" - tytuły esejów tworzone są według jednego, kulinarnego klucza. Rzekłbym, że nieprzypadkowe są te kulinarne asocjacje, bo Varga podaje nam Węgry sauté - bez panierki frazesów dla turystów, za to mocno podsmażone swoim zdrowym krytycyzmem. Każde z tych "dań" to dla Polaków ładunek informacji o Węgrzech - nowych, bo nasza wiedza zazwyczaj nie wykracza poza znajomość powiedzenia o bratankach, szabli i szklance. Varga wspomina choćby o hekatombie węgierskiej armii w zakolu Donu podczas drugiej wojny światowej - wydarzenie to znane jest w Polsce tylko fascynatom wojskowości, a na Węgrzech "zakole Donu" to dla wszystkich symbol tragedii wojennej i pierwszego doświadczenia sowieckiej niewoli.

Varga dzięki swoim korzeniom Węgry i Węgrów zna i rozumie, ale jednocześnie będąc obcokrajowcem ma dzięki temu obiektywne spojrzenie na rzeczywistość. Widać to szczególnie, kiedy pisze o roli historii w codziennym życiu Węgrów. Polak po lekturze esejów Vargi doceni własne umiarkowanie - za Kresami może tęsknić, może je wspominać, ale do głowy mu nie przyjdzie naklejać na zderzak naklejkę z konturem przedwojennych granic czy wzdychać, że bez Wilna i Lwowa to nie Polska. Na Węgrzech normalnym jest widok mapy Korony Świętego Stefana, czyli Królestwa Węgierskiego sprzed I wojny światowej, które obejmowało oprócz dzisiejszego terytorium m.in. Siedmiogród, Słowację, leżącą dziś w Serbii Wojwodinę czy Chorwację. Powstają paramilitarne organizacje o niebezpiecznie skrajnym nastawieniu jak Gwardia Węgierska. Dzięki "Gulaszowi z turula" czytelnik może zrozumieć tło wielu wydarzeń na Węgrzech (fakt, że mało o Madziarach piszą polskie media), bo Varga nie ogranicza się do reporterskich obserwacji, ale buduje bogate tło historyczne zdarzeń. Pisze o węgierskiej duszy, bo to klucz do zrozumienia wielu kwestii w kraju nad Dunajem.

Przy całym ładunku informacyjnym i historycznym pozostaje książka Vargi dziełem literackim. Ma i charakterystyczny styl, i spojrzenie nieudające dziennikarskiego obiektywizmu, lecz przefiltrowane przez doświadczenia czy pochodzenie autora. Gdyby musieć porównywać "Gulasz z turula" do innych książek, to z pewnością jest ona najbliższa duchowi prozy "podróżniczej" Andrzeja Stasiuka, jak choćby nagradzanemu wielokrotnie "Jadąc do Babadag". Zresztą to z pewnością nie przypadek, że książkę Vargi wydało Wydawnictwo Czarne - należące do Stasiuka i specjalizujące się w tematyce i literaturze Europy Środkowej i Wschodniej.

"Gulasz z turula" to także - jak przystało na dzieło dziennikarza piszącego o kulturze - swoisty przewodnik po węgierskiej kulturze. Tytuły filmów, książek czy nawet piosenek (jak choćby słynna pieśń samobójców "Szomorú vasárnap", czyli "Smutna niedziela") to swoisty kanon lektur obowiązkowych dla chcących dowiedzieć się o Węgrzech czegoś więcej ponad banały z przewodników. Przy tym wszystkim nie jest to kanon w rozumieniu szkolnym - Varga sięga raczej po dzieła współczesne. Nie boi się cytowania zarówno książek czy filmów z wyższej półki, jak i z kręgu kultury popularnej, a czasem posuwa się nawet do wyimków z grafomańskiej poezji przyczepianej przez autora na drzewach pod katedrą w Peczu - po to, by obraz był pełniejszy, by Węgrów i Węgry móc zrozumieć.

Książka Vargi to również przewodnik. Alternatywny, oryginalny, oprowadzający po miejscach, o których nie wspomina żadne wydawnictwo dla turystów. Varga starannie omija lokale czy muzea, gdzie króluje cygańsko-gulaszowy sztafaż dla Niemców czy Amerykanów, prowadzi za to czytelnika tam, gdzie może spotkać prawdziwych Węgrów i poczuć atmosferę tego kraju. Ma ta książka w sobie coś z bloga - pokazuje rzeczywistość nie z góry czy z boku, lecz spośród, co zawdzięczamy węgierskim korzeniom i częstym wizytom Vargi na Węgrzech, zachowując przy tym wszystkim zdrowy, charakterystyczny dla obcokrajowca dystans.

Można rzec, używając argumentów niemal marketingowych, że "Gulasz z turula" to kilka książek w jednej. Ta wielowarstwowość sprawia, że jest to lektura i dla miłośników czy znawców Węgier, i dla tych, którzy chcieliby o Węgrzech dowiedzieć się nieco więcej, a także po prostu dla miłośników dobrej literatury. A autorowi wróżę za "Gulasz..." trzecią nominację do Nike...

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (2):

Sortuj komentarze:

+ recenzja zainteresowała mnie książką i za to plus dla autora.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Świetnie napisane! Z przyjemnością przeczytałam recenzję, a jutro biegnę do księgarni. :-) Ciekawe, czy zrewiduję swoje opinie na temat Węgrów i Węgier, z którymi też łączą mnie pewne więzi. Kiedyś bywałam na Węgrzech niemal co roku i dlatego co do jednego zgadzam się już: wersja turystyczna i wersja na co dzień to dwa różne światy... A Węgry bardzo lubię...

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.