Facebook Google+ Twitter

Wiara w pierwszą pomoc, może być niebezpieczną fikcją

Każdy z nas po przekroczeniu progu swojego domu staje się uczestnikiem ruchu - pieszym. Wielu zasiada za kółkiem, ciesząc się z udogodnień jakie oferuje status kierowcy. Czym ryzykujemy?

Nauka pierwszej pomocy. / Fot. Mikołaj Suchan Dziennik ZachodniJednak na co dzień nie zastanawiamy się nad ponoszonym w trakcie naszych miejskich eskapad ryzykiem. Niebezpieczeństwem, które możemy przewidzieć i poprzez nasze zachowanie - zminimalizować, jak i tym na które nie mamy żadnego wpływu. Wystarczy wspomnieć o wypadkach z udziałem osób, które zasnęły za kierownicą - albo zasłabły. Taki pojazd musi się zatrzymać. Może stosunkowo bezpiecznie wyhamować gdzieś na poboczu, ale też na drzewie, innym pojeździe - a nawet pełnym ludzi przystanku… Nie zastanawiamy się nad tym. Zresztą bardzo słusznie, bo nie da się normalnie żyć wciąż myśląc o grożącej nam śmierci. Poza tym zwykle uważamy, że wypadek, a nawet śmierć to coś, co spotyka innych - coś, o czym mówią w wieczornych wiadomościach.

Niezależnie od tego, każdy chciałby czuć się bezpiecznie i wierzyć, że w razie wypadku otrzyma natychmiastową pomoc od osób postronnych, świadków, a później fachowych służb medycznych. Bagatelizując fakt, że samemu w większości przypadków nie byłby w stanie takiej pomocy udzielić. To dość ciekawe podejście - "chociaż ja nie dałbym sobie rady w tak trudnej sytuacji, z pewnością innych ludzi to nie dotyczy". Przykład myślenia życzeniowego.

Pomoc a stanowisko prawa


W Polsce każdy człowiek będący świadkiem lub uczestnikiem wypadku ma obowiązek udzielenia pierwszej pomocy poszkodowanym. Jakby brutalnie to nie brzmiało - jeżeli coś zrobimy źle, zaszkodzimy, a nawet spowodujemy śmierć - nie grożą nam żadne konsekwencje karne. Dlatego, że bez naszej pomocy ofiara nie ma praktycznie żadnych szans na powrót do zdrowia. Po kilku minutach zaczyna obumierać mózg, a zmiany są nieodwracalne. Dlatego ryzyko związane z udzieleniem w sposób nieprawidłowy pierwszej pomocy i tak zawsze jest mniejsze niż mające miejsce przy braku reakcji i biernym oczekiwaniu na przyjazd pogotowia. Oczywiście - jeżeli nie czujemy się pewnie, a razem z nami jest ktoś, kto zna się na rzeczy - lepiej ograniczyć się do spełniania jego poleceń. W ten sposób też pomożemy, a na pewno nie zaszkodzimy.

O ile udzielenie pomocy nie pociąga za sobą żadnych prawnych konsekwencji, o tyle jej nie udzielenie owszem. Areszt lub grzywna w połączeniu z utratą prawa jazdy do lat trzech nie jest jednak tak istotny, jak śmierć kogoś, komu mogliśmy pomóc. Istnienie takiego prawa wymaga, by każdy z nas znał podstawowe zasady zachowania i udzielania pomocy na miejscu wypadku. Wspomniana fikcja powszechnej znajomości technik pierwszej pomocy, tak bliska naszemu poczuciu bezpieczeństwa i umożliwiająca stosowanie powyższego prawa - jest w istocie złudzeniem, w dodatku niebezpiecznym.

Szerzenie wiedzy


Przyjrzyjmy się systemowi szerzenia wiedzy i świadomości w tym zakresie. Wszystko zaczyna się od najmłodszych lat, lokując elementy samarytanki w programie nauczania biologii, następnie w liceum połowa programu przedmiotu “Przysposobienie Obronne” to udzielanie pierwszej pomocy i radzenie sobie w innych sytuacjach kryzysowych. Zgodnie z nim przez minimum pół roku młodzi ludzie poznają wszystkie techniki i zasady pozwalające na pewne zajmowanie się rannymi. Osobny podręcznik to bogate źródło informacji opatrzone ilustracjami, a na lekcjach powinny być fantomy - pozwalające na przećwiczenie umiejętności “w praktyce”. Kiedy zdajemy kurs na prawo jazdy - elementem jego programu znów jest pierwsza pomoc i zachowanie na miejscu wypadku. Zdobytą wiedzę weryfikuje egzamin wewnętrzny, później państwowy.

Dlaczego piszę o tym wszystkim? Dlatego, że przeszedłem przez wszystkie powyższe etapy i wiem jak bardzo są one fikcyjne. Wykładany w liceum materiał oparty na porządnej pomocy merytorycznej jaką jest podręcznik rozbija się o ilość uczniów i uwagę, jaką można poświęcić każdemu z nich. Bardzo ważna jest też postawa i podejście nauczyciela. Osobiście miałem to szczęście trafić na odpowiedzialnego fachowca, jednak nie zawsze tak jest, a i wspomniana wielkość klas zawsze stanowi problem. Kurs na prawo jazdy? Kompletna farsa. Całe szkolenie polega na przerobieniu w pół godziny testowych pytań, które mogą trafić się na egzaminie. Zero techniki i praktycznych umiejętności. Na miejscu wypadku będziemy wiedzieć, że pozycja boczna ustalona jest na boku, ale co dalej z tym zrobić? Resuscytacja? Takie słowo nawet nie padło. W efekcie pozostaje nam myślenie życzeniowe, wiara w to, że inni będą w stanie nam pomóc i nadzieja na to, że nigdy nikt takiej pomocy nie będzie oczekiwał od nas. Naiwne prawda?

Czy propagowanie wiedzy można poprawić? Mam wrażenie, że jest to osiągalne - wymaga jednak zaangażowania jednostek takich jak dyrekcja szkół, grono pedagogiczne czy szkoleniowcy na kursach. Czy tak dużym problemem jest podział klas na dwie mniejsze grupy? Wymaga to zaangażowania nauczyciela i może wiązać się z pracą za darmo - z braku pieniędzy na dodatkowe godziny - ale jest możliwe i zależy tylko od ludzkich postaw. Podobnie na kursach - czy nie można oprócz tych 30 godzin zorganizować jeszcze dwóch - tylko z pierwszej pomocy? Albo tak rozłożyć program, żeby kosztem teorii opisanej w książkach przećwiczyć coś, czego tam znaleźć nie sposób? Znów zależy to od jednostki.

Dajmy coś z siebie


Na zakończenie - jest jeszcze jeden element, który przy największym zapale wykładowców i doskonałych warunkach może przesądzić o niepowodzeniu. Jest nim osobista determinacja i chęć. Z drugiej strony mając je będziemy w stanie sami zapewnić sobie znajomość wszystkich potrzebnych zachowań - wciąż przodują tutaj harcerze, dla których samarytanka stanowi jeden z najważniejszych elementów doskonalenia swojej wiedzy i umiejętności. Może warto wziąć sprawy w swoje ręce i samemu zainteresować się tematem? Liczne organizacje prowadzą stosowne kursy na odpowiednim poziomie, wystarczy chcieć. Na siłę nikt nikogo nie nauczy. Zresztą, nikt nie próbuje.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (5):

Sortuj komentarze:

Wszystko zależy od przypadku.
„W sytuacji, gdy zdarza się wypadek, ktoś nagle traci przytomność wiele osób ogarnia strach i bezradność. Pojawiają się obawy, by nie zaszkodzić bardziej. Pytanie: czy komuś, kto nagle przestał oddychać, doszło u niego do zatrzymania krążenia można zaszkodzić podejmując czynności ratownicze? Nie można – bez pomocy taka osoba może umrzeć. Jeśli nie ma na miejscu specjalistycznej pomocy (lekarz, ratownik medyczny), każdy powinien podjąć próbę ratowania ludzkiego życia”.
Należałoby do znudzenia powtarzać podstawowe zasady:
http://zdrowie.flink.pl/pierwsza_pomoc.php

Komentarz został ukrytyrozwiń

Moi znajomi byli na szkoleniu, ktore zakladalo model realistyczny. Uczestnicy nie byli o nim powiadomieni, wszystko bylo dla nich zaskoczeniem. Byli aktorzy (szkoleniowcy) odgrywajacy role poszkodowanych, umazani no, nie krwia - ale czyms czerwonym i lepkim etc. Nie chodzilo tylko o wyglad, np. kolega probowal uniesc "rannego" i rece umazal sobie jakims lepkim sluzem, ktory "niby" wyciekal z rany. Wszystko na otwartym terenie, na ktorym dojscie od jednego punktu z poszkodowanym do kolejnego zajmowalo okolo pol godziny drogi piechota. Podobno bylo to niezle, potem im mowiono co dokladnie zle zrobili i dlaczego. kazde kolejne zadawanie wykonywali lepiej i pewniej.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Dlatego właściwe szkolenie jest takie ważne: ma nie tylko uczyć techniki, ale też uświadamiać jak wygląda wypadek i że pomoc jest ważniejsza niż odruchy strachu czy obrzydzenia. Ludzie bez przygotowania mogą zaszkodzić, ci wykwalifikowani będą wiedzieć kiedy człowieka nie należy ruszać. Ale tak czy inaczej - często "dodatkowe uszkodzenia" są ceną, jaką trzeba ponieść by nie stracić zycia.

Nie wiedziałem, że tak to wygląda w USA... To straszne. Ktoś umiera, a obok stoi człowiek, który nic nie zrobi, bo boi się odpowiedzialnosci karnej - a mógłby pomóc. No i trudno mi zrozumieć poszkodowanych, którzy skarżą poźniej osobę chcącą uratować ich życie. Co by było bez niej? A może panują tam inne warunki i pomoc medyczna dociera natychmiast w każde miejsce, a postronni świadkowie mogliby tylko zaszkodzić nie czekając na przybycie fachowców? To też trudno sobie wyobrazić, biorąc pod uwagę rozległość tego kraju i drogi licznie położone z dala od skupisk ludzkich.

Dziękuję za komentarze i dodatkowy punkt widzenia.
Pozdrawiam

Komentarz został ukrytyrozwiń

+
Nie wiem, czy jakiekolwiek szkolenie przygotowuje ludzi na fakt, że poszkodowany może być: umazany krwią, wymiocinami, usliniony, pobrudzony blotem, wydalinami.
W niektorych przypadkach ulozenie poszkodowanego w zalecanej pozycji może spowodowac przemieszczenie odłamków kostnych( np. zeber, ktore przebiją płuca) lub kręgów.
W Stanach zjednoczonych nikt na ulicy nie udzieli pomocy z innych wzgledów - poszkodowany może zaskarzyc i WYGRAĆ odszkodowanie pod pretekstem dodatkowych uszkodzen ciała! Dlatego w szpitalach zjawiaja się spece- prawnicy od odszkodowań.
Ten proceder zaczyna sie również u nas.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Bardzo ważny temat

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.