Facebook Google+ Twitter

WIDOKI Z BILLBOARDÓW - władza Pustoły

Atakowani przez wizualne komunikaty tracimy możliwość wyboru tego, na co patrzeć chcemy, a czego nie życzylibyśmy sobie oglądać. Miejska dżungla papieru, banerów, ledów etc. nie zna litości.

 / Fot. dkFotografia artystyczna, reklamowa czy reportażowa zdaje się być tą dziedziną samej siebie, którą trudno skopiować - dzieje się tu i teraz. Podobnie jak plakat czy inne formy nośników informacji ma datę ważności, ulega przeterminowaniu. Pozostaje po niej wrażenie, subiektywna ocena kompozycji, czy styl będący wizytówką autora.

Jako naczelny ignorant tego co w sztuce piszczy odkryłam „Widoki Władzy” Konrada Pustoły przypadkowo. Choć temat fotografii jest mi bliski nie przenoszę wiedzy praktycznej na grunt teoretyczny, o tym: kto, co, jak i gdzie, ten zostawiam przypadkowi lub chwilowemu zauroczeniu.
„Widoki Władzy” zachwyciły mnie proporcją. Prezentują zazwyczaj przestrzeń miejską, sąsiadującą z białą aplą i umieszczoną na niej typografią (informacją o autorze). Nie uśmiechają się, nie epatują golizną, nie namawiają, nie obiecują, nie reklamują. Wyróżniają się na tle powszechnego chaosu projektowego, który manipuluje naszymi potrzebami.
Kontrast wielkoformatowych wydruków Pustoły z nienachalnej urody plakatami - elektryzuje. Widzimy na nich codzienne obrazy, brudne i nijakie, rzadko urozmaicone zielenią oglądane zza firanki czy żaluzji wieżowców. W kadrach częściej podglądamy sąsiadów niż zapierające dech panoramy. Zdjęcia przeplatają wątki polityczne, ekonomiczne oraz kulturowe poprzez nazwiska i funkcje osób, które udostępniły swoje gabinety (biura) do sfotografowania tego, na co patrzy władza za zamkniętymi drzwiami. Produkt końcowy, zamiast w zarezerwowanych dla sztuki wysokiej muzeach czy galeriach, umiejscowiony został w przestrzeni dóbr luksusowych na billboardach. Taka formuła pozwala w szerszym kontekście interpretować to, co widzimy i to, co pozostaje w sferze domysłów, skłania do refleksji.


Można powiedzieć, że na polskim podwórku autor tworzy opozycję dla tradycyjnie postrzeganej wystawy fotograficznej. Nie ma ramy, lampki wina, spotkania towarzyskiego na wernisażu, jest otwarta dyskusja i fotografia ambientowa. Bo choć z cyfrowym zapisem na podobnych nośnikach obcujemy na co dzień, zdecydowanie przypisujemy mu inną funkcję. Konfrontacja tego, co znajduje się za szybą sprawujących władzę z przestrzenią wolnorynkową, która patrzy na nas z góry, ma szeroki biały uśmiech i sprzedaje marzenia „z widokiem na morze”, przypominają o rzeczywistości i pogoni za poprawą jakości życia. Establishment, to w naszej wyobraźni siedziby ZUS-u, Licheń i wille prezesów za miastem - siedlisko siedmiu grzechów głównych, pychy, chciwości etc.. Ostatnią rzeczą, z którą kojarzymy władzę jest praca. W kontekście tego, co władza ogląda za szybą mamy jej współczuć, czy się z nią utożsamiać? A może to ona utożsamia się z nami? Ostatecznie władza spogląda na to, czym zarządza.
W książce o projekcie czytamy, że „fotografie potraktowano jako wehikuł pozwalający wszystkim chociaż na chwilę przyjąć punkt widzenia tych nielicznych, którzy mają realną władzę.” Jakie zatem są perspektywy?
Zaryzykuję stwierdzenie, że autorzy tekstów do albumu, który porządkuje serię warszawską i krakowską ideowo skonsumowali związek okna i widoków, ignorując przestrzeń w jakiej Konrad postanowił udostępnić swoje prace. - Ledwo ją musnęli.
Duży format w przestrzeni miejskiej staje się sztuką publiczną, nieograniczoną. W roli galerii billboardy funkcjonują rzadko, w Polsce głównie podczas festiwalu Art Moves. Prezentowane na nim unikatowe realizacje swoją formą nawiązują do historii tego formatu. Spopularyzowany w Los Angeles przez studio reklamy zewnętrznej Foster & Kleiser and Pacific Outdoor Advertising (obecnie Clear Cannel - a global media and entertainment company) billboard, na początków XX wieku miał więcej wspólnego ze sztuką niż z grafiką użytkową. Papierowe panele malowane były ręcznie, przy użyciu olejnych farb, pędzli, później montowane w ramie o określonej powierzchni. Obrazy były unikatowe, pojedyncze. Częściej reklama zewnętrzna skupiała się na sloganie niż wizualnych kontekstach. Nieustanny rozwój technik druku, wzrost ilości reklamodawców zwiększyły zapotrzebowanie na metry kwadratowe dla promowania dóbr konsumenckich.
Atakowani przez wizualne komunikaty tracimy możliwość wyboru tego, na co patrzeć chcemy, a czego nie życzylibyśmy sobie oglądać. Miejska dżungla papieru, banerów, ledów etc. nie zna litości. Mamy ją przeżywać stojąc w korku, czekając na tramwaj, w drodze do pracy, wracając ze szkoły, jest dostępna dwadzieścia cztery godziny na dobę, bez abonamentu i dodatkowych opłat.


Podobny format zaproponował w 2007 roku dla swojego projektu Face 2 Face francuski artysta uliczny JR. Pomysł zrodził się na kanapie przed telewizorem. JR chciał skonfrontować doniesienia medialne na temat konfliktu na Bliskim Wschodzie z codziennymi problemami lokalnych społeczności, kultur i religii. Czym różni się Palestyńczyk od Izraelity? Za zgodą portretowanych zestawił ze sobą twarze mieszkańców obu narodowości, którzy po obu stronach muru dzielącego kraje wykonują te same zawody. (czytaj dalej) http://typohead.blogspot.com/2013/08/widoki-z-billboardow-wadza-pustoy.html

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.