Pozycja materiału w rankingach:
Na polskich uczelniach wykładowcy udają, że wykładają, studenci udają, że się uczą i państwo udaje, że za to im się należy dyplom. Prędko sie to nie zmieni. Niestety.
Za parę tygodni skończą
się wakacje i zaczyna się szara codzienność na polskich uniwersytetach i
szkołach wyższych. Wtedy znowu znudzeni wykładowcy będą tłumaczyć jeszcze
bardziej znudzonym studentom, że to wszystko, co w szkole było chwalebne i
zalecane, teraz jest nielegalne i niemoralne: odpisać z książki, kopiować z
Internetu, powielać fragmenty podręczników. Tu na uczelni, trzeba samemu
wymyślić, napisać, zestawiać – inaczej to jest plagiat i będzie dwója. Studenci
z prywatnych uczelni będą dopisywać jeden rozdział do swojej pracy
licencjackiej i będą to nazywać pracą magisterską.
Ich promotorzy będą to
akceptować, dając im za to piątki, bo przecież sami tak napisali swoje
podręczniki. Poza tym gdyby się inaczej zachowywali i studenci i docenci mieliby
więcej roboty, za którą nikt im dodatkowo nie zapłaci.
Czy jest na to jakaś
rada? Optymiści twierdzą, że europejskie programy wymiany stanowią bodziec, aby
od tego odejść: polscy studenci masowo wyjeżdżają nie tylko w
poszukiwaniu pracy, ale i na zagraniczne uczelnie. Ci, którzy nie zostają tam
na zawsze, po powrocie nie będą już tolerować tak archaicznych, patriarchalnych
i skostniałych wzorców, jakie panują w Polsce. Zbuntują się i wymuszą zmiany. Wspierać
będzie ich gospodarka, która nie potrzebuje uległych, grzecznych i bojaźliwych
uczniów, lecz kreatywnych, odpowiedzialnych i krytycznych obywateli. Może tak
będzie, – ale kiedy? I czy będzie nas stać na to, aby tak długo czekać.
Dlatego pesymiści
uważają, że uczelnie w Polsce trzeba zreformować. Umiędzynarodowić. Zwłaszcza
na kierunkach humanistycznych i w naukach społecznych. Ja mam na to bardzo
radykalny program: po pierwsze, wzorem matury wprowadzić centralnie ustalone
kryteria, jakie muszą spełnić prace magisterskie i doktorskie. Po drugie
przyjąć prace doktorskie wyłącznie w języku angielskim, a do komisji
egzaminacyjnych i do grona recenzentów dołączyć zagranicznych uczonych. To też
oznacza, że obrony będą się odbywać w określonych odstępach czasu, tak, aby
zagraniczni uczeni mogli dojechać. Ale dzięki temu uczelnie będą zmuszone do
przygotowania studentów do obrony na tym samym poziomie w całym kraju. Ten poziom coraz bardziej będzie przypominać poziom europejski lub światowy.
Doktorat równy będzie doktoratowi – obojętnie czy doktorant uczył się w
prywatnej szkole wyższej w Pcimie Dolnym czy w jednej z prestiżowych uczelni w
dużym mieście. Studenci sami będą naciskać na wykładowców i władze uczelni, aby
zakupili zagraniczną literaturę, bo bez niej nie mają szans się obronić. Za
to potem będą mogli porozmawiać na jednym poziomie ze swoimi zagranicznymi
kolegami i łatwiej im będzie znaleźć pracę zagranicą. A wykładowcy polscy,
którzy nie są w stanie czytać prac po angielsku, będą mieli wielką zachętę, aby
się nauczyć, inaczej bowiem wypadną zupełnie z obiegu naukowego.
Nie wiem, czy to jest dobry pomysł, ale wiem,
że jest on nierealny. Bo lobby uczelniane jest w Polsce tak silne, że potrafi
blokować prawie każdą zmianę. A dla większości wykładowców, uczelni i studentów
obecny system jest bardzo wygodny. Za minimalny wysiłek maksymalna liczba
studentów dostaje dyplom. Trochę to, jakby słynne porzekadło z czasów PRL
przetrwało w murach chronionych przez autonomię uczelni: Ty udajesz, że
pracujesz i państwo udaje, że ci płaci. Tylko, że dziś to brzmi: Ty udajesz, że
się uczysz, i ja udaję, że cię uczę, państwo zaś udaje, że za to ci się należy
dyplom.
Wyjdzie pewnie tak, jak
sądzą optymiści: wszystko się zmienia, ale bardzo powoli. A do początku nowego
semestru i tak nic się nie zmieni i będzie jak w rosyjskim porzekadle: miało
być dobrze, ale wyszło jak zawsze.
Zobacz także:
Artykuły
(42)
Galerie
(0)
Średnia ocen
(4.49)
Wiek: 3 | Miejscowość: Wroclaw | Kraj: Polska
O mnie: Niemiecki politolog i historyk, dawny korespondent mediów niemieckich, austriackich i szwajcarskich w Warszawie, Wilnie, Mińsku, Kijowie i w Brukseli. Obecnie jest profesorem politologii na Uniwersytecie Wrocławskim i na Szkole Wyższej Psychologii... więcej
Ostatnie artykuły autora:
Sortuj komentarze:
Autor usunął profil 13.03.2009 19:03
A ja uważam że wiedza podobnie jak każdy inny towar wart jest tyle ile się za niego zapłaciło.
Dla obecnie "darmowych" uczelni państwowych trzeba do tego określenia dopisać erratę że płaci się znacznie więcej niż ta wiedza jest warta tyle tylko że nie płaci student a my wszyscy w podatkach.
Diagnoza postawiona przez Autora bliska prawdzie ale ze sposobem leczenia nie zgadzam się całkowicie.
To co jest wart na rynku dyplom danej uczelni powinno być prostym odniesieniem do jakości kształcenia na niej. Wszelkie "zrównywanie poziomów" jest chore i obłąkane.... różnorodność jest piękna.
Krakowski UJ był sławny na cały świat a wcale nie był ujednolicony i w tych czasach nie był państwowy (czytaj niczyj)
W czasie gierka gomółki itp jego pozycja znacznie się obniżyła więc czas przywrócić tą świetność wpuszczając na głęboką wodę nie tylko UJ ale wszystkie uczelnie. Niech walczą o studentów wystawiają swoje dyplomy czas zweryfikuje które coś będą warte a które nie.
Tylko jeden warunek wyrównać zasady tej walki tak żeby nie było dumpingu cenowego "darmowych" nad prywatnymi. Dobre sobie poradzą kiepskie padną i to jest normalne tak ma być.
Ania Szuster 15.09.2006 08:17
To dosc odwazny komentarz do uczelnianej rzeczywistosci. Probuje to skonfrontować ze swoim życiem studenckim. Moją wygraną na tej uniwersyteckiej loterii był kierunek stosunkowo rzadki, mała grupa studentów, rodzinna wręcz atmosfera na uczelni - każdy wykładowca praktycznie zna każdego studenta, niczego nie da się ukryć.
I jakoś nie dziwi mnie, że na uczelnianych kolosach, gdzie rok liczy blisko 200 studentów a grupa seminaryjna ponad 20 osób, nie dziwi mnie, że prace maja niski poziom i głako przechodzą. Na szczęście są jeszcze ambitni, inni, indywidualiści, którym jeszcze się coś chce.