Facebook Google+ Twitter

Wielka przewałka roku pamiętnego

W latach 80-tych XX wieku tzw. lud pracujący miast i wsi PRL absolutnie nie pragnął powrotu kapitalizmu.Chciał jedynie spełnienia obietnic socjalizmu i na swoje sztandary wpisywał egalitarystyczne hasło,że żołądki wszyscy mamy jednakowe.

Od wielu lat głoszę niepopularne w III RP poglądy o „wielkim przekręcie” dokonanym przez solidarnościową elitę, która w roku 1989 objęła ster rządów i zamiast wprowadzać w życie ustalenia Okrągłego Stołu, rozpoczęła realizację wizji ekonomicznej wicepremiera i ministra finansów Leszka Balcerowicza, który zaordynował Polakom transformację polskiej gospodarki z planowej, do gospodarki rynkowej, czyli mówiąc krótko, z socjalizmu do kapitalizmu. Plan Balcerowicza, oparty na doktrynie ( dziś już mocno skompromitowanej) Jeffreya Sachsa, profesora Uniwersytetu Harvarda, doprowadził w błyskawicznym tempie do upadku tysięcy polskich zakładów pracy, co wiązało się z brutalnym wyrzuceniem na bruk milionów ludzi, którzy pozbawieni zostali nie tylko pracy, ale i pomocy społecznej ze strony państwa, a co najgorsze, utraty swoich oszczędności zgromadzonych w NBP. Z wielotysięcznych wkładów na kontach bankowych, pozostało milionom ludzi po kilkanaście, kilkadziesiąt złotych, ponieważ Plan Balcerowicza nie zakładał waloryzacji bankowych oszczędności. Totalna ruina dotyczyła nie tylko majątku osobistego milionów Polaków, ale też, w sensie dosłownym dotknęła setki, jeżeli nie tysiące różnego rodzaju zakładów przemysłowych, od tych największych, do całkiem małych. Rzecz w tym, że zakłady te dawały milionom zatrudnienie i były jedynym źródłem dochodów pozwalających ludziom na prowadzenie w miarę normalnego życia. Do dziś można oglądać np. na Dolnym Śląsku ruiny fabryk przemysłu lniarskiego ( i nie tylko zresztą ), które jeszcze w roku 1989 produkowały na potrzeby setek odbiorców na całym świecie, dając zatrudnienie tysiącom ludzi z okolic Wałbrzycha. W błyskawicznym tempie fabryki te zaczęły wyglądać jak obiekty dywanowych nalotów bombowych i do dziś straszą ponurymi ruinami. Na bruku znalazły się też tysiące rodzin z nagle zlikwidowanych PGR-ów, z których znaczna ilość stanowiła bardzo dochodowe przedsiębiorstwa rolne, a ich zniszczenie następowało z powodów, jak najbardziej politycznych, nie mających nic wspólnego z rachunkiem ekonomicznym. Ludzie z tych byłych państwowych gospodarstw do dziś żyją w nędzy, a bieda i beznadzieja zostaje przekazywana z pokolenia na pokolenie. Dziś mówi się nam, że tak drastyczna operacja była konieczna, że doprowadziła do zadławienia hiperinflacji, urealnienia kursu walutowego, przeprowadzania reformy bankowości, zrównoważenia rynku wewnętrznego, przeprowadzenia reform podatkowych i ubezpieczeniowych. Dziś mówi się nam, że dzięki tym zmianom jesteśmy w Unii Europejskiej, że ludzie żyją w wolnym i demokratycznym kraju i że wszystko to jest efektem pierwszych wolnych wyborów, jakie miały miejsce w dniu 4-go czerwca 1989 roku. Być może tak jest, ale dlaczego nikt nie zastanawia się, czy fakt, iż w wolnej i demokratycznej Polsce miliony ludzi żyją w granicach ubóstwa, a we wspaniałym dobrobycie pławi się tylko kilka, góra kilkanaście procent polskiego społeczeństwa, świadczy o tym, że wybory te dla wszystkich w III RP mają takie samo znaczenie i wagę?
Czy właśnie o to , w latach 80-tych XX wieku, walczyli polscy robotnicy, rolnicy indywidualni, pracownicy umysłowi i drobne rzemiosło. Czy im akurat właśnie „ o take Polske „ chodziło? Oglądając wszelkie możliwe transmisje z obchodów 20-tej rocznicy odzyskania wolności (wg mnie, tylko pełnej suwerenności ), słuchając wypowiedzi ważnych i najważniejszych dziś w Polsce polityków, ale także dając ucho słowom wypowiadanym przez szarych obywateli, którym zaaferowani dziennikarze podtykali pod nos mikrofony, dochodzę do wniosku, że moje twierdzenia o oszustwie politycznych elit „Solidarności”, są jak najbardziej uzasadnione. Oszustwa tego dokonała wąska grupa ludzi, którzy z robotnikami i wielką rzeszą pracowników umysłowych PRL nie mieli nic wspólnego, ani pod względem poglądów politycznych, usytuowania społeczno –zawodowego, czy choćby statusu materialnego. W dniu 04.06.2009 elita dawnej i obecnej Solidarności, czyli dziś miłościwie nam panujący, po zakończeniu wszelkich akademii „ ku czci”, bawiła się w całej Polsce na licznych piknikach i festynach, przy piwku i kiełbaskach, a ludzie pracy najemnej, dawniej zwani robotnikami, wyszli na ulice wielkich miast, aby zamanifestować swoje niezadowolenie z tego, co im w konsekwencji dzień 4-go czerwca przyniósł. Mogłem usłyszeć w wielu wypowiedziach prezentowanych w telewizyjnych przekazach, że tzw. zwykli ludzie mieli obiecane, że będzie lepiej, a lepiej wcale nie jest, a nawet jest niejednokrotnie gorzej. Z wielkim zainteresowaniem wysłuchałem wypowiedzi byłego pracownika nieistniejącej już huty w jednym z górnośląskich miast i obejrzałem ruiny po tym zakładzie, który jeszcze 20 lat temu dawał prace setkom mieszkańców tego miasta. Huta, która została założona 200 lat temu, przetrwała Hitlera, tzw. komunę PRL-u, a w wolnej niby już Polsce została zdewastowana i zrujnowana w sposób dosłowny – tak wypowiedział się ten były hutnik, który w tym zakładzie przepracował kilkadziesiąt lat. Nie tego spodziewali się jego koledzy z zakładu, którzy prawie w całości poparli „Solidarność” i jej wodza Lecha Wałęsę. Jednakże nie tylko takie obrazki, czy wypowiedzi szarych obywateli, utwierdziły mnie o słuszności moich poglądów. Do wzmocnienia mych przekonań przyczyniły się też opinie osób, które z tzw. komunizmem nie mieli nic wspólnego. W dniu 04.06.2009 w programie Moniki Olejnik „Kropka nad i” emitowanym w TVN24 o godz. 20.00, głos zabrała prof. Jadwiga Staniszkis, aktywna uczestniczka solidarnościowej dekady przedostatniego dziesięciolecia XX wieku. J.Staniszkis – w mojej ocenie - nie zawsze mówiła rzeczy mające związek z prawdą, wiele razy wspierała tych, których następnie musiała się wstydzić, czemu też publicznie wyraz dawała. Pamiętam, że Jadwiga Staniszkis zawsze, w sposób bardzo negatywny, wyrażała się o generale Wojciechu Jaruzelskim, który w jej oczach jawił się nieodmiennie, jako najgorsza odmiana totalitarnego przywódcy antyludzkiego reżimu, stojącego na straży interesów obcego, komunistycznego mocarstwa. Dlatego jej słowa, które być może nawet w sposób niezamierzony, można odebrać jako zrozumienie dla obiektywnych uwarunkowań, w których przyszło Wojciechowi Jaruzelskiemu podejmować niejednokrotnie dramatyczne decyzje, uważam za bardzo ważne i pozwalające na głębsze zrozumienie całej złożoności tamtych lat.
Ku mojemu zdumieniu Jadwiga Staniszkis powiedziała coś, czego nigdy bym się po niej nie spodziewał. Otóż oznajmiła z całą powagą, że Wojciech. Jaruzelski, w jej ocenie, to postać tragiczna, którego postawę i działania nie można oceniać jednowymiarowo i której należy się bardziej sprawiedliwy osąd, zarówno moralny, jak i historyczny. Nie powiedziała tego w sposób dosłowny, ale tak zrozumiałem jej wypowiedź, która była zresztą nadzwyczaj klarowna i jednoznaczna. Przypomniała też coś, z czego nie wszyscy zdają sobie do dzisiaj sprawę, albo
mając o tym wiedzę, tak manipulują faktami, aby pewne zdarzenia przykryć, lub całkowicie z obiegu społecznej świadomości wyeliminować. Otóż wg niej W. Jaruzelski realizując
z góry przyjęty przez siebie plan reformowania państwa, pozbawił faktycznej władzy
pierwszych sekretarzy komitatów wojewódzkich PZPR, wprowadzając komisarzy wojskowych, którzy z aparatem partyjnym nie byli już wcale tak mocno związani. Dał również przyzwolenie Mieczysławowi Rakowskiemu na wprowadzenie podwalin gospodarki rynkowej, realizowanej przez ministra Mieczysława Wilczka, który postulował zamkniecie wielu nierentownych państwowych zakładów pracy, przeprowadził uchwalenie ustawy o przedsiębiorczości, która spowodowała aktywizację tysięcy drobnych przedsiębiorców i stanowiła pierwszy realny krok ku gospodarce wolnorynkowej. To Jaruzelski – dowodziła Jadwiga Staniszkis – dokonał, prawie nie zauważanej dziś, wymiany całego aparatu władzy, usuwając z rządu i komitetów partyjnych tzw. starą kadrę, zastępując ich pragmatykami i praktykami, ludźmi wykształconymi i bywałymi w świecie. I to ci ludzie właśnie zaczęli nadawać nowy ton gospodarce i polityce wewnętrznej w kraju. Oni już wiedzieli, że gospodarka socjalistyczna znajduje się na równi pochyłej i mieli świadomość konieczności przeprowadzenia głębokich zmian społecznych i ekonomicznych. Polska Wojciecha Jaruzelskiego drugiej połowy lat 80-tych, to nie była już Polska Władysława Gomułki, czy Edwarda Gierka. Była to Polska rodzącej się pragmatycznej myśli politycznej i gospodarczej, wyrażanej przez ludzi, którzy ze starym aparatem partyjnym nie czuli się już związani. Najlepszym tego dowodem było to, że podczas wyborów w dniu 4-go czerwca we wszystkich obwodach zamkniętych ( jednostki wojskowe, ambasady i konsulaty ) „Solidarność” wygrała prawie jednogłośnie, choć w obwodach tych funkcjonowali najbardziej zaufani dla ówczesnych władz PRL. Jednym, słowem W. Jaruzelski od środka starał się stopniowo „rozsupłać państwo od partii”, co nie udało się Gorbaczowowi i ZSRR przepadł z kretesem. Jaruzelski czynił to planowo i świadomie prowadził do zmian. Fakt, że czynił to wolno, a nawet występował w roli hamulcowego , gdy Gorbaczow, w Belgradzie 1987 roku, zaproponował rozwiązanie Układu Warszawskiego, głosząc koniec tzw. doktryny Breżniewa, czego W. Jaruzelski był wówczas najgłośniejszym oponentem. Jednakże wg J. Staniszkis, czynił to z obawy przed ewentualnością zjednoczenia Niemiec, które granicy Polski na Odrze i Nysie wówczas nie uznawali. Zresztą takie same obawy przed Niemcami wyrażała w tym samym czasie premier W. Brytanii Margaret Thatcher, która obawiała się wzrostu ich siły po ewentualnym zjednoczeniu. Z tego, co mówiła prof. Jadwiga Staniszkis można wyciągnąć wniosek, że Polska od roku 1986 miała szanse na przeprowadzenie transformacji, być może na początek jedynie gospodarczej, ale następstwem tego byłaby też transformacja ustrojowa. Tym bardziej, ze za wschodnią granicą PRL, przywódca radziecki M. Gorbaczow rozpoczął wdrażanie swoich reform, określanych mianem pierestrojki i głasnosti, które to reformy dawały W. Jaruzelskiemu pewną gwarancję, że jego droga do zmian gospodarczo-ustrojowych przez ZSRR nie zostanie zablokowana. W okresie tym W. Jaruzelski wielokrotnie występował (osobiście i przez swoich zaufanych współpracowników, wykorzystując też hierarchów kościelnych ) do ludzi z „Solidarności” w tym osobiście do Lecha Wałęsy, o podjęcie dialogu, o podjęcie dzieła wspólnej naprawy Państwa. Jednakże zadziwiająca, chora wręcz, nienawiść do wszystkiego, co miało jakikolwiek związek z władzą państwową , nie pozwalała przywódcom „Solidarności” na zdobycie się wyjścia ponad ( rzekome ) polityczne podziały. W tamtym czasie w gremiach kierowniczych „Solidarności” przeważały hasła: bij czerwonego, dobry czerwony to martwy czerwony, oraz sławetne zawołanie, że a na drzewach zamiast liści wisieć będą komuniści. Wprawdzie „Solidarność „ lat 1986-1989 nie była już 10-milionowym związkiem, a na polu związkowym działał już od 1984 r., rosnący w silę OPZZ, ale agresywność i buńczuczność jej aktywistów i ideologów, przykrywała wszelkie próby ówczesnej władzy, zmierzające do uśmierzenia nastrojów społecznych i rozpoczęcia zamierzonych reform. Można więc przyjąć, że gdyby nie histeryczna niechęć „Solidarności” do tzw. komunistów, w Polsce zostałyby przeprowadzone reformy gospodarcze i ustrojowe, które wyprowadziłyby kraj z kryzysu, wprowadziły demokratyczne zasady zarządzania państwem, zniosły wszelkie ograniczenia w zakresie swobód obywatelskich, czyli jednym słowem ustanowiłyby Polskę krajem demokratycznym, z prężna wolnorynkowa gospodarką. Zmiany te, rozłożone na rozsądny czas, nie odbyłyby się jednakże kosztem totalnego zubożenia większości społeczeństwa i doprowadzenia jego znacznej części do absolutnej nędzy. Jako pewnik należy przyjąć, że
w tak urządzonym od nowa kraju, istniałby bardzo silny i dominujący państwowy system bankowy, telekomunikacyjny, energetyczny i paliwowy, transportowy, opieki zdrowotnej i ubezpieczeniowy, zapewniający państwu stale zyski budżetowe, a obywatelom mocne, socjalne wsparcie ze strony państwa, tak jak to się np. dzieje w niezbyt odległej Szwecji. Nie doszłoby do bezmyślnego zniszczenia wielu gałęzi przemysłu, w tym przemysłu rolnego (PGR ), zamykania kopalń, wyprzedaży za bezcen dziesiątek najlepszych polskich zakładów pracy i firm , lub obrócenia setek w kompletną ruiną. A taką, antyrobotniczą transformację gospodarczą zafundowała nam solidarnościowa ekipa, szybciutko po przejęciu w Polsce pełni władzy. Można było tego uniknąć, gdyby elity solidarnościowe nie miały takiego parcia do władzy, mimo, że nie mieli do tego żadnego przygotowania, o czym dziś wielu byłych prominentnych działaczy związku
wspomina. Nie jest prawdą, że związkowi przywódcy i doradcy różnego szczebla nie chcieli władzy, a jedynie wprowadzenia demokratycznych zmian. Gdyby tak było faktycznie, to powinni się szybko dogadać z reformatorami ze strony partyjno-rządowej i zmiany te wprowadzać pod społeczną kontrolą sprawowaną przez związki zawodowe, czy inne instytucje społecznej kontroli. Mogli tego dokonać w drodze porozumienia sił reformatorskich w „Solidarności”, z takimi samymi siłami działającymi w PZPR. Pamiętam doskonale ruch tzw. poziomek, czyli partyjnych struktur poziomych, będący oddolną inicjatywą szeregowych członków PZPR, zmierzającą do zreformowania nie tylko samej partii, ale i gospodarki oraz polityki państwa. Jednakże wspomniana wyżej, typowa dla kierownictwa „Solidarności” postawa zajadłej niechęci do wszystkiego, co miało w swej nazwie słowo „partia”, doprowadziło do sytuacji, w której reformatorzy państwa stanęli po różnych stronach barykady. Przemawiający w Sejmie w dniu 4-go czerwca 2009 roku Lech Wałęsa, być może, charakterystycznie dla siebie nie zdając sobie z tego sprawy, powiedział coś, co wpisuje się w przywołaną wyżej wypowiedź prof. Jadwigi Staniszkis i ją nawet uzupełnia. Otóż Wałęsa powiedział, że Wojciech Jaruzelski ( oczywiście nie wymienił jego nazwiska, używając eufemistycznego określenia „generałowie „) z przyczyn obiektywnych nie mógł dać Polakom wolności, bo w Polsce stała 200-tys. Armia Radziecka, a wokół Polski stacjonowało milion jej żołnierzy i w Polskie miasta wymierzone były sowieckie rakiety. W takiej sytuacji – wywodził L. Wałęsa - chęć zmiany systemu równałaby się z rzezią i musiał on ( tzn. Jaruzelski ) sprawę wolności odłożyć na później. Te słowa wypowiedział sam Lech Wałęsa, który wprawdzie nie zawsze wie, co mówi, ale mówi, co wie i tym razem miał zupełną rację, tak że przemawiający po nim Tadeusz Mazowiecki, nie musiał już tłumaczyć z „Wałęsy na język polski”. Jednakże za "wybuch wolności i demokracji" Lech Wałęsa podziękował Janowi Pawłowi II, który – wg niego - spowodował, że "'słowo stało się ciałem". Jak widać Wałęsa jest pełen hipokryzji i jak zawsze zaprzecza sam sobie, nie potrafiąc przeprowadzić prostej i logicznej analizy zdarzeń historycznych. Bo w 1989 roku, kiedy to w Polsce odbywały się wolne wybory, nic się na świecie nie zmieniło i żołnierze oraz rakiety Związku Radzieckiego stały tam, gdzie stały od 1945 roku. Jednakże w tak opisanych prze Wałęsę warunkach, Wojciech Jaruzelski ( i kilka innych osób ) podjął decyzję o tym, że z „Solidarnością” rozmawiać trzeba i to dzięki Niemu doszło do rozmów przy Okrągłym Stole, co w konsekwencji doprowadziło do wyborów w dniu 4-go czerwca. To W. Jaruzelski, mając do czynienia z całą potęgą ZSRR, zdecydował się na rozmowy, na zorganizowanie wolnych wyborów i na uszanowanie ich wyniku. Ale Wojciech Jaruzelski – pierwszy prezydent wolnej i demokratyczne Polski - nie został do Sejmu RP zaproszony, a obecny w sejmie Aleksander Kwaśniewski do głosu nie został dopuszczony. Stało się tak mimo tego, że A. Kwaśniewski był uczestnikiem rozmów Okrągłego Stołu, a następnie dwukrotnie prezydentem RP, wybranym w wolnych wyborach powszechnych. Obawiano się widocznie, że upomni się o docenienie dokonań i zasług W. Jaruzelskiego, którego prezydentura była gwarantem bezpieczeństwa dla nowego rządu kierowanego przez Tadeusza Mazowieckiego. O tę prezydenturę zabiegał m.in. sam Ronald Reagan, który doskonale znał i doceniał pozycje i znaczenie Wojciecha Jaruzelskiego dla milionów Polaków, jak i dla partnerów z Układu Warszawskiego, który przecież w całej swej potędze istniał w dalszym ciągu. Te kilka zdań dotyczących „generałów”, które wypowiedział w sejmie L. Wałęsa, przekonuje mnie, że historia lat 80-tych XX wieku, opisująca zdarzenia, które doprowadziły do wolnych wyborów z dnia 4-go czerwca, jest dziś przedstawiana w krzywym zwierciadle polityki historycznej, odbierając prawdziwe znaczenia jednym, a nadając fałszywe innym wydarzeniom, które miały tak olbrzymie dla Polaków znaczenie. W tak zafałszowaną historię wpisuje się też ten „wielki przekręt „ o którym piszę na wstępie i tu niespodziewanie otrzymałem wsparcie samego prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego, który w dniu 05.06.09 wystąpił z referatem na konferencji poświęconej polskiej gospodarce. Z treści referatu wynikało m.in. to, że robotnicy z lat 80-tych XX wieku zostali przez „Solidarność” cynicznie oszukani. Oczywiście Lech Kaczyński nie powiedział tego dosłownie, ale takie wnioski można wysunąć z tez, jakie w przemówieniu swoim zaprezentował. Otóż Lech Kaczyński, przedstawiając historie polskich zmian polityczno-ekonomicznych przypomniał, że przy Okrągłym Stole „Solidarność” prezentowała stanowisko, które można określić mianem socjaldemokratycznego. W składzie solidarnościowej delegacji była tylko jedna osoba, która jawnie i głośno głosiła swoje liberalne poglądy gospodarcze. Jednakże już w lecie 1989 roku, po zorganizowaniu rządu T.Mazowieckiego, wąska grupa decydentów z kręgów „Solidarności”, z olbrzymim udziałem wiceministra Balcerowicza dokonała nagłego zwrotu i wprowadziła zasady gospodarki neoliberalnej, co w efekcie doprowadziło do olbrzymiego wzrostu bezrobocia, powstania tzw. zjawiska wykluczonych i nędzy milionów obywateli . Kaczyński przypomniał, że w PRL zjawisko bezrobocia nie było znane i w tym państwie, to praca szukała człowieka, a nie człowiek pracy. Dlatego wprowadzony z znienacka system był dla obywateli szokiem z jednej strony, a z drugiej ułatwiał wielu ( w tym i tym z „Solidarności” jak i z PZPR ) uwłaszczenie się na państwowym mieniu, tzn. zagrabianiu go w sposób niekontrolowany. Już na marginesie wspomnę, że L. Kaczyński popisał się niesamowitą ignorancją lub zamierzonym działaniem manipulatorskim, stwierdzając, ze w PRL istniał ustrój komunizmu realnego. Widać było wyraźnie, że przez gardło nie chciało mu przejść słowo socjalizm, bo słowo to nie jest tak zdeprecjonowane, jak określenie komunizm. Oczywiście był to zabieg socjotechniczny, odwołujący się do popularnego w PRL określenia istniejącego systemu polityczno-gospodarczego, nazwanego przez partyjnych ideologów realnym socjalizmem. I w tym miejscu należy wyjaśnić dlaczego panujący wówczas ustrój obdarzano tym przymiotnikiem. Uczyniono tak zapewne dlatego, że zdawano sobie sprawę z rozbieżności pomiędzy tym, co głosiła socjalistyczna doktryna społeczna, którą można by zamknąć w słowach:równość, wolność, sprawiedliwość , a tym, co na co dzień społeczeństwo widziało i w czym przyszło im żyć. Dlatego głoszono, iż jest tak, a nie inaczej, ponieważ tylko na to pozwalają istniejące realnie warunki polityczno - ekonomiczne. To wrogi świat kapitalistyczny , który rzucał władzy ludowej kłody pod nogi, czynił, że takie właśnie realne warunki istniały , a więc i socjalizm był na razie tylko realny. Zdając sobie z tego sprawę, rządzący obiecywali prawdziwy socjalizm w bliżej nieokreślonej przyszłości, co tzw. masom pracującym akurat nie specjalnie odpowiadało. Te szczytne ideały przypadły do gustu zdecydowanej większości obywateli PRL i dlatego tak bardzo ich obruszała istniejąca dysproporcja pomiędzy głoszonymi ideałami, a realną rzeczywistością. Jednakże żaden znak na niebie i na ziemi nie wskazywał, że ci obywatele tęsknią za restytucją kapitalizmu. Oni tylko chcieli żyć w dobrobycie, a przynajmniej w zbliżonych do niego warunkach. I niespecjalnie przejmowali się na co dzień cenzurą, propagandą sukcesu, czy obowiązkiem oddawania paszportu, po powrocie z zagranicznych wojaży. Zauważyć się to dało szczególnie w sierpniu 1980 roku, kiedy strajkujący robotnicy wywiesili na swoich transparentach hasła „socjalizm tak, wypaczenia nie”. Hasło to dobitnie dowodzi, że robotnicy ci, którzy następnie już pod wodzą L. Wałęsy założyli związek ”Solidarność”, absolutnie nie marzyli o kapitalizmie, zwłaszcza w jego najgorszej XIX-wiecznej odsłonie. Nie było w ich interesie likwidowanie swoich miejsc pracy tylko z tego powodu, że fabryka nie będzie przynosiła właścicielowi spodziewanych zysków. Nie przychodziło im do głowy, że ich przywódcy polityczni ( tzw. doradcy ) pragnęli zbudować im taki system, w którym będą bezkarnie wyrzucani z pracy, ich dzieci chodzić będą głodne do szkoły, a oni sami pozbawieni roli tzw. suwerena. A właśnie to pozycja suwerena, wynikająca z panującej ideologii socjalistycznej, dawała im silę i ideologiczne umocowanie do tak powszechnej manifestacji swojego niezadowolenia. Robotnicy sierpnia, to klasa społeczna, która uwierzyła w egalitaryzm ustroju socjalistycznego i domagała się jedynie wprowadzenia w życie tych słusznych ideałów głoszonych przez doktrynę polityczną. I dlatego ruch „Solidarność” zdobył poparcie 10 milionów obywateli PRL, w tym ponad milionowej rzeszy członków PZPR, tj. prawie wszystkich dorosłych zatrudnionych w gospodarce państwowej i prywatnej. I dlatego L. Kaczyński w dniu 05.06.09 po raz pierwszy publicznie przyznał, że delegacja „Solidarności” jeszcze w trakcie rozmów przy okrągłym stole prezentowała
stanowisko jednoznacznie socjaldemokratyczne, czyli takie, jak dzisiejsza polska lewica zorganizowana w partie SLD i SdPl. Taki, jak mój punkt widzenia, jest zaciekle zwalczany przez prawicową propagandę i ipeenowskich historyków, którzy widzą w PRL i generale Jaruzelskim tylko zorganizowaną grupę przestępczą o charakterze zbrojnym ,mającą na celu popełnienie przestępstwa. Polityka historyczna prawicy ( wpisuje się w nią zarówno PiS, jak i PO ), polegająca na totalnym zakłamywaniu prawdy o Polsce Ludowej, o faktycznych ideologicznych korzeniach „Solidarności”, o prawdziwym obliczu polskiej lewicy, doprowadziła do tego, że dziś ta lewica postrzegana jest, jako zwijająca się siła polityczna, obarczona wymyślonymi grzechami zachłanności i nepotyzmu. Należy też pamiętać o tym, co też jest cynicznie zakłamywane, że w dniu 04.06.1989 roku „Solidarność” uzyskała poparcie znacznej mniejszości narodu, bo z 57% głosujących, tylko 60% poparło Lecha Wałęsę i jego drużyną. Nieobecni jednak nigdy nie maja racji i być może dlatego, dziś pozbawieni praw socjalnych i politycznych robotnicy, maszerują w protestach pod flagami różnych już związków zawodowych. A ci, którzy pod sztandarami „Solidarności” bezrefleksyjnie krzycząc „precz z komuną”, nie pamiętają już, jaką siłę w czasach tej, mitycznej przecież, komuny stanowili. I świadomość tego powoduje, że gdy na solidarnościowych mityngach, czy innych zjazdach i manifestacjach poparcia, słyszę chóralne skandowanie „solidarność, solidarność”, to gdzieś z tyłu głowy pobrzmiewają mi
okrzyki ” Wiesław, Wiesław”.
I jest to taki swoisty chichot Historii.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.