Facebook Google+ Twitter

Wielki dzień muzyki i wolności w Stoczni Gdańskiej

  • Źródło: Dziennik Bałtycki
  • Data dodania: 2006-08-29 22:04

Na bis, obok tradycyjnego "Wish You Were Here", David Gilmour zagrał "A Great Day For Freedom" ze specjalną dedykacją dla gdańszczan z okazji rocznicy powstania "Solidarności".

Fot. Grzegorz Mehring/Dziennik Bałtycki Rok po pamiętnym występie Jeana Michela Jarre'a w Stoczni Gdańskiej z koncertem "Przestrzeń wolności" wystąpił gitarzysta i wokalista zespołu Pink Floyd, David Gilmour. Muzycznie było to wydarzenie zdecydowanie ciekawsze niż przed rokiem.
Zabrakło natomiast tamtej oprawy: Gilmour nie miał takiego kontaktu z publicznością, jak Francuz, dużo skromniejsza była oprawa wizualna, a na scenie nie pojawił się Lech Wałęsa.

Niebo było łaskawe dla 50 tys. fanów Davida Gilmoura. W godzinach poprzedzających jego gdański koncert wypogodziło się i tylko kałuże przypominały o porannej ulewie. Punktualnie o 21, co do minuty, nad sceną rozbłysło sześć pionowych telebimów, na których pojawili się muzycy: Phil Manzanera, Guy Pratt, Steve di Stanislao, David Gilmour, Richard Wright oraz Jon Carin, a z głośników popłynęły dźwięki pochodzącej ze słynnej płyty "Dark Side of the Moon" piosenki "Breathe", połączonej w całość z inną kompozycją - "Time". I - już na wstępie -wszyscy fani Pink Floyd, którym mogło się wydawać, iż śnią, przekonali się, że jednak mają do czynienia z ludźmi z krwi i kości. Wspomagający wokalnie Gilmoura Richard Wright pomylił tekst, co spowodowało pewne zamieszanie wśród pozostałych muzyków. Szczęściem liderowi jakoś udało się z tego wybrnąć.

Po tym pinkfloydowskim wstępie nastąpiło odegranie pełnego programu ostatniej płyty solowej Gilmoura "On An Island". Był to jedyny w tej trasie koncert, w którym Gilmourowi towarzyszyła też orkiestra - gdańscy filharmonicy, pod kierunkiem Zbigniewa Preisnera. Dodatkowy polski akcent pojawił się podczas wykonywania utworów "Smile" i "A Pocketful of Stones", kiedy to miejsce przy instrumentach klawiszowych zajął gdańszczanin, Leszek Możdżer. Choć trzeba powiedzieć, że gdyby Gilmour go nie zapowiedział, jego udział w koncercie mógł przejść niezauważony. Możdżera usadzono z boku sceny, z dala od świateł, nie pokazano go na telebimach, a gra pozostałych instrumentalistów skutecznie zagłuszyła jego partię. No cóż, gest też się liczy...
Tę część koncertu przyjęto ciepło, jednak prawdziwy entuzjazm widzów wywołało to, co nastąpiło po przerwie. Po raz pierwszy w Polsce mogliśmy usłyszeć na żywo zestaw klasycznych utworów Pink Floyd w - prawie - autorskim wykonaniu (dwie trzecie muzyków z zespołu Gilmoura to członkowie lub współpracownicy tamtej grupy). Podczas otwierającego tę część koncertu "Shine On You Crazy Diamond" na scenie pojawił się nawet saksofonista Dick Parry, ten sam, który współpracował z Floydami w połowie lat 70. Była też niespodzianka w rozbudowanym wstępie do tego utworu Gilmourowi towarzyszyło trio grające na... kieliszkach.

Do początków istnienia zespołu cofnęło nas wykonanie kompozycji zmarłego w lipcu Syda Barretta - "Astonomy Domine" - piosenki, która otwierała debiutancki album Pink Floyd. Z kolei z ostatniej płyty zespołu pochodzi przejmujący "High Hopes", zakończony przez Gilmoura brawurowym solo na slide guitar, a następnie kameralnym "szeptem" gitary akustycznej. Klasą dla siebie było też wykonanie blisko dwudziestominutowej suity ,Echoes". Zwłaszcza w jej środkowej części, utrzymanej w rytmie funky, Gilmour i Wright grali jak za najlepszych czasów.

Na bis, obok tradycyjnego "Wish You Were Here", muzycy zagrali "A Great Day For Freedom", ze specjalną dedykacją dla gdańszczan z okazji rocznicy powstania "Solidarności". Na deser muzyk pozostawił swój popisowy numer: "Comfortably Numb" z albumu "The Wall". To wymarzone zakończenie tego występu, zważywszy, że polscy fani w plebiscycie radiowej Trójki uznali, że to gilmourowska piosenka wszech czasów.

Fani przyjechali na koncert z całej Polski

Trzy godziny trwał spektakl, którego głównym bohaterem był w sobotę David Gilmour i inni muzycy Pink Floyd. Koncert na terenie Stoczni Gdańskiej obejrzało pięćdziesiąt tysięcy widzów.
Fani zjeżdżali się do Gdańska od samego rana w sobotę. Wielu z nich nie miało jeszcze biletów. - Jestem w stanie wydać każde pieniądze, żeby dostać się na ten koncert. Gilmoura słuchał mój ojciec, ja odziedziczyłem po nim miłość do tej muzyki i płyty analogowe - mówił Jarosław Eistag, student psychologii z Bielska-Białej. Pan Jarosław nie musiał długo szukać. Na dworcu stali stoczniowcy (którzy bezpłatne wejściówki otrzymali od władz Gdańska).

Bilety sprzedawali po 70 zł

- Kup pan u mnie. Możemy się potargować. Mam specjalną ofertę, sprzedam dwa za stówkę - zachęcał sprzedający.
Bramy na teren stoczni otwarto o godz. 18, czyli godzinę później niż planowano. Harmonogram pokrzyżował padający cały dzień deszcz. Organizatorzy zmuszeni byli osuszać teren.
- Rozgarnialiśmy wodę i nawoziliśmy dodatkowy piasek - mówi Marcin Burda, szef logistyki i organizacji widowni.
Opóźnienie we wpuszczaniu uczestników koncertu spowodowało gigantyczne kolejki przy punktach wymiany biletów na opaski. Niektóre z nich sięgały nawet Zieleniaka. Na 45 minut przed godz. 21 rozniosła się informacja: "zabrakło opasek, wszyscy wchodzą bez".
- Opasek nie zabrakło, tyle że musieliśmy przyspieszyć wpuszczanie widzów na koncert - prostuje Marcin Burda.

David wyszedł na scenę z angielską punktualnością: o 21. Spektakl trwał 3 godziny z małą przerwą.
- Musimy sobie zrobić kwadrans wolnego - poinformował artysta widzów w języku angielskim.
- Koncert rozpocznie się za 20 minut - nadano natychmiast polski komunikat, a widzów rozbawiła ta rozbieżność.
Ci, którzy kupili bilety do tylnych sektorów narzekali na nagłośnienie.
- Głośniej, głośniej. Dajcie czadu - słychać było okrzyki.

Nic z tego. Słyszalności nie dało się znacząco poprawić - dopiero po pewnym czasie zrobiło się trochę głośniej. Jednak udźwiękowienie i nagłośnienie koncertu nie zależało od Fundacji Gdańskiej, organizatora koncertu, a od Anglików. To oni odpowiadali za realizację widowiska i do swojego sprzętu nikogo nie dopuszczali. Komunikaty porządkowe musiały być np. nadawane z innych głośników.

Jeszcze po 1 w nocy Gdańsk żył koncertem. Na Długiej uliczny gitarzysta nastrojowo odgrywał utwory, które kilkanaście minut wcześniej można było usłyszeć na koncercie. Muzycy i zaproszeni goście wzięli udział w bankiecie, który zorganizowano w klubie Barbados - naprzeciw dworca PKP.
David Gilmour opuścił Gdańsk w niedzielę. O godz. 15.30 rejsowym samolotem odleciał wraz z rodziną do Kopenhagi.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.