Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

172876 miejsce

Wielki Paco zagrał we Wrocławiu

  • Tomasz J
  • Data dodania: 2007-12-03 10:30

W miniony weekend zakończył się X Wrocławski Festiwal Gitarowy Gitara 2007. W sobotę w Filharmonii Wrocławskiej zagrał Joscho Stephan Quartet. Gwiazdą niedzielnego koncertu finałowego był Paco de Lucia.

Najszybszy gitarzysta świata


Joscho Stephan zapowiada kolejny utwór podczas koncertu w Filharmonii Wrocławskiej, 1 grudnia 2007 roku / Fot. T. JośkoJoscho Stephan przyjechał na wrocławski festiwal już drugi raz z rzędu. W ubiegłym roku Niemiec był gwiazdą koncertu finałowego; tym razem wystąpił przed polską publicznością w przedostatni dzień imprezy. Absolutnie w niczym to nie przeszkodziło, bo Stephan, wraz ze swym zespołem, dał porywający koncert.

Sobotni wieczór w filharmonii rozpoczął się jednak od informacji niemiłej. Z przyczyn od organizatora niezależnych, odwołany został koncert Martina Taylora, gitarzysty, który miał zagrać po występie Joscho Stephan Quartet. Nie ukrywam, że początkowo byłem dość rozczarowany; na ów koncert czekałem z wielką ciekawością, wiele sobie po nim obiecując. Nic straconego jednak – Martin Taylor przyjedzie do Wrocławia już 16 stycznia, a wszyscy ci, którzy przybyli na sobotni koncert do Filharmonii Wrocławskiej, mają zagwarantowany darmowy wstęp. Niejako w rekompensacie podwójny set zgodził się dać Joscho Stephan ze swoim zespołem. I była to doskonała decyzja.

Joscho Stephan podpisuje płyty w przerwie wrocławskiego koncertu, 1 grudnia 2007 roku / Fot. T. JośkoStephan wykonuje muzykę, którą, jak podaje na swoich stronach organizator imprezy, zwykle określa się mianem „gypsy jazz”, bądź „gypsy swinging guitar”. Jak dalece nie byłoby to ogólnikowe określenie, lepszego chyba nie ma. Doskonale potwierdziło się to w sobotni wieczór. Kwartet, w skład którego wchodzi dwóch gitarzystów, kontrabasista oraz skrzypek, uraczył słuchaczy kapitalną fuzją swingu, gypsy, bluesa, country i wielu innych gatunków. W przeciągu dwóch i pół godziny zespół płynnie przechodził od rzeczy jazzująco-swingujących, przez walczyki, rumby i najzwyklejsze bluesy, po brzmiące nieco z hiszpańska szybkie, naładowane emocjami formy. Rozbudowane i interesujące partie skrzypiec nadały muzyce zespołu Joscho Stephana lekko klezmerski charakter, co uczyniło artystyczną propozycję kwartetu jeszcze bardziej eklektyczną. Co charakterystyczne – wszystkie niemal utwory były bardzo łatwe w odbiorze. Muzycy zadbali o to, by skądinąd doskonałe, wirtuozerskie popisy nie przysłoniły całości, czyniąc ją zagmatwaną i niezrozumiałą. I chwała im za to.

Joscho Stephan Quartet na koncercie w Filharmonii Wrocławskiej, 1 grudnia 2007 roku / Fot. T. JośkoA skoro już o wirtuozerii – Joscho Stephan często nazywany jest najszybszym gitarzystą świata. Nie wiem, czy tak jest faktycznie, ale to, co zaprezentował na sobotnim koncercie, absolutnie nie pozwala w to wątpić. Fantastyczne arpeggia, szybkie tematy grane unisono ze skrzypcami, nienaganna technika legato, arcyprecyzyjne kostkowanie, a przy tym wszystkim fantastyczna dbałość o selektywne brzmienie każdego dźwięku – mógłbym tak wyliczać bez końca. Zamiast tego dodam tylko, że u Niemca prędkość idzie w parze z muzyczną mądrością i jego wirtuozeria (jak już pisałem) w żadnym wypadku nie zaszkodziła muzyce; forma nie przerosła treści. Dwukrotne bisy (po podwójnym koncercie!) i gorąca owacja na stojąco potwierdzają, że Joscho Stephan Quartet dał świetny koncert.

Wspaniały Paco de Lucia


Paco de Lucia, Hala Stulecia, Wrocław, 2 grudnia 2007 / Fot. T. JośkoJak fantastyczny nie byłby sobotni występ, wszyscy i tak od dawna czekali już tylko na jedno. Jak powiedział dyrektor artystyczny festiwalu (a zarazem znakomity gitarzysta klasyczny), Krzysztof Pełech, marzenia się spełniają. W niedzielę, podczas uroczystego koncertu finałowego, spełniły się marzenia wszystkich tych, którzy po cichu liczyli, że będzie im dane podziwiać na żywo we Wrocławiu jednego z najwybitniejszych gitarzystów świata.

Paco de Lucia wyszedł na scenę trochę po 19.30. Powitany olbrzymimi brawami wirtuoz lekko się uśmiechnął i niemal od razu, bez zbędnych wstępów, rozpoczął swój koncert. Koncert, który był nie tylko wielkim świętem gitary i flamenco. Był wielkim świętem muzyki. Od pierwszych dźwięków Paco zawładnął sercami i – nie waham się tego napisać – duszami licznie zgromadzonej w Hali Stulecia publiczności. Przed samym koncertem wyczuwalna była płynąca zewsząd ekscytacja tym, co ma się wydarzyć; gdy artysta wreszcie zaczął grać, ten nastrój jeszcze się pogłębił.

Paco de Lucia i Domingo Patricio podczas koncertu w Hali Stulecia we Wrocławiu, 2 grudnia 2007 / Fot. T. JośkoPaco zdawał się wyczuwać atmosferę panującą wśród publiczności. Z drugiej strony, twórca jego formatu musi przecież zdawać sobie sprawę z własnej pozycji i ze sposobu, w jaki jest odbierany. Przyjemnie było popatrzyć na skromne zachowanie muzyka. Nie było zbędnych fajerwerków, prób kokietowania widowni, czy opowiadania dowcipów. Paco odezwał się zaledwie jeden raz, kiedy to podziękował za ciepłe przyjęcie i przedstawił zespół. Widać jednak było, że gestami artysta wielokrotnie dziękował słuchaczom; najlepszym zaś podziękowaniem za przybycie była jego muzyka.

Występ trwał niespełna dwie godziny, z 20-minutową przerwą w połowie. Niektóre utwory, zwłaszcza w pierwszej części koncertu, były wykonywane przez samego Paco; czasem mistrzowi towarzyszył perkusista. W drugiej części przeważały formy grane przez cały zespół, a więc (oprócz Paco) gitarzystę, perkusistę, basistę, flecistę i dwie śpiewaczki. Niezależnie od tego, czy mistrz grał akurat samotnie, lub czy akompaniował na przykład solówce basu, przez cały czas widać było, kto na scenie jest najważniejszy. Widoczny był wielki szacunek muzyków wobec Paco. Co znamienne, zauważalny był także szacunek Paco do swojego zespołu, czym artysta mnie osobiście bardzo ujął.

Alain Perez, Domingo Patricio, Paco de Lucia i Nino Josele na koncercie we Wrocławiu, 2 grudnia 2007 / Fot. T. JośkoTo, co usłyszeliśmy tego niedzielnego wieczoru ze sceny Hali Stulecia we Wrocławiu, tak na dobrą sprawę było od dłuższego czasu możliwe do przewidzenia. Można było przecież spodziewać się atmosfery, nienagannej techniki wykonawczej artystów, czy próbować odgadnąć set takiego koncertu. Pisanie o fantastycznym warsztacie, lub przejmujących swą szczerością kompozycjach flamenco, będzie truizmem. Pozwolę sobie więc zakończyć w nieco inny sposób.

Jarema Klich, który zapowiadał koncert Paco de Lucii, stwierdził, że nie znać tego nazwiska, to tak, jakby nie kojarzyć osoby Wolfganga Amadeusza Mozarta. Po wrocławskim występie hiszpańskiego mistrza flamenco, podpisuję się pod tym obiema rękami. Mam także nadzieję, że na własne uszy (jednak) przekonał się o tym tajemniczy młody mężczyzna, który z nieco smutną miną stał przed Halą Stulecia kilkanaście minut przed koncertem, trzymając w rękach karton z pewnym napisem. Napis ów brzmiał „Kupię bilety”.

Paco de Lucia jest wielki.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (21):

Sortuj komentarze:

A i owszem :-)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Szczerze mówiąc nie byłbym pewien, że go nie było. Może w jakimś większym skłądzie jednak zawitał...? A znaszli Mahavishnu Orchestra?

Komentarz został ukrytyrozwiń

Masza, kolacja z Paco? Kapitalnie! :-)

Z tymi miejscami to prawda, było trochę pustych krzesełek, ale czy na pewno można było kupić bilety na miejscu? Dzień wcześniej, w filharmonii organizatorzy podkreślali, że to ostatnia okazja, żeby nabyć wejściówki na koncert Paco. No i przypuszczam, że pan z napisem sprawdził od razu, czy taka możliwość istnieje.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Ten biedny człowiek z napisem "kupię bilety", mógł zwyczajnie udać się do kasy, bo biletów zostało sporo - co zresztą było widać po pustych miejscach na trybunach! Paco był cudowny i wspaniały, a jego szacunek do swoich muzyków nie dziwi, w końcu obstawił się nie byle kim!
Artykuł podkreśla skromność muzyka – potwierdzam. Po koncercie poszłam ze znajomymi na kolację i przypadek sprawił, że wybrałyśmy to samo miejsce, co Paco :). Mistrz siedział sobie z fajką na luzaku i nawet można było pomyśleć, że ucieszył się ze wspólnego zdjęcia, które sobie zrobiliśmy :D. Jadąc do Wrocławia na koncert, nawet przez myśl mi nie przeszło, że trafi mi się tak wyjątkowa okazja do obcowania z Wielkim Paco :D

Komentarz został ukrytyrozwiń

Adamie, o ile mnie pamięć nie myli, to we Wrocławiu z Wielkiej Trójki nie było jeszcze tylko McLaughlina, prawda? :-)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Wielka trójca? Paco De Lucia, John McLaughlin, Al Di Meola... Friday Night in San Francisco. I wszystko jasne.
Plus!

Komentarz został ukrytyrozwiń

Maćku, Patryk już dodał swoją galerię - link ml

:-)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Już Ci odpisałem :-)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Napisałem emaila ale chyba szybsza reakcja będzie przez komentarz - w jakiej rozdzielczości chcesz?
i w jaki sposob wyslac te zdjecia? email/ftp/nieznany_mi_mechanizm_w24?

Komentarz został ukrytyrozwiń

Patryku, możesz zgłosić się do mnie na maila? tomasz.josko[at]gmail.com. Będę wdzięczny. A to, że moje zdjęcia nie są najlepsze, wiem :-) Niestety nie jestem fotografem.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.