Facebook Google+ Twitter

Wielkie sprzątanie polskiej szkoły

MEN rozpoczęło wielkie sprzątanie polskiej szkoły. Przemoc, narkotyki, nieobyczajne stroje i rynsztokowa polszczyzna – wszystko to ma zniknąć ze szkół. Idea słuszna, pomysły na wykonanie kontrowersyjne. Bo według wielu specjalistów praktyków nie likwidują przyczyn, a sięgają tylko wierzchołka góry lodowej.

Od chwili rozpoczęcia krucjaty uzdrawiającej polską szkołę podobnie jak wielu rodaków byłem rozdarty pomiędzy przyznaniem racji panu ministrowi (bo w końcu zrobić coś trzeba, nie dało się dłużej udawać, że problemu nie ma), a poparciem dla psychologów, którzy domagali się likwidacji przyczyn problemu, a nie skutków. Rozwiązania proponowane przez ministra Giertycha np. Program “Zero tolerancji dla przemocy w szkole” mogą dość szybko przywrócić porządek, ale jest ryzyko, że sytuacja z gdańskiego gimnazjum prędzej czy później znów się powtórzy. Sugestie psychologów, choć nie załatwią problemów od ręki, ale dają szansę, na zrobienie trochę więcej dla młodych ludzi niż tylko obwarowanie ich zakazami i wątpliwej jakości - w rozumieniu nastolatka - nagrodami.

Wahałem się, bo choć mam dziecko w wieku „edukacyjnym”, żyłem w błogiej nieświadomości w jaki sposób działa system oświaty w Polsce i czego uczy się nasze dzieci. Uczy, bo w wychowanie dzieci przez współczesną szkołę od dawna nie wierzę. Za dużo wiedzy mają do przekazania nauczyciele, żeby znaleźć jeszcze czas na wychowywanie uczniów. Natomiast przyznaję się do naiwnej wiary, że system edukacji w dużym europejskim kraju jest tak skonstruowany, że przynajmniej podstawowe wartości leżące u podstaw człowieczeństwa są naszym pociechom przekazywane. I nie odezwały mi się dzwonki alarmowe kiedy sam minister edukacji nazwał swój program naprawy szkoły: „Zero tolerancji”, dodając dopiero po fali krytyki niefortunnej nazwy: „(…) dla przemocy w szkole”. Dziwnym wydało mi się tylko trochę, że ze szczytów władzy można kierować do młodzieży takie zdanie jak: „Zero tolerancji.”. Ale z drugiej strony, czego innego można się spodziewać po szefie ministerstwa, które na przykład nie pozwala przyjmować do przedszkoli samorządowych dzieci chorych na cukrzycę? Przecież to, podobnie jak pomysł izolowania trudnej młodzieży od „normalnej”, jest niczym innym, jak dyskryminacją. Już przedszkolaki dzięki MEN dowiadują się, że są równi i równiejsi. Że jeżeli ktoś potrzebuje pomocy, to należy jak najszybciej wypchnąć go poza nawias społeczeństwa, żeby nie psuł obrazu pięknego kraju mlekiem i miodem płynącego. A czym skorupka za młodu nasiąknie, tym w gimnazjum kolegę na przerwie mocniej trąci. Bo kolega jest inny, a przecież takich nawet pan minister się pozbywa. Stąd już tylko krok do tragedii.

W odpowiedzi minister Giertych zarzuca mediom, że cokolwiek by nie zrobił, to zawsze jest to powód do ataku na niego. Nie inaczej stało się z najnowszym pomysłem ministerstwa – ankietom, dzięki którym będzie można prowadzić statystyki dotyczące uczennic w ciąży. Oficjalnym powodem jest chęć utworzenia systemu pomocy ciężarnym uczennicom, a ankiety mają pomóc w poznaniu skali zjawiska. Cel szczytny i polemikę z jego zasadnością mogą podjąć tylko osoby, którym nie leży na sercu dobro tak mającego się narodzić człowieka, jak i jego młodej matki. Dlatego krytyka pomysłu nie dotyczy samego pomysłu, co raczej rodzaju pomocy jaki zaproponuje MEN. Po programie "Zero tolerancji", który w sumie ogranicza się tylko do ograniczenia swobód młodym ludziom, można mieć obawy, że i kolejny program będzie oparty na podobnych zasadach.

Z działań ministerstwa wyłania się obraz, że to nie oświata jest dla dzieci ale dzieci dla oświaty. Grzeczne, schludne, dobrze się uczące. Takie, które można pokazać światu i powiedzieć „patrzcie, a nasza młodzież jest wspaniała”. Cała reszta jest oświacie niepotrzebna. I tak samo, jak do przedszkola nie zostanie przyjęte dziecko-cukrzyk, tak teraz MEN wypchnie trudną młodzież pod skrzydła MSWiA, bo tam są ludzie od zajmowania się przestępcami lub utworzy się specjalne szkoły, w których młode matki będą mogły "donosić" swój problem, ale już nie pod auspicjami MEN tylko na przykład Ministerstwa Zdrowia, bo MEN pracuje tylko dla dobra dzieci. Tych równiejszych. Bo tylko takie mają być w IV RP. I wywołuje to niemiłe skojarzenie z propagandą sukcesu. Panie ministrze, to już było. Nie sprawdziło się.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (1):

Sortuj komentarze:

Zauważmy, że przymiotnik tolerancyjny ma w języku polskim jednoznacznie pozytywny wydźwięk. Mówiąc o człowieku, że jest tolerancyjny generalnie wystawiamy mu laurkę. Co mówi słownik języka polskiego: " tolerancja - poszanowanie czyichś poglądów, wierzeń, upodobań, różniących się od własnych". I tyle. Czyli Polska państwem tolerancyjnym nie jest skoro upublicznianie treści faszystowskich czy rasistowskich jest zabronione. A może tolerancyjnym nie ma być? Cały problem według mnie sprowadza się do owej bezprzedmiotowości słowa tolerancja i w tym kontekście do jej pozytywnego wydźwięku. Trzeba to zmienić. Jak? Wychowując młode pokolenia tak aby za kilka lat już dziecko na pytanie czy jest tolerancyjne odpowiedziało nie "tak", nie "nie " a " to zalezy w stosunku do czego"

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.