Facebook Google+ Twitter

Wigilia. Trąbią i narzekają

Chodzę i patrzę. Patrzę i chodzę. Ciągle gdzieś biegnę, dla ścisłości. Wyszedłem z domu rano i poczułem podniosłą atmosferę, owszem. Coś jest w powietrzu i nie sposób tego nie zauważyć.

Szkoda, że ta podniosłość jeszcze bardziej zdaje się przyginać do ziemi niektóre ludzkie sylwetki. Strudzone panie domu truchtają z siatkami, a w oczach nie mają radości, że się Chrystus narodził tej nocy. W oczach i na językach mają coś innego. Stoję w kolejce do kiosku, słyszę: "Pani, tyle tego jedzenia a to na parę dni przecież. Jeszcze mężowi muszę piw nakupić, no bo jak on tak bez piwa. No i dzieciom coś trzeba, to znaczy wnukom. W tym roku cienko, no ale te 30 złotych do koperty dać wypada". Nerwowo obracane w zmarzniętych palcach banknoty. Znowu do wydania, znowu te pieniądze idą jak woda.

Kolejka się tworzy coraz większa, a atmosfera w kolejce się zagęszcza. Jeden pan podjechał drogim autem, z pewnym niesmakiem spojrzał na paro-osobowy ogonek. Tak jakby to lepsze auto i lepszy płaszcz obligowały go do ominięcia nas, maluczkich. Nic z tego, panie, nie ma bata. Zajął miejsce w szeregu z pomrukiem niezadowolenia. Stoi.

Pani zza moich pleców najwyraźniej pragnie zmienić pozycję. Chciałaby kupić znicz, to wiem, bo komentują je z koleżanką od paru minut. Obok zniczy stoję ja, jako naturalna przeszkoda. Pani wierci się nerwowo, w końcu mnie popycha. Koleżanka na zwiady zagląda na znicze od innej strony, na mnie kierując niemiły wzrok. Unosi wargę z niesmakiem, matowym głosem komentuje ich jakość. Wszystkie miny takie zniechęcone. Wszystkie gesty takie nerwowe. Pani w okienku mechanicznie obsługuje klientów, pewnie już myśli, kiedy zdąży z tą kolacją. Bo to przecież zdążyć trzeba. Każda minuta ważna.

Wracam w końcu prawie truchtem (już się zaraziłem), z łupem w postaci karty doładowania do telefonu. Widzę, że pod moim blokiem coś się dzieje. No tak, wczoraj zamknęli nam ulicę Stefana Batorego, awaria wodociągów, takie mnie doszły słuchy. Los zapragnął nam uatrakcyjnić świąteczny czas. Więc te atrakcje dzieją się tu i teraz. Właśnie na moich oczach. Po jednej stronie ulicy zaparkowane auta, byle jak, na skos, tak na "odwal się". No a tędy jeżdżą teraz objazdem autobusy. Więc taki właśnie autobus, plus auta jadące w obie strony zapętlili się konkretnie tam, gdzie ulica Odrowążów łączy się z Graniczną. Trąbią klaksony, przystają ludzie. Przystaję i ja. Sytuacja kryzysowa i jak to w takiej, zawsze znajdzie się jednostka o właściwościach przywódczych. Więc wyskoczył z pojazdu pan około trzydziestki i pokierował ruchem. Miotał przy tym przekleństwa na tych, co się mu nie chcieli podporządkować, jak i na tych, którzy bali się ciasnych szczelin między pojazdami, aby swojego nie zarysować. Parę osób zapytał krzykiem retorycznie, czy mają aby prawo jazdy. Paru zganił karcącym spojrzeniem. W końcu ambaras się rozwiązał. Autobus nabity pasażerami z ulgą pomknął przed siebie, a i osobowe pojazdy z miejsca zdarzenia odjechałi w mgnieniu oka. Ulica pękająca w szwach nagle została cicha i milcząca. Zamilkłem więc też i podążyłem do domu rozmyślając o życzliwości ludzkiej i cierpliwości. O tym, jak stłoczeni przez chwilę w jednym miejscu, dostajemy niemalże szału.

Siedzę już więc ubrany. W garnitur spiąłem się od stóp do głów. Siedzę i udaję, że mi wygodnie. Tłumaczę sobie, że dzisiaj garnitur dla faceta, który chce mieć dochodowy zawód, to jak druga skóra. Ale u mnie chyba ta pierwsza z drugą prowadzą ostre polemiki. No nic, już karpik czeka. Wołają mnie na wieczerzę. Pora ją więc spożyć. Tyle nam jeszcze zostało, że sobie razem pojemy. A co.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.