Wczesne lata życia Williama Buckley'a nie zapowiadały przygód, które stały się jego udziałem. Przyszedł na świat jako jedno z czworga dzieci przeciętnej wiejskiej rodziny w środkowej Anglii. Dzięki kontaktom dziadka został przyuczony do zawodu murarza, jednak w porywie młodzieńczej fantazji postanowił zaciągnąć się do brytyjskiej armii.

Po czterech latach służby i ranie odniesionej podczas walki z Francuzami, Buckley - jak sam później wspominał - zaczął zadawać się z "ludźmi marnej reputacji". Niedługo później musiał stanąć przed sądem wojskowym, pod zarzutem świadomego przyjęcia kradzionych ubrań, za co skazano go na dożywocie.
Był początek XIX wieku. Imperium Brytyjskie, u szczytu kolonialnej ekspansji, potrzebowało rąk do pracy przy zasiedlaniu nowych terenów. Więźniowie gnijący do tej pory w zimnych angielskich lochach byli do tego celu idealni, jako wyjątkowo tania siła robocza. Tak też w 1803 roku William Buckley znalazł się na pokładzie
Kalkuty, płynącej na drugi koniec świata - do południowowschodniej Australii.
Ucieczka i spotkanie z AborygenamiPo kilkumiesięcznym rejsie statek zarzucił kotwicę niedaleko wejścia do zatoki Port Phillip, gdzie założono obóz. Życie pierwszych osadników nie należało do łatwych: ciężka praca, zmienna pogoda, uciążliwe owady i ograniczone zasoby słodkiej wody dawały się we znaki nie tylko więźniom. Młodemu Williamowi jednak najbardziej dokuczała niewola, więc wraz z trzema towarzyszami zaplanował ucieczkę. Jednego z nich zastrzelili strażnicy, ale pozostałej trójce udało się zbiec.
Planowali dotrzeć do jedynej w tym czasie brytyjskiej kolonii w Australii - Sydney. Prawdopodobnie nie zdawali sobie sprawy z wielkości kontynentu i nie wiedzieli, że od celu dzieli ich tysiąc kilometrów nieznanego lądu. Po dwóch dniach wyczerpującej tułaczki Buckley został sam, gdyż jego kompani stwierdzili, ze jednak wolą ciężkie, ale przewidywalne życie więźniów. Był bliski rozpaczy, lecz postanowił iść dalej.
Kolejne dni spędził idąc wzdłuż wybrzeża. Głód i pragnienie coraz bardziej dawały mu się we znaki - źródeł słodkiej wody było mało, a jedynym dostępnym pożywieniem były surowe skorupiaki. Pewnego dnia natknął się na dzidę wbitą w usypany ludzkimi rękami kopczyk. Domyślał się, że to aborygeński grób, jednak postanowił zabrać dzidę licząc, że przyda się do polowania.

Kiedy po trzech kolejnych dniach bez jedzenia i picia był u kresu wytrzymałości, zaczął godzić się z myślą, że przyjdzie mu w tej dziczy umrzeć. Przy pierwszym napotkanym źródle wody znalazł jaskinię, w której postanowił zostać aż zregeneruje siły. To, co nastąpiło dalej musiało wydawać się młodemu Anglikowi snem.
U wejścia do jaskini stanęło trzech Aborygenów, wyraźnie podekscytowanych niespodziewanym gościem. Kiedy uzbrojony w dzidę wyszedł im naprzeciw, zaczęli wymachiwać rękoma, podskakiwać i uderzać się w piersi, wydając przy tym iście diabelskie wrzaski. Po chwili, kiedy emocje opadły, a pierwsze próby komunikacji wyszły obiecująco, przybysze rozpalili ognisko, nakarmili Buckley'a pieczoną rybą i dali do zrozumienia, że zabierają go do swojego obozu. William nie był zachwycony - wyobrażał sobie, że czeka go los głównego dania na kolacji "dzikusów", ale nie miał sił stawiać oporu.
Trzydzieści lat w buszuNastępnego ranka nowi znajomi zabrali go do obozu innego klanu, gdzie na ich widok szaleństwo podskoków i bicia piersi było jeszcze większe niż poprzedniego dnia. Przyjęła go do siebie jedna z rodzin, wyraźnie wzruszona pojawieniem się białego olbrzyma, zaś wieczorem rozpalono wielkie ognisko i odbyła się huczna ceremonia ku czci przybysza. Widok nagich ciał dziko wijących się w blasku ognia przy akompaniamencie bębnów był dla młodzieńca oszałamiającym przeżyciem. W ten sposób rozpoczęło się nowe życie Williama Buckley'a - trzydzieści dwa lata spędzone wśród dzikich plemion australijskiego pustkowia.
Kiedy zaczął rozumieć język ludzi, z którym przebywał, Buckley dowiedział się, że życie uratowała mu... znaleziona dzida. Otóż plemię to wierzyło, że ludzie po śmierci stają się biali, wiec widząc bladego Europejczyka uznali, że to ich niedawno zmarły krewny wrócił na ziemię razem z orężem, z którym został pochowany.
Aborygeni traktowali go ze wszystkimi przywilejami należnymi zmarłemu członkowi rodziny: zawsze dostawał najlepsze kawałki mięsa, chroniono go w czasie międzyklanowych wojen. Szybko nauczył się lokalnych języków, sztuki zdobywania jedzenia i wody, a nawet wprawił się w używaniu dzidy i bumerangu. Z czasem wieść o nim rozniosła się wśród wszystkich okolicznych plemion, a szacunek jakim go otaczano pozwolił mu występować jako mediator w wielu konfliktach (które, jak później wspominał, były częste, krwawe i niemal zawsze wywołane kłótniami o kobiety).
Na przestrzeni lat pokonał ze swoim klanem tysiące kilometrów przemieszczając się między terenami łownymi na zachód od dzisiejszego Melbourne. Tak przywykł do nowego trybu życia, że zapomniał ojczystego języka i kompletnie zatracił poczucie czasu. Zdarzało mu się też spędzać wiele miesięcy w samotności, na przykład po tym, jak jego bliscy zginęli w walkach. Mimo to czuł się szczęśliwy jako wolny człowiek i nie przeszkadzała mu myśl, że może zostać w buszu do końca swoich dni.
Powrót do cywilizacji
Kilka miesięcy po brawurowej ucieczce trzech więźniów kolonia karna w zatoce Port Phillip została zlikwidowana z powodu braku wody pitnej. Brytyjczycy powrócili w te rejony dopiero po trzydziestu latach, kiedy w miejscu, gdzie dziś leży Melbourne, odnaleziono ujście rzeki Yarra. Wtedy też do Buckley'a dotarły wieści o kręcących się po okolicy białych ludziach.
Targany sprzecznymi uczuciami, bojąc się ponownego uwięzienia, William długo unikał kontaktu z przybyszami. Dopiero słysząc, że jeden z klanów planuje zamordować niewielką grupkę osadników i okraść ich obóz z jedzenia, postanowił ujawnić się i ostrzec ich przed niebezpieczeństwem.
W uznaniu zasług darowano mu wyrok, a dzięki doskonałej znajomości języków i obyczajów lokalnych Aborygenów dostał dobrze płatną pracę tłumacza i przewodnika w tworzonej właśnie na tych terenach kolonialnej administracji. Nowe-stare życie szybko okazało się pełne trudności - z jednej strony rdzenni mieszkańcy przestali mu ufać, z drugiej osadnicy oskarżali go o zbytnią poufałość z "dzikusami". Po niecałych dwóch latach, rozczarowany brutalną ekspansją kolonii kosztem Aborygenów, rzucił pracę i wyjechał do Tasmanii, gdzie do końca życia imał się przypadkowych zajęć.
WspomnieniaNiesamowite przygody Williama Buckley'a wzbudziły w Australii szerokie zainteresowanie, jednak on sam - częściowo z powodu problemów w posługiwaniu się angielskim - raczej niechętnie dzielił się wspomnieniami. Dopiero pod koniec życia opowiedział swoją historię ze szczegółami dziennikarzowi Johnowi Morganowi, który opublikował ją w wydanej w 1852 roku książce pod tytułem "Życie i przygody Williama Buckley'a".
Książka ta jest dziś klasykiem, jak i bogatym źródłem wiedzy o życiu Aborygenów na terenach dzisiejszej Victorii, zanim zostało ono kompletnie odmienione przez kontakt z Europejczykami. Sam Buckley stał się ikoną czasów pierwszych odkrywców, a popularne australijskie powiedzenie "Buckley's chance" oznacza coś, co jest prawie niemożliwe - tak jak przetrwanie trzydziestu lat w buszu.

Co ciekawe jedną z osób, które rozmawiały z Buckley'em na temat jego życia był Polski odkrywca Jan Litski, który w 1838 roku, udzielając wywiadu dla "Tasmanian and Australia-Asiatic Review" opisywał "białego dzikusa" w tych słowach [tłum. autora]:
"
Buckley musiał być okazałym młodym człowiekiem, mając niemal siedem stóp wzrostu; nawet teraz jest w nim coś nietypowego, lecz całkiem zrównoważonego. Jego rysy znacznie pociemniały od 32 lat spędzonych w australijskim słońcu i zdecydowanie jest w nich coś surowego i "dzikiego", jednak zupełnie złagodzonego przez moralny i inteligentny spokój, jeśli mogę to tak nazwać. Powiedział mi, że również wśród "dzikusów" można spotkać ludzi o wybitnym umyśle i rozumieniu. Cóż, w takim razie Buckley był właśnie taką osobą.