Facebook Google+ Twitter

Wina Tuska. Z kim chce dyskutować Maciej Lasek?

Zespół ekspertów szefa PKBWL Macieja Laska ma analizować hipotezy na temat przyczyn katastrofy smoleńskiej. Jest to mocno spóźniona odpowiedź na fakt coraz skuteczniejszego przebijania się do świadomości społecznej tezy o zamachu na Tu-154M

Wina Tuska
Z kim chce dyskutować Maciej Lasek?

Zespół ekspertów tworzony (i podobno już nieformalnie działający) przez przewodniczącego Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych Macieja Laska ma analizować i weryfikować hipotezy na temat przyczyn katastrofy smoleńskiej. Szef PKBWL podkreśla, że chodzi o grupę specjalistów od badania wypadków lotniczych, a nie od wpływania na opinię publiczną. To zastrzeżenie jest niestety zadatkiem niepowodzenia całego projektu. Przecież jest on właśnie mocno spóźnioną odpowiedzią na niepokojący fakt coraz skuteczniejszego przebijania się do świadomości społecznej tez zespołu parlamentarnego (w istocie partyjnego, tyle że osadzonego w Sejmie) Antoniego Macierewicza, lansującego teorię o zamachu na prezydencki samolot, a więc w domyśle - na prezydenta Lecha Kaczyńskiego.
[wiadomości.gazeta.pl/.../1,114883,13278809] „Chcemy uruchomić stronę internetową. Na niej będziemy odpowiadać na pytania osób, które mają wątpliwości wynikające z braku zrozumienia niektórych treści naszego (komisji Millera) raportu“ - zapowiada przewodniczący Lasek. Niestety nie ma on szans przekonać kogokolwiek. Ci co przyjmują (jeszcze!) do wiadomości rozgrywający się na oczach świadków, potwierdzony śladami na miejscu katastrofy i badaniami ekspertów lotnictwa fakt, że pod Smoleńskiem mieliśmy do czynienia z
katastrofą lotniczą i niczym innym, nie będą o nic pytali; jest bowiem dla nich oczywiste, że samolot który się rozbił, nie mógł przedtem rozstać rozerwany dwoma wybuchami. Ci zaś, którzy nie przyjmują tego do wiadomości, są albo mitomanami, albo cynikami żerującymi na mitomaństwie innych. Do jednej z tych kategorii należą również uczeni potwierdzający wersję zamachu.



Żądza władzy

Od blisko trzech lat jesteśmy świadkami wielkiej i – jak widać po upływie tego czasu – bardzo skutecznej kampanii propagandowej, mającej na celu spożytkowanie bezprecedensowej katastrofy lotniczej o niewyobrażalnie tragicznych skutkach dla osiągnięcia jasno sprecyzowanego celu: wysadzenia z siodła legalnie wybranych władz Rzeczpospolitej. Mają w tym pomóc mobilizowane od blisko trzech lat masy mitomanów gotowych przyjąć dowolną wersję wyjaśnienia przyczyn katastrofy smoleńskiej tylko nie wnioski raportu fachowców, które w ich pojęciu nie są na miarę podsmoleńskiej tragedii.
Na kanwie skomplikowanych okoliczności, do jakich doszło do tej katastrofy, stworzony został model propagandowego unicestwiana tej władzy, oparty na kilku oskarżycielskich hasłach: rozdzielenie wizyt, oddanie śledztwa w ręce Rosjan, zmowa Tuska z Putinem w nie do końca jasnym a złowrogim celu, odmowa okazywania należnej czci męczeńskiej śmierci prezydenta Kaczyńskiego. Te zarzuty, jeśli nie są czystym zmyśleniem, są tylko przewrotnymi interpretacjami faktów, mających całkiem inne znaczenie. Dobrym przykładem jest owo „rozdzielenie wizyt“, do którego nie mogło dojść, ponieważ w żadnym momencie nie były one wspólnie planowane i przygotowywane. Spotkanie Tuska z Putinem w Katyniu 7 kwietnia 2010 roku było wynikiem długich starań o poprawę stosunków z Rosją, zapoczątkowanych wizytą premiera w Moskwie 8 lutego 2008 roku – pierwszą wizytą na tym szczeblu od 2003 roku. Kolejnym krokiem było rocznicowe spotkanie na Westerplatte 1 września 2009 roku ze słynnym spacerem na sopockim molo.
Doniosłym wątkiem rozmów premierów – obok rocznicowych obchodów - było usunięcie najważniejszej przeszkody w rozwoju normalnych stosunków Polski z Rosją, jakim jest spór o Katyń. W tym czasie prezydent Kaczyński starał się prowadzić własną politykę nieukrywanej wrogości wobec Rosji, czemu dał najdobitniej wyraz w wojowniczym wystąpieniu 12 sierpnia 2008 roku na wiecu w Tbilisi (w obronie Gruzji przed wojskami rosyjskimi wkraczającymi do Abchazji, czemu, rzecz jasna, nie mógł w żaden sposób zapobiec). Stojący faktycznie, obok brata Jarosława, na czele opozycji prezydent mógł przeciwstawiać rządowi konkurencyjne inicjatywy i
prezentować odmienne stanowiska.
Był więc ważnym atutem w rękach swojej macierzystej partii, zaciekle zwalczającej obrany przez premiera kierunek polityki wobec Rosji. O ile prezydent unikał otwartego przeciwstawienia się zmierzającym do tego inicjatywom, to opinie prezesa Kaczyńskiego nie pozostawiały żadnych wątpliwości: według niego pierwsza wizyta Donalda Tuska w Moskwie nie tylko „nic nie przyniosła“, ale zaszkodziła naszym stosunkom z Litwą, Ukrainą i Gruzją pielęgnowanym przez brata-prezydenta. Spacer premierów na molo, w czasie którego być może zrodził się projekt ich spotkania w Katyniu, został przez pisowską opozycję okrzyknięty tajną zmową przeciwko Polsce (później zaś spiskiem mającym na celu usunięcie prezydenta Kaczyńskiego). W rzeczywistości o możliwości spotkania premierów w Katyniu „Polityka“ pisała już w drugiej połowie września 2009 roku, zaraz po spotkaniu na Westerplatte. Na temat celów tego spotkania tygodnik pisał: „ Nie ma co liczyć na przeprosiny, ale już samo pojawienie się Władimira Putina (w Katyniu) miałoby ogromne znaczenie symboliczne“, [http://www.polityka.pl/kraj/302710,1,tusk-z-putinem-w-katyniu.read#ixzz2InYY2fmp]
Kiedy 2 lutego 2010 roku oficjalnie zapowiedziano spotkanie premierów Polski i Rosji dla uczczenia ofiar katyńskiego mordu, Kancelaria Prezydenta pospieszyła z informacją, że wcześniej, bo 27 stycznia powiadomiła wiceministra spraw zagranicznych, iż „Prezydent Rzeczpospolitej Polskiej Pan Lech Kaczyński planuje oddać hołd ofiarom na Polskim Cmentarzu Wojennym w Katyniu w kwietniu br.“ W ten sposób chciano przedstawić spotkanie Tusk-Putin jako konkurencyjną imprezę, zaaranżowaną po zgłoszeniu planów podróży prezydenta. Komunikat z Moskwy sam Lech Kaczyński skwitował żartobliwym oświadczeniem: „ Ja się cieszę, że premier będzie (w Katyniu), ale najwyższym przedstawicielem Rzeczypospolitej jest prezydent i ja też tam będę. Mam nadzieję, że wizę dostanę.“ [rik, PAP 04.02.2010]. Oddanie hołdu pomordowanym było więc dla niego okazją do demonstracji, kto jest najwyższym przedstawicielem Rzeczypospolitej, kolejną rundą walki o prymat w państwie, którą toczył przez cały okres kohabitacji z rządem Tuska.
Więcej na temat charakteru wyprawy Lecha Kaczyńskiego do Katynia powiedzieli pracownicy Kancelarii Prezydenta w przeddzień jego wylotu do Smoleńska. [PAP 09.04.2010] Według szefa Kancelarii Władysława Stasiaka, wizyta ta miała wymiar symboliczny – „bardzo ważny dla Polski, dla Polaków, dla naszej tożsamości." Minister Mariusz Handzlik podkreślał: "To będą centralne, polskie uroczystości […] Prezydent jako głowa państwa, zwierzchnik sił zbrojnych będzie stał na czele polskiej delegacji składającej się z przedstawicieli władz państwowych, parlamentu." Przewidywano przybycie około 800 gości. Ze strony rosyjskiej w obchodach miał wziąć udział przedstawiciel prezydenta Dmitrija Miedwiediewa, o którego udział bezskutecznie zabiegano oraz wiceminister spraw zagranicznych. Ta wizyta miała przyćmić poprzedzające ją spotkanie premierów, ale mogła też zaszkodzić osiągnięciu politycznych celów, jakie wiązał rząd ze spotkaniem nad grobami pomordowanych oficerów w Katyniu.



Narodziny mitu

Tragiczny finał smoleńskiej wyprawy prezydenta Lecha Kaczyńskiego zdawał się być równoznaczny z demontażem niezdrowego, szkodliwego dla państwa układu na szczytach władzy, w którym pałac prezydencki był ośrodkiem zaciekłej, coraz bardziej wojowniczej opozycji. Tymczasem stało się coś wręcz przeciwnego. Zmarły prezydent stał się czynnikiem mobilizującym środowiska wrogo nastawione do rządów PO. Wokół tej śmierci zaczął narastać kult, oparty na własnej, oryginalnej
obrzędowości, sprowadzającej się nie tyle do okazywania czci nowemu świętemu, co oskarżania, potępiania i wyklinania jego domniemanych wrogów. Kiedy rocznicowe zgromadzenia pod krzyżem ustawianym przed pałacem prezydenckim wyczerpały swoją nośność, obóz brata prezydenta zaczął organizować marsze uliczne w obronie Polski, zagrożonej nieudolnymi, sprzedajnymi rządami Donalda Tuska, które trzeba obalić.
Sam bohater tej kampanii wykazywał podziwu godną powściągliwość w odpieraniu kierowanych przeciw niemu ataków. Dopiero w drugiej połowie kwietnia 2012 roku, po dwóch latach nieustającej propagandowej kanonady, zauważył mimochodem, na konferencji prasowej po posiedzeniu rządu, że katastrofa smoleńska „obrasta kłamstwami“ i przyznał, że
[WP.PL, TVN24, PAP] „być może wykazywaliśmy nadmierną delikatność w opisywaniu współpracy z prezydentem Kaczyńskim, dlatego kłamstwa w sprawie Smoleńska mają taką żywotność.“ Nie była to jednak zapowiedź dania odporu tym kłamstwom. Tymczasem kolejne miesiące 2012 roku przyniosły nasilenie fali wystąpień ulicznych z imponującym pod względem liczby uczestników marszem "Wolności, Solidarności i Niepodległości", zorganizowanym w 31. rocznicę ogłoszenia stanu wojennego (nie była to bynajmniej demonstracja przeciw generałowi Jaruzelskiemu).


Wielka przegrana

Na tym tle pojawiły się inicjatywy mające w zamierzeniach służyć rozpraszaniu smoleńskiego mitu z pomocą racjonalnej argumentacji, niestety naturalnym porządkiem rzeczy przeważnie nie dociera ona
do umysłów mitomanów. Co gorsza okazało się, że takie inicjatywy już na wstępie spychają ich inicjatorów na pozycje zajmowane przez propagatorów mitu. Wołanie o komisję międzynarodową do zbadania przyczyn katastrofy smoleńskiej powtarzane od lat przez obóz PiS, a dotąd konsekwentnie odrzucane jako pozbawione podstaw rzeczowych i prawnych, przed kilkoma miesiącami zyskało silne wsparcie. Międzynarodowej komisji chciała teraz Solidarna Polska i Ruch Palikota. Nad pożytkami powołania takiej komisji zastanawiali się luminarze polskiego dziennikarstwa. Tak na pozycjach posła Antoniego Macierewicza i jego formacji politycznej nieoczekiwanie znaleźli się
znani politycy z innych obozów, ludzie nauki. Najwięcej szumu wokół powołania międzynarodowej komisji wywołało poparcie tej idei przez Aleksandra Kwaśniewskiego. Na szefa takiej komisji był typowany prezes PAN prof. Michał Kleiber. Nie było tylko jasne, co konkretnie ta komisja miałaby zbadać.
W pierwszej połowie grudnia krok w kierunku umiędzynarodowienia sprawy katastrofy smoleńskiej zrobił minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski, zwracając się do szefowej unijnej dyplomacji Catherine Ashton o pomoc w odzyskaniu wraku Tu-154M. Z łatwym do przewidzenia skutkiem. Wzmożenie starań o zwrot wraku zapowiedział ostatnio sam premier. To widoczne zniecierpliwienie czynników rządowych długim przetrzymywaniem wraku jest też wmuszone natarczywym żądaniem ludu smoleńskiego i jego parlamentarnych reprezentantów jak najszybszego wydania drogocennego złomu, nadającego się do wykorzystania w dwojakim celu: jako dowodu potwierdzającego teorię zamachu i jako relikwii mogącej stać się nowym źródłem ekscytacji rzekomo niewyjaśnionymi przyczynami katastrofy smoleńskiej.
Dopominając się o wrak premier Tusk zwrócił uwagę, że sprawa ta kładzie się cieniem na stosunkach polsko-rosyjskich. [mil, PAP 01.02.2013]
Zgłaszając te pretensje nie pomyślał, że być może jeszcze większy wpływ na kształtowanie tych stosunków ma tocząca się w naszym kraju kampania propagandowa, w której zmierza się do oskarżenia władz Rosji
ni mniej ni więcej tylko o zorganizowanie zamachu na prezydenta Kaczyńskiego. Kampania ta – poprzedzona próbami obciążenia winą za katastrofę strony rosyjskiej, potępianiem „kłamstw Anodiny“ (bez wskazania, na czym miałyby polegać), oskarżeniami o niszczenie dowodów -
toczy się od wielu miesięcy i nie są to jakieś wpisy na fejsbukach i jutubach
- te oskarżenia wysuwa zespół usadowiony w Sejmie Rzeczpospolitej, zespół utworzony przez największą partię opozycyjną, która może wygrać następne wybory. Czy to miałoby stworzyć atmosferę dla choćby tylko poprawnej współpracy w wyjaśnianiu przebiegu katastrofy i kończeniu śledztw w jednym i drugim kraju? Czy może to nie wpływać na stosunki polsko-rosyjskie?

Katastrofa smoleńska, która zatruła atmosferę wewnątrz kraju, ma bez wątpienia także niszczące skutki dla stosunków Polski z ważnym sąsiadem i partnerem, jakim jest Rosja. O ich stanie świadczy między innymi sprawa wraku.
Jego zwrot, który z pewnością kiedyś nastąpi, nie usunie przeszkód wyrosłych na drodze do poprawy relacji polsko-rosyjskich, zapoczątkowanej spotkaniem na Westerplatte 1 września 2009 roku, tak jak atmosfery wewnątrz kraju nie poprawi nieco dziecinny pomysł powołania komisji do zwalczania „mowy nienawiści“. Powrót prezydenckiego Tu-154M do kraju może niestety być jedynie źródłem nowych kłopotów rządu związanych z katastrofą smoleńską.
Walka o umysły tych, którzy jeszcze wierzą, że przyczyną katastrofy samolotu prezydenta Kaczyńskiego była gęsta mgła, wydaje się dla premiera Tuska, jego rządu i jego partii przegrana. Przyczyną propagandowych klęsk tego obozu politycznego jest chyba grzech pierworodny popisowości, który nie pozwala mu radykalnie zerwać z ideą i mitotwórczą frazeologią IV Rzeczpospolitej i stawić czoło przeciwnikowi jako formacja o jasno sprecyzowanej tożsamości politycznej. Odwrócić
aktualny trend negatywnych zmian w nastrojach społecznych, a nawet więcej – w nastawieniu umysłów Polaków mogłoby tylko ożywienie racjonalistycznej myśli w życiu kraju. Zalążków takiego ideowego zwrotu, jak dotąd, nie widać.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.