Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

16646 miejsce

Winyle, klisze i kasety. Wraca moda na fotografię i muzykę analogową

Odrobina ziarna w fotografii, szumy płynące z gramofonowych płyt i chropowaty dźwięk kaset - dziś wreszcie doceniamy wartość tego, co kiedyś uważane było za niedoskonałe. Panie i panowie - analogi wracają do łask

 / Fot. Bartek Syta/ Polska Press GrupaFotograficy mówią o magii wywołanego zdjęcia, kolekcjonerzy winyli o czarownych, niepowtarzalnych dźwiękach, są i amatorzy oldschoolowych kaset magnetofonowych. Powrót do „starej szkoły” traktują jak bunt przeciw technologiom cyfrowym, które ukazują świat tak idealny, że aż nieprawdziwy. A przecież to co stare nadal jest piekielnie dobre - przekonują.

Dziś dla jednych spędzanie czasu w ciemni i grzebanie się w chemicznych odczynnikach to odkrywanie na nowo szlachetnych technik fotografowania i praca nad własnym, niepowtarzalnym stylem, dla innych - potrzeba wejścia w elitarny krąg, który świadomie odrzuca nowy, wspaniały cyfrowy świat. Dla wszystkich, którym fotografia cyfrowa już się przejadła - to wyzwanie, w którym niebagatelną rolę odgrywają emocje, jakie się rodzą, gdy odpalają powiększalnik. - Tak właśnie rozpoczynałem swoją przygodę z fotografią - od analogu i ciemni - mówi Piotr Radecki, właściciel fotograficznego studia w Stalowej Woli. Piotr ma 33 lata. Jego ojciec był fotografem, jego dziadek był fotografem, od dziecka dostawał aparaty do ręki, cała rodzina chciała, aby fotografował. Pierwsze zdjęcia wykonał Smieną na obozie harcerskim. Pozostał w branży. Poniekąd zmusiły go do tego okoliczności. - Tata zmarł, dziadek już niedomagał, przejęliśmy z mamą małe studio. To było raczej laboratorium, najlepiej sprzedawały się wtedy odbitki, a ja po dziadku zacząłem wchodzić do ciemni. I zacząłem sam się uczyć, z czasem pojmując, no i zacząłem świadczyć usługi fotograficzne, wesela, imprezy, zdjęcia rodzinne, dzieci, do dokumentów. Jest to sposób na życie. Ale fotografia analogowa to coś tylko mojego. Nie wysyłam zdjęć na konkursy, nie należę do towarzystw fotograficznych. Czasem wrzucam swoje zdjęcia do internetu, na Facebook, ale nie mam parcia na szkło ani potrzeby, aby się z tym afiszować. To moja odskocznia. Zapraszam ludzi, znajomych, teraz wymyśliłem projekt, by do studia ściągać ludzi z ulicy, fotografować bohaterów steranych życiem, z twarzy których można przeczytać całą historię. Jestem miłośnikiem fotografii czarno-białej, kolory czasem wprowadzają trochę bałaganu - uważa.

Oczywiście, jak wszyscy w latach 90. przeszedł na cyfrę, ale mimo wszystko wciąż trzymał się analogowej fotografii. Odświeżył powiększalniki, dokupił trochę analogowych aparatów. Hasselblad, Graflex, Globica - to inny świat po tym, jak na co dzień pracuje się z cyfrą. - Zdjęcia zacząłem wrzucać do internetu. Wtedy spostrzegłem, że nie jestem sam - cała masa ludzi przechodzi na analogi. Analogowa fotografia daje inną plastykę, inną głębię, inną formę obrazu. Cyfra po jakimś czasie zaczyna wkurzać - jest płaska, no i tak naprawdę wymaga sporo pracy. Mimo że jest tak bardzo rozreklamowana, bo dziś zdjęcia cyfrowe można robić niemal wszystkim - telefonem, tabletem, możemy je potem obrabiać, poprawiać, coraz dalej odchodząc od pierwotnego obrazu. W fotografii analogowej - jak się zrobi, tak jest. Trzeba więc zrobić to dobrze, dobrze naświetlić. Po sfotografowaniu mamy już tylko materiał końcowy, który trzeba wywołać. Przy fotografowaniu analogowym najważniejsze jest myślenie - zmusza do tego 36 klatek filmu. Cyfrą można „pstrykać” i tysiąc zdjęć, bo może jedno wyjdzie - wykłada Piotr Radecki. Od wielu lat fotografuje śluby, wesela, rodzinne i inne imprezy. - Kiedyś na ślub brałem dwie rolki filmu, miałem te 72 ujęcia i w nich się musiałem zamknąć. Teraz się nie myśli, przynosi się 500-1000 zdjęć, które się pstryknęło, a klienci wybrzydzają, bo wszystko chcą mieć super. Jak się panna źle uśmiechnie albo jest zestresowana w kościele, to już jest problem. Kiedyś go nie było. Jak wyszło, tak wyszło, miało być dobrze zrobione od strony technicznej, a już w wiele rzeczy nie można było ingerować.

W cyfrze można ingerować we wszystko - od usunięcia zmarszczki po wstawienie uśmiechu na wszystkich zdjęciach - stwierdza. On sam pasjonuje się techniką zwaną mokry kolodion. To szlachetna technika polegająca na naświetleniu w aparacie fotograficznym szklanej płyty pokrytej warstwą kolodionu, który zawiera światłoczułą substancję, dzięki czemu powstaje na niej negatywowy obraz. Z niego wywołuje się odbitki, ale trzeba to robić szybko, właśnie „na mokro”. - To technika z 1851 r., ma więc już 160 lat, aparat cyfrowy przegrywa, trudno nim osiągnąć taki efekt. Zdjęcie zrobione na mokrym kolodionie mamy gotowe w 10 minut, aparatem cyfrowym ciężko byłoby uzyskać je w tak szybkim tempie - dodaje fotograf. To zupełnie inny świat niż ten, jaki daje fotografia cyfrowa, gdzie po zrobieniu zdjęcia widzimy je co prawda na podglądzie, ale zazwyczaj cała zabawa dopiero się zaczyna - trzeba je zrzucić na komputer, obrobić, bo rzadko kiedy te pliki są naprawdę dobre, no i efekt po takiej obróbce też jest różny. A co najśmieszniejsze - cyfrową obróbką dąży się do tego, aby zdjęcie wyglądało jak zrobione aparatem analogowym, z naturalnymi, żywymi kolorami i wrażeniem trójwymiarowego obrazu. Chociaż z kolodionem też bywa różnie i może dlatego jest tak fascynujący - to technika nieprzewidywalna, nie ma w niej powtarzalności, ale zawiera magię czarno-białego filmu. - Porównuję to do jazdy samochodem - możemy czuć samochód, jadąc w rzeczywistości, a możemy ścigać się na konsoli - substytucie tego, co prawdziwe - mówi Piotr Radecki. Wspomina, że niedawno kolega przysłał mu zdjęcie z iPhone’a 6, telefonu, który robi zdjęcia z jakością aparatu za kilka tysięcy złotych. - Do tego doszło! - śmieje się. Dlaczego więc ludzie uciekają od cyfrowego świata? - Chcą mieć coś oryginalnego, innego.

Stare aparaty mają duszę i nawet nie chodzi o efekt końcowy, o zdjęcie, ale sama praca z takim aparatem sprawia wielką satysfakcję: myślenie nad kompozycją, mierzenie światła, fotografowanie. Przez te aparaty całkiem inaczej się patrzy, całkiem inny obraz widać. Niebagatelne znaczenie ma i to, że aparaty analogowe, po pierwsze, są o wiele tańsze od cyfrowych (cyfra dobrej klasy plus obiektywy to kilkanaście tysięcy złotych, aparat analogowy i obiektywy to 2-3 tys. zł). No, do analogów trzeba jeszcze kupić negatywy, wywoływacz, opłacić ciemnię, jeśli nie ma się własnej. Ale prawdą jest i to, że po kilku latach używania aparatu cyfrowego jego cena spada diametralnie, te aparaty szybciej też się eksploatują. W analogach nie ma się co psuć, a ich cena nie tylko nie spada, a bywa, że rośnie. - Leica z 1932 r. kupiona przez dziennikarza, który przeżył wojnę i tym aparatem robił wojenne zdjęcia, poszła ostatnio na licytacji za 35 tys. euro - mówi Andrzej Wernerowicz, właściciel sklepu ze starymi aparatami fotograficznymi w warszawskiej Hali Mirowskiej i autor popularnego facebookowego fanpage’a „Foto-Larson”. Do jego sklepu też niedawno zawitał człowiek z oryginalnym aparatem Plaubel Precision w stanie niemal idealnym. Umarł jego dziadek fotograf, wnuk postanowił więc sprzedać ten mało już dziś spotykany sprzęt. Aparat miał szklane negatywy w środku. - Otrzymał za aparat godziwe pieniądze, a negatywy zeskanowałem, posklejałem i opublikowałem w internecie zdjęcia - opowiada Wernerowicz.

Sklep prowadzi od kilku lat, za to starymi aparatami zajmuje się od niepamiętnych czasów. - W rodzinie od zawsze byli albo fotografowie, albo mechanicy precyzyjni, więc od dziecka byłem z aparatami zaznajomiony, ale moja droga była inna. Skończyłem technikum morskie, byłem marynarzem. I wróciłem do marzeń z dzieciństwa - opowiada. Naprawia stare aparaty, bo ma wiedzę, doświadczenie, smykałkę do mechaniki precyzyjnej, cierpliwość, no i najważniejsze - kocha ten sprzęt. Do jego ukochanych aparatów należą stare: Leica, Rolleiflex, Mamiya. O te aparaty, przedwojenne, też najczęściej pytają jego klienci. I o szkiełka, czyli obiektywy Zeissa. - Są hipsterzy, którzy mają swoje przelotne mody, ogłaszają na Facebooku, że teraz modny jest taki pasek czy stara Smiena - śmieje się Wernerowicz, bo prawdziwi analogowcy z przelotną modą się nie identyfikują. Oni świadomie dystansują się od tego, co krzyczy do nas zewsząd: ostrość i kolor. - I tak naprawdę w takim zdjęciu nic więcej nie ma. Przed zdjęciem wykonanym analogowym aparatem, czarno-białym, przystanie każdy - mówi Andrzej Wernerowicz. Bo czarno-białe zdjęcia nie krzyczą, wchodzą do podświadomości dyskretniej, za to trzymają się w niej mocniej. - Ludzie nie chcą już żyć w sztucznym świecie, w którym jest za ostro, za kolorowo, nieprawdziwie. Fotografowie buntują się, nie chcą używać Photoshopa. I to już jest silny trend, który Andrzej Wernerowicz czuje, rozmawiając nie tylko z fotografami, ale też z wykładowcami szkół fotograficznych. - Uczą od podstaw, czyli od analogów, aby uczniowie poczuli magię robienia zdjęć na 36 klatkach - mówi.

Ten trend nie jest zresztą jakąś wybitnie polską cechą. W USA fotografowanie analogowe kręciło się na równi z cyfrowym, a aukcje starego fotograficznego sprzętu ściągają tysiące pasjonatów. Podobnie dzieje się i w innych krajach Europy Zachodniej oraz w Rosji. Ale na to, że i u nas to zjawisko przeżywa swój renesans, wpływając też na rozwój fotografii cyfrowej, wskazują ostatnie wydarzenia. W Bydgoszczy tydzień temu odbył się Vintage Photo Festival - I Międzynarodowy Festiwal Miłośników Fotografii Analogowej, na którym można było obejrzeć prace wybitnych fotografików tworzących w szlachetnych technikach mokrego kolodionu czy polaroidu. Gościem specjalnym była Eva Rubinstein, córka słynnego pianisty, artystka fotografii z ogromnym dorobkiem. Na tę drugą młodość analogowej fotografii odpowiadają też fotograficzne firmy, które proponują dziś aparaty natychmiastowe. Takie aparaty produkują Polaroid i Fujifilm, a amatorzy fotografii analogowej zgodni są co do jednego: obraz jest niepowtarzalny.

Podobnie jak niepowtarzalny jest dźwięk z magnetofonowych kaset czy winylowych płyt - wtórują fotografom miłośnicy analogowej muzyki. Moda na magnetofonowe kasety wraca już choćby dlatego, że są firmy zainteresowane powrotem do produkcji tego nośnika. Są już i polskie wytwórnie, które swoje produkty sprzedają głównie na Zachodzie - kasety w niewielkich nakładach pakowane są w gustowne skrzyneczki jako kolekcjonerskie obiekty. Kupują je ludzie młodzi, którzy nie mieli szansy spotkać się z nimi wcześniej - zniknęły z rynku, zanim się urodzili. Dziś traktują je niczym artefakty minionej epoki. I zgadzają się - chropowate brzmienia nadają muzyce z kaset „oldskulowy” styl. Jednak od lat najmocniejszą grupą w Polsce, wierną analogom, są kolekcjonerzy i miłośnicy płyt winylowych. Wśród pasjonatów winyli znajdziemy i znanych dziennikarzy muzycznych, jak na przykład Wojciech Mann, i zwyczajnych 40-, 50-latków, ale też - co ciekawe - całkiem młodych ludzi urodzonych w epoce wujka Google. Czarny krążek okazał się ponadczasowy. Konrad Kucz, artysta plastyk, instrumentalista i kompozytor muzyki elektronicznej, z pasji kolekcjoner gramofonowych płyt, wspomina, jak wzrastał z tym właśnie nośnikiem. - Jestem z pokolenia lat 60. Mam możliwość porównania współczesnej technologii cyfrowej z analogową i wydaje mi się, że wiem, o co chodzi w tych różnicach - mówi. O co więc chodzi? - O tajemniczy dźwięk, który trudno sprecyzować, na tym polega fenomen. Często rozmawiam ze znajomymi, czy cyfrowa technologia, która jest fascynująca, ale zawiera ten element zero-jedynkowy, może mieć wpływ na odbiór naszego mózgu? Czy musimy to przetwarzać, ten komputerowy porządek, czy te sygnały musimy konwertować na ludzkie fale i odbiór?

Wszystko mieści się w kwestiach estetyki. Przyjęliśmy kryteria komputerowe, jeśli chodzi o ocenę jakości dźwięku. Był moment, kiedy wszyscy zaczęliśmy fascynować się parametrami. Firmy za każdym razem, prezentując sprzęt, podają, że coś wzrosło. Wszystko musi wzrastać! Firmy przekonują: więcej dźwięku w dźwięku! A to wcale nie jest metoda na postęp. Stare nagrania The Beatles z lat 60. będą sto razy lepiej brzmiały na winylu. Ta muzyka uruchamia człowieka wewnętrznie. Tajemnica tkwi w proporcjach i umiarze. Dźwięk musi być przyjemny. To jest niewymierne, ale to się czuje - dźwięk z winylowej płyty jest miękki i bardziej rezonuje harmonijnie z naszym organizmem. Tu, myślę, tkwi tajemnica - tłumaczy. Chodzi o coś jeszcze innego. Dziś to komputer jest pośrednikiem w dostarczaniu muzyki. A technologia analogowa pośredników nie potrzebuje. Jest odtwarzana bezpośrednio. - Coś w tym jest, kiedy mówimy, że komputer to narzędzie bezduszne, a płyty mają duszę. W tym pośrednictwie komputerowego dźwięku coś zatracamy. Istotą wszystkich sfer naszego życia jest proporcja. To ona sprawia, że odczuwamy przyjemność - mówi Konrad Kucz.

Swojego pierwszego winyla kupił prawie 35 lat temu. Był styczeń 1981 r., kiedy otworzył płytę Klausa Schulze. - To otwieranie, wyjmowanie, wąchanie druku - to był cały majestat i święto. Szata graficzna była dopełnieniem. Dziś młodzi ludzie też zaczynają to doceniać. Kiedyś wystarczyło im MP3. Muzykę traktowali jak fast food - zjem i wydalę. Bez szacunku - mówi. Konrad Kucz dopiero po jakimś czasie słuchania winylowych płyt zwrócił uwagę, że lepiej brzmią pierwsze wydania niż ich reedycje po kilkunastu latach. Zaczął doceniać konkretne tłoczenia. - Dopiero teraz widzę różnicę między tłoczeniem francuskim, angielskim, niemieckim, portugalskim. Nie lubię współczesnych tłoczeń, są remasterowane cyfrowo i dopiero przerabiane na wersję winylową. To już wolę kupić wersję kompaktową. Najbardziej lubię tłoczenia angielskie. Są tacy, którzy uważają, że najlepsze są tłoczenia japońskie. Moim zdaniem Japończycy chyba inaczej słyszą. O tych różnicach można rozmawiać bez końca. Kiedy kupowałem te płyty wtedy, dawno temu, nie zwracało się na to uwagi - uśmiecha się. I przyznaje, że kolekcjonowanie płyt jest jak choroba. Ciężko się opanować. O wielkim powrocie płyt winylowych mówią statystyki - w 2013 r. sprzedaż płyt winylowych wzrosła w porównaniu z wcześniejszym rokiem o ponad 30 proc. Rok później - sprzedaż dobiegła do 40 proc.! Paradoksalnie, na popularność płyt winylowych wpływa też dostępność muzyki dzięki portalom takim jak Spotify, iTunes czy choćby YouTube, nie wspominając o całym mnóstwie pirackich stron, skąd bezkarnie można sobie ściągać to, co się chce.

Rację ma Konrad Kucz, mówiąc, że dawne święto i celebracja zamienia się w fast food. Powszechność i łatwość odsłuchania każdej muzyki, zrobienia zdjęcia wszędzie czymkolwiek, jak jedzenie fast foodów, sprawia, że to się nudzi, że się już przejadło. - W latach 90., kiedy zaczęliśmy zarabiać coraz więcej, zachłysnęliśmy się nowoczesnością. Teraz zaczynamy tęsknić i wracać do tego, co jest prawdziwie piękne. Wracamy do normalności - ogłasza ze śmiechem Andrzej Wernerowicz.

Tekst: Anita Czupryn (aip)

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.