
Wydaje się, iż tragiczny wypadek na lotnisku w Vancouver zmienił zasady postępowania, jakie zaczęły obowiązywać w świecie po 11 września. Wtedy policjanci dostali wolną rękę, jeżeli chodzi o środki, jakich mogą używać do zatrzymania nawet nieuzbrojonych ludzi, pod warunkiem, że nie zagraża to ich życiu (paralizatory, które działają jak małe harpuny albo pistolety pneumatyczne).
Człowiek otrzymuje ładunek o sile 50 tys. woltów w postaci dwóch rzutów albo pocisków wystrzelanych przez skompresowane powietrze z odległości około dwóch albo trzech metrów, maksymalnie zaś dziesięciu. Druciki, które są podłączone do pistoletu działają jak przewód elektryczny dla ładunku o wysokim napięciu. Paralizatory są znane jako broń używająca elektrowstrząsów, ponieważ przesyłają intensywny, silny wstrząs elektryczny. W wypadku Roberta Dziekańskiego, którego ostatnie chwile życia zostały utrwalone dzięki użytkownikowi telefonu komórkowego, ta forma „terapii elektrowstrząsami” mająca obezwładnić podejrzanego, doprowadziła do fatalnych skutków. Paralizator teoretycznie jest uważany za mniej śmiercionośny niż tradycyjna broń używana przez policję, jak rewolwer czy pistolet, jednak jego efekty są dużo bardziej zdradzieckie niż broni palnej. Z badań wynika, iż owe 50 tys. wolt nie skutkuje trwałym zniszczeniem ważnych organów i takie uderzenie nie wywołuje zatrzymania akcji serca, ani ataku serca, które mogły być przyczyną śmierci tego mężczyzny. To zostanie jednak wyjaśnione w dochodzeniu.
Dziekański nie został potraktowany jak człowiek
Szokujący jest sposób w jaki przyjeżdżający imigranci są traktowani przez urzędników i administrację w cywilizowanym kraju. Często słyszymy historie o nadużyciach na lotniskach i w więzieniach wśród narodów niespecjalnie przejmujących się prawami obywateli. Ale "to" miało miejsce w kraju, który głosi zasady i świętość praw człowieka, także poza swoimi granicami. Robert Dziekański tak naprawdę na lotnisku został potraktowany nie lepiej niż przywożone w klatce zwierzę domowe, trzymane w bezpiecznym zamknięciu bez wody i jedzenia.
Świat ogląda wstrząsające wideo pokazujące czterech uzbrojonych policjantów obezwładniających i przygniatających do ziemi mężczyznę zanim dwa razy potraktowano go paralizatorem. Przy czym okazało się, że nie był to jeden, a dwa śmiertelne ładunki. Wypadek został zarejestrowany przez świadka Paula Pricharda, który nagrał zdarzenie telefonem komórkowym. Obecnie nagranie jest dostępne m.in. na YouTube, Daily Motion i Live Leak.
Oglądając to nagranie odnosi się wrażenie, iż nie było żadnego oporu ze strony Polaka. Dziekański zdawał się cofnąć ze strachu i wzdrygnął, jak zaszczute zwierzę zaskoczone atakiem bandy wygłodniałych hien. Istotnie, jeśli był bardzo poruszony i agresywny, istniała potrzeba, by go obezwładnić, ale oglądając wideo można stwierdzić, że nie stanowił zagrożenia ani dla siebie, ani dla innych i znajdował się w „bezpiecznej okolicy”. Kto dał rozkaz, by użyć "nie śmiercionośnej" siły wobec tego człowieka i dlaczego uznano to za konieczne? Istnieje jeszcze wiele pytań bez odpowiedzi, które muszą zostać zadane w związku z tym wypadkiem. Choćby gdzie byli kontrolerzy imigracyjni, kiedy Polak przyjechał? Dlaczego jego odprawa celna i kontrola bagażu zajęły ponad 10 godzin?
Dziekański, który przyjechał do Kanady jako imigrant, na pewno musiał przejść przez bardzo długi proces selekcyjny, przeprowadzony przez kanadyjską ambasadę w Warszawie. Ten proces miał przygotować go do migracji do nowego kraju. Urzędnicy musieli być bardzo dobrze poinformowani kim jest i kiedy przyleci. Kanadyjscy kontrolerzy imigracyjni musieli mieć jego akta w ręku i wiedzieć:
a) że nie jest przestępcą ani zbiegiem,
b) że nie jest uzbrojony,
c) że nie wydaje się być niebezpieczny, przylatując na lotnisko w Vancouver.
Jest wprost niewiarygodne, by w świecie po 11 września, świecie intensywnej inwigilacji, dokładnego zbierania danych i nadzwyczajnego systemu bezpieczeństwa na lotniskach, nikt nie wiedział, że mężczyzna z obcego kraju, który nie mówi w obcym języku, przybywa z Polski po 15-godzinnym locie.
Realizowanie ograniczania czy używanie nadmiernej siły?
Dlaczego więc żaden polski tłumacz nie został wysłany na lotnisko? Jest co najmniej zastanawiające, że w kraju, który opiera się na imigrantach jako „świeżej krwi”, który posiada olbrzymi „przemysł imigracyjny”, który kieruje wielkimi publicznymi kampaniami mającymi wabić ludzi z różnych zakątków świata, by utrzymać rozwój ekonomiczny, kraju do którego przyjeżdża co roku prawie ćwierć miliona imigrantów, nie podjęto tak podstawowych kroków.
Jak doszło do tak poważnego zaniedbania? Czy administracja na lotnisku jest aż tak niekompetentna, że pracownicy nie są przygotowani do odbioru przybywających, którzy nie posługują się żadnym z oficjalnych języków w Kanadzie? Czy kanadyjskie lotniska stają się obozami uzbrojonych żołnierzy, którzy egzekwując prawo, uciekają się do stosowania paralizatora wobec każdego, kto wydaje się niebezpieczny albo zachowuje się w sposób uważany za podejrzany? Jaką wiadomość przekazuje ten wypadek potencjalnym odwiedzającym, imigrantom, inwestorom, turystom, myślącym o przyjeździe do Kanady?
Coraz więcej szczegółów wychodzi na światło dzienne. Ciekawe jest jak ministerstwo transportu, policja i minister bezpieczeństwa publicznego będą starali się usprawiedliwić ten dziwny pokaz nadużycia siły. Wszelkie próby zatuszowania, utrudniania śledztwa lub zwolnienia z odpowiedzialności wykonawców tej nieudanej interwencji najprawdopodobniej tylko pogorszą wiarygodność policji i negatywnie odbiją się na stosunkach kanadyjsko-polskich na wszystkich poziomach, również przez rozszerzenie na relacje Kanady i Brukseli. Ofiarą tej nieczystej sprawy jest przecież obywatel kraju będącego w Unii Europejskiej.
Polski rząd zaznaczył już, że postawi przed sądem odpowiedzialnych za śmierć Dziekańskiego. Możliwe, iż odnosząc się do źródeł dyplomatycznych Bruksela zbada wypadek i wpływ, jaki mogła mieć podróż przez ocean. Dochodzenie zostanie podjęte, a jego wyniki powinny zostać ujawnione. Nie ma wątpliwości, że pojawią się próby mydlenia oczu, zatuszowania sprawy za pomocą machiny biurokratycznej albo okrycia jej zmową milczenia. Pomimo tego, zostanie przeprowadzone szczegółowe śledztwo w celu ustalenia, kto wydał rozkaz użycia paralizatora.
Oczywiście funkcjonariusze, którzy przybyli na miejsce zdarzenia, byli świadomi tego, że mężczyzna był bardzo zestresowany i potencjalnie agresywny. Kto byłby rozluźniony po 10 godzinach spędzonych w areszcie na lotnisku, do którego trafił po 15-godzinnym locie? Nikt na lotnisku nie próbował skontaktować się z matką ofiary lub z polskim konsulatem w Vancouver. Nie poproszono też o tłumacza mówiącego po polsku.
Jeżeli nikogo nie pociągnie się do odpowiedzialności za ten akt policyjnej brutalności i jeśli "incydent" nie będzie przyczynkiem do zmian w postępowaniu z podejrzanymi, które określają procedury użycia środków przymusu, wówczas wszyscy - podróżujący samolotami - możemy spodziewać się częściej podobnych "klipów". Nagrań wideo ukazujących policyjne "zabawy z paralizatorem". Ścisły kodeks postępowania i ostre rygory muszą zostać wprowadzone zarówno przez instytucje rządowe, jak i inne organizacje, np. IATA, by zapobiec powtórzeniu się tragicznych wydarzeń z lotniska w Vancouver. Dla Roberta D., który marzył o rozpoczęciu lepszego życia z matką w Kanadzie krótkie doświadczenie imigranta zakończyło się tragicznie, gdy jeszcze nie zdążyło się rozpocząć.
* Tekst został opublikowany za zgodą autora. Jest skróconą wersją materiału zamieszczonego w serwisie dziennikarstwa obywatelskiego
OhmyNewsTłumaczenie: Lucyna Rozlatowska, Maciej Lewandowski
LR