O małych blaskach i dużych cieniach odpoczynku nad polskim morzem, na przykładzie moich doświadczeń i obserwacji z wakacji we Władysławowie - słów kilka.
Tak się składa, że od osiemnastu lat, rok w rok, przyjeżdżam na wakacje do Władysławowa. Przybywam nad Bałtyk z tym samym zamiarem co tysiące Polaków, mianowicie po to, by odpocząć w pięknych, morskich okolicznościach przyrody. Nie mam jednak zamiaru wychwalać w tym tekście Władysławowa jako kurortu (bo to oczywiste), lecz raczej przedstawić smutną prawdę o tym miasteczku.
Nie sposób nie zauważyć, przebywając tam w letnim sezonie, że Władysławowo jest z roku na rok coraz bardziej, dosłownie, „zadeptywane”. Ktoś pewnie powie, że nic w tym dziwnego, bo taki urok polskich kurortów. Zgoda, ale ja obserwuję to miasteczko regularnie od wielu lat i, z perspektywy czasu, z przykrością konstatuję, że tak źle jeszcze nie było.
Ta niegdyś niewielka osada rybacka, nieopodal przylądka Rozewie, czyli polskiego Nordkappu, dziś stała się mekką tłumów wczasowiczów pielgrzymujących na północ naszego kraju w poszukiwaniu słońca i błogiego odpoczynku. Ale odpoczynku bynajmniej nie od innych ludzi, bo choćby się chciało uciec, to naprawdę nie ma gdzie. Nawet w morzu podczas kąpieli warto uważać, by nie dostać łokciem w zęby, lub kolanem w żołądek.
Wymagające alternatywy
Ewentualnie można by zostać w zaciszu własnego pokoju, ale przecież nie po to płacimy słono za kwatery, żeby oglądać morze przez szybę. Zresztą, i tak trudno byłoby wytrzymać, gdy zza okna dochodzą głośne dźwięki dyskotek pomieszane z krzykami i wiązankami przekleństw nierzadko pijanych przechodniów. Pozostaje więc pójść na plażę. Tylko, że pojawia się tu znowu problem. Żeby móc rozbić obóz blisko wody, no nawet powiedzmy w drugim, trzecim rzędzie od morza, trzeba pojawić się najpóźniej o 9 rano. Potem nie ma już miejsc oprócz tych przy wydmach (a siedzenie tam to według mnie wątpliwa przyjemność).