Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

3720 miejsce

Włodzimierz Mikuć: Byłem świadkiem w procesie szesnastu

Niedawno obchodziliśmy Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych, przez komuchów nazywanych przeklętymi. O kierowanie tymi „zbrodniarzami” oskarżeni zostali przywódcy Polskiego Państwa Podziemnego, którzy szukali porozumienia z nową władzą

Proces moskiewski. / Fot. WikipediaW czerwcu 1945 roku w Moskwie przed sądem stanęli przywódcy Polskiego Państwa Podziemnego. W pokazowym tzw. procesie szesnastu zostali oni skazani za organizację podziemnych oddziałów zbrojnych Armii Krajowej, działalność terrorystyczno-dywersyjną oraz szpiegowską podziemnych oddziałów zbrojnych AK i NIE, a także przygotowania wystąpienia zbrojnego przeciwko ZSRR. Jednym ze świadków w tym procesie był Włodzimierz Mikuć, którego poprosiłem o krótką rozmowę.

Darek Szczecina: Był Pan jednym z najmłodszych partyzantów na Wileńszczyźnie. Ile Pan miał lat gdy trafił do lasu?
Włodzimierz Mikuć: Poszedłem do lasu w listopadzie 1943 roku. Miałem wtedy 16 lat. Trafiłem do 1 Wileńskiej Brygady Armii Krajowej „Juranda”. Naszym dowódcą był były oficer artylerii w Wilnie por. Czesław Grąbczewski. Brygada działała na północ od Wilna. Dowódcą mojej kompanii był Korab Żebryk, który po śmierci Juranda w czasie akcji „Ostra Brama” przejął dowództwo nad Brygadą.

Po wileńskiej operacji nastąpiło rozbrojenie i uwięzienie oddziałów AK. Jak Pan tego uniknął?
Początkowo była wersja taka, że z nas miała zostać utworzona dywizja piechoty i z Armią Czerwoną mieliśmy dalej wojować.

Ale to był tylko podstęp.
Tak. Komendant okręgu gen. „Wilk” - Aleksander Krzyżanowski został aresztowany z całym sztabem. W tym czasie partyzanci byli na koncentracji w miejscowości Miedniki Królewskie pod Wilnem. Gdy Rosjanie zaczęli nas rozbrajać podejmowano próby ucieczki. Jednak większość partyzantów została wywieziona do Kaługi i tam pracowali przy wyrębie lasu. Zostali zwolnieni w 1946 roku i mogli wrócić do domu.

Jednak Panu udało się uniknąć tego losu.
Z partyzantów, którzy uciekli z miejsca koncentracji utworzono tzw. Oddziały Samoobrony Wileńskiej AK. Ja trafiłem do oddziału por. Serbiusza Kościałkowskiego „Fakira”, który wcześniej, u „Juranda”, był zastępcą dowódcy kawalerii. W oddziale było nas około 80 partyzantów. Ja dowodziłem dwudziestką kawalerzystów. Nasz oddział działał od sierpnia 1944 roku do 24 marca 1945 roku. 4 lutego, gdy po całodziennym boju z NKWD w miejscowości Raubiszki zginął „Fakir” przejąłem po nim dowództwo oddziału. Ostatni nasz bój miał miejsce w miejscowości Ławrze koło Ośmian. Walka trwała całą noc a wioska została praktycznie cała spacyfikowana. Partyzantów wyłapanych przez NKWD na miejscu rozstrzeliwano. Ja uratowałem się tylko dlatego, że byłem dowódcą oddziału.

Był Pan więziony w Wilnie na Łukiszkach a potem w Moskwie.
W Wilnie byliśmy „białyje bandyty”. Po przewiezieniu do Moskwy zmieniło się nastawienie do nas. Byliśmy już żołnierzami Armii Krajowej. Przygotowywano nas do procesu. Mieliśmy występować w roli świadków, jako ci, co walczyli na zapleczu Armii Czerwonej.

Jak was tam traktowano?
Od momentu przyjazdu do Moskwy na Łubiance siedzieliśmy w pojedynczych celach. Warunki nie były złe. Sale były w miarę duże, około czterech metrów kwadratowych, normalne łóżko, śniadanie, obiad i kolacja. Niezbyt smaczne ale zawsze coś. Co kilka dni odwiedzała mnie pielęgniarka. Bibliotekarka przynosiła książki. Wtedy nauczyłem się rosyjskiego. Natomiast męczące były przesłuchania, które odbywały się tylko w nocy. A w dzień spać nie było wolno. Cały czas w celi paliło się światło, nie można było wkładać rąk pod koc. Przesłuchania odbywały się na zasadzie pytanie - odpowiedź. Nie było bicia i maltretowania. Ale zdarzało się, że prowadzono na przesłuchanie o 23, wchodził oficer z sąsiedniego pokoju i ze śledczym grał w szachy. A człowiek całą noc siedział na stołku i kimał. W dzień wypuszczano nas na spacer, na dachu. Ale każdy miał osobny boks. Przez cały pobyt na Łubiance nie widziałem nikogo z wyjątkiem śledczych i personelu. Nawet gdy prowadzono na przesłuchanie unikano spotkania z innymi osadzonymi.

Czy pamięta Pan sam proces przywódców Polskiego Państwa Podziemnego?
Na salę rozpraw zostałem wprowadzony dwa razy. Nie rozeznawałem się kto z nich jest sędzią, kto prokuratorem, a kto obrońcą. Raz spytano mnie o nazwisko, pseudonim, funkcję w AK i na jakim terenie działałem. Drugi raz tylko pokazano moją osobę. Żadnych pytań nie zadawano.

Wojskowy Sąd Najwyższy ZSRR skazał dowódcę Armii Krajowej na 10 lat więzienia, a wicepremiera Rządu RP Jana Jankowskiego na 8 lat. Pan też był sądzony. Ile Panu dołożyli i z jakiego tytułu?
Ja otrzymałem 8 lat tzw. „uzdrowicielski łagier” z paragrafu 58, 1a11, to jest za zdradę ojczyzny z bronią w ręku. Trafiłem na Północny Ural, gdzie pracowałem przy wyrębie lasu razem z kryminalistami. W 1950 r. nas politycznych przewieziono do Karagandy.

Dlaczego po zakończeniu wyroku nie powrócił Pan do kraju?
Nie było takiej możliwości. W marcu 1953 r. trafiłem do Akmeńska na zsyłkę. Musieliśmy meldować się na posterunku milicji. Dopiero w listopadzie powiadomiono nas, że Polacy będą odsyłani do kraju. Wróciłem pierwszym transportem. Przyjechałem na Wybrzeże, gdzie już była moja matka.

Dziękuje za rozmowę.

Zobacz przemowę generała Okulickiego na moskiewskim procesie:

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.