Facebook Google+ Twitter

Wodecki o tańcu, wstydzie i pasemkach na włosach

  • Źródło: Gazeta Krakowska
  • Data dodania: 2006-07-28 13:01

Zbigniew Wodecki: No! To niech Pani to teraz tak napisze, jak było. Całą prawdę. Katarzyna Kachel: A co będzie, jak się nie nagrało? Zbigniew Wodecki: To opowiem jeszcze raz przez telefon. Tylko skąd my wtedy tych fanów weźmiemy?

Pan umie tańczyć?
– Nie.

Nawet takie dwa na jeden?
– To umiem. No i jeszcze może tango, bo to najprostsze. Poderwałem nawet koleżankę w szkole podstawowej na tango. Niestety skończyło się tragicznie. Zastosowałem krok do tyłu i zabrakło sali…

Wylądowaliście na ścianie?
– Odbiliśmy się od niej, okulary mi się osunęły na koniec nosa i to była tragedia, cios prawdziwy. Bo wie pani, to szósta klasa była. Zabrałem się więc poważnie za skrzypce. Czasami jednak tańczę.

Pani nr 1 : – Ja przepraszam, że przeszkadzam, ale czy ja mogę zrobić sobie z Panem zdjęcie?
Zbigniew Wodecki: Ależ bardzo proszę.
Pani nr 1: – Bo ja Panu krew pobierałam w szpitalu…
Zbigniew Wodecki: Tak, tak pamiętam.

A lubi Pan szybkie czy wolne?
– Zależy, ile mam czasu.

Pani nr 2: – Czy ja mogę jedno zdjęcie? Koleżance pokażę, że z Panem…
Zbigniew Wodecki: No pewnie, niech potem gadają.

Nie bardzo można z Panem rozmawiać. Jest Pan za bardzo rozpoznawalny.
– No bo okulary mam i dużo włosów.

Niech Pan zetnie włosy. Internauci piszą: gdyby Wodecki zmienił fryz, byłby tak samo atrakcyjny.
– O, nie! Raz zmieniłem sobie fryz, a mieszkałem wtedy dwa tygodnie w hotelu Forum w Warszawie. Ceny jeszcze wtedy były przystępne dla Polaków. Koleżanka namówiła mnie, bym się ściął na krótko. Kaptur na łeb wkładałem, bo się nie mogłem na siebie patrzeć.

Tak źle było?
– Fatalnie. Dobiło mnie jednak to, że po dwóch tygodniach mieszkania w tym hotelu koledzy z recepcji kazali mi dowód pokazać, gdy poprosiłem o klucz. Wtedy sobie powiedziałem: koniec. Włosy mi się udały, nie będę się strzyc.

Nie ma Pan z nimi kłopotu?
– Straszny mam kłopot.

A ma Pan jednego fryzjera?
– Nie, czasami to sam z nimi robię. Ale jestem generalnie niezadowolony z mojej fryzury. Bo zawsze chciałem być podobny do francuskiego aktora, takiego czarnego. Nazywał się Delon (śmiech ).

No, nie wyszło za bardzo.
– Absolutnie i jak widzę swoje zdjęcia sprzed lat w telewizji to rozumiem tych, którzy mnie nie znosili z tamtego okresu. Bo ja się też nie znoszę. Ale teraz to podobno jest lepiej. Mówią, że ze mną jak z winem.

Nie kusi Pana, by zatańczyć w „Tańcu z gwiazdami”?
– Mógłbym, ale wydaje mi się, że mój taniec telewizja pokazywałaby siedem razy w tygodniu, bo byłby tak śmieszny. Ludzie by mnie w końcu znienawidzili. A poza tym ja mam wstyd taki w sobie.

Wstyd?
– Kiedyś namówili mnie koledzy, bym zrobił taki układ taneczny pod Michaela Jacksona. Przez pół roku bałem się wykonać to na scenie. Nie mogłem się przełamać, pokonać wstydu. Może to wszystko przez ten taniec, co walnąłem w ścianę?

Ale po pół roku poszło?
– Troszkę mnie poluzowało. Ale ja się tak źle z tym tańcem czuję, to dla mnie obciach jest. Bo ja jestem niezgrabny, nie mam płynności ruchu. Bo jak tu mieć? Od piątego roku życia stałem przed pulpitem i piłowałem skrzypce. Albo przy fortepianie siedziałem. Oczy sobie zepsułem, kręgosłup mam krzywy. Jak mam wykonać ruch to jakoś nie mogę się przełamać.

Znów ten wstyd?

– Bo ja to się wstydzę rzeczy normalnych. Jak sobie facet chce rzęsy czy włosy rozjaśnić to proszę bardzo, ale ja się wstydzę… i sobie nie zrobię. Toporny jestem.

Konserwatysta z Pana.
– Tak, i liftingu też sobie nie zrobię, nic nie rozjaśnię, nie przyciemnię. Choć raz zrobiłem, bo mnie Kryśka Sienkiewicz namówiła i wyglądałem jak kretyn…

Ale co Pan sobie zrobił?
– Pasemka, jaśniejsze niby. Stylista mi tak walnął, że znów musiałem chodzić z rondlem na głowie. Opór mam straszny przed takimi rzeczami.

Przeszkadza to Panu?
– Tak, ale przełamuję się. Wiem, że wszystko się zmienia i trzeba iść z duchem czasu. Jak oglądam Sopot sprzed lat, to umieram ze śmiechu patrząc na tamtejsze fryzury i kreacje.

Przyzwyczaja się Pan do rzeczy?
– Najchętniej chodziłbym w jednych spodniach i jednej koszuli. Wybrałbym taką jedną, w której mi najlepiej i spodnie najwygodniejsze, w których mógłbym jechać godzinami samochodem, a z kieszeni nie wypadałyby mi pieniądze.

To kwestia wygody?
– I przekonania, że facet powinien być jak facet, jak go matka natura stworzyła.

Pani nr 3: – Ja wiem, że to nie wypada, ale ja chciałam powiedzieć, że z tą Kwaśniewską to nie trzeba było aż tak. Jak się ktoś trochę na tańcach zna, to nie może tak spokojnie oglądać.
Zbigniew Wodecki: – Wie pani, co tancerz to inna opinia.
Pani nr 3: – Nawet piątki to ona nie powinna dostać.
Zbigniew Wodecki: – A, tu się z Panią nie zgadzam.
Pani nr 3: – Wie Pan. Trzeba mieć to coś, Pan to ma, Pan to ma talent. Ale ona?
Zbigniew Wodecki: – Pani wie, że to się nagrywa. Zaraz panią zacytujemy z nazwiska.
Pani nr 3 : – Ja się nazywam Muzyka. Ładnie, nie?
Zbigniew Wodecki: – Ładnie.

Dlaczego Pan jest zawsze miły w telewizji?
– To wynika z mojej natury. Moja mama była bardzo gościnna, ojciec też. Ktokolwiek przychodził do naszego domu, czuł się świetnie. Nie spotkała go żadna nieprzyjemność. Mój kolega mówił: u mnie w domu nikomu włos z głowy nie spadnie. Ale jak zasłuży, to gdy wyjdzie, może dostać w pysk. Ja też tak myślę. Gdy jestem gospodarzem w programie, to dbam o to, by każdy czuł się komfortowo.

Nie kusi Pana, by jakąś złośliwość powiedzieć?
– Czasem je przemycam. Kto nie wyczuje, to jego problem. A zresztą w „Tańcu z gwiazdami” to ja nie jestem fachowcem.

Da się Pana wyprowadzić z równowagi?
– Da się, bo jestem cholerykiem. Długo, długo trzymam wszystko w sobie, ale jak wybuchnę to łeb mi się trzęsie, kark sztywnieje, a uszy pulsują. Mogę wtedy wyrwać nos, odgryźć język, no tragedia. Ale trzymam nerwy na wodzy. Tego też nauczyła mnie telewizja i spotkanie z ukrytą kamerą.

Dał się Pan złapać?
– Dwa razy. Raz coś podejrzewałem, ale drugi raz to naprawdę cud, że nie wybuchnąłem i nie zacząłem bluzgać.

Co Panu zrobili?

– Billboardy duże, które wisiały w Warszawie. Byłem na nich bez… włosów. Łysy łeb po prostu. Reklamowałem niby szampon na porost włosów. Jak to zobaczyłem, zdębiałem. Na szczęście uratowała mnie pazerność. Pomyślałem, jakie mi zapłacą odszkodowanie (śmiech ).

Centuś z Pana.
– Nie, nie jestem centusiem, ale możliwość zdobycia kilkuset tysięcy odszkodowania trochę zahamowała moją wściekłość. Ale nawet teraz cały czas myślę, że tu ukryta kamera może być.

Musi Pan płacić za popularność.
– Dobrze, że się dużo zdążyłem nauczyć od Piotra Skrzyneckiego. On był bardzo rozpoznawalny, popularny i lubiany. Niczego nie udawał, nie grał. Jak szliśmy z Piotrem z Rynku Głównego do Literackiej (początek Sławkowskiej), to gdy dotarliśmy na miejsce, byliśmy pijani. Wszyscy po drodze zapraszali nas na jedną wódeczkę. Skrzynecki nikomu nie odmawiał.

Pan też nie odmawia.
– Jak miałem 9 lat, poszliśmy do restauracji z rodzicami i wujkiem księdzem. Tam zobaczyłem pierwszy raz wielkiego amanta polskiego kina Andrzeja Łapickiego. Jadł zupę. Do tego Łapickiego przy talerzu pobiegł mały chłopczyk i chciał autograf. Gdy usłyszał, że dopiero po obiedzie, spuścił głowę i odszedł. Obiecałem sobie wtedy, że jak będę znany, to nikomu nie odmówię…

Pani nr 4, Pan nr 1: – Przepraszamy, możemy sobie zrobić z Panem zdjęcie?
Zbigniew Wodecki: – No pewnie, chodźcie.

I słowa Pan dotrzymał.
– Zamówię sobie czasem jajecznicę, przyjdzie szkolna grupa, nawet 40 osób i proszą o autograf. Jajecznicę wtedy szlag trafia…(śmiech ).

Ma Pan świętą cierpliwość.
– Bo co ja będę udawał, że mnie ta popularność męczy i nie cieszy. Pracowałem na to przez całe życie, by mnie rozpoznawali i to daje satysfakcję.

Wie Pan co? Niektórzy nie wierzą, że Pan jest krakus.
– Żartuje pani. To skandal. Może myślą, że z Poznania jestem, bo tam z Laskowikiem dużo grałem.

Nie. Myślą, że z Warszawy.
– Boże, przecież ja się tu urodziłem, tu jest moja buda, tu mnie na Rynku gonili, bo nie zapłaciłem za piwo.

I Warszawa Pana nie kusi?

– Ani Warszawa, ani Ameryka. Jak jestem w Sydney, Toronto, czy w Nowym Jorku, znajdę jakieś piękne miejsce, to sobie myślę: zupełnie jak na Rynku w Krakowie. Tylko szkoda, że mnie tam nie ma.

rozmawiała katarzyna kachel

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (2):

Sortuj komentarze:

kasia
  • kasia
  • 29.12.2010 16:06

A ja znam pana Wodeckiego tylko z dobrej strony:cierpliwy,ciepły i serdeczny człowiek.Cóż czasami nawet tacy ludzie nie mają wiele czasu na rozdawanie autografów,które przeciąga się w nieskończoność.Sama nie raz nie dostałam podpisu i co z tego?Ustawiłam się w kolejce następnym razem.
Pozdrawiam serdecznie.

Komentarz został ukrytyrozwiń
  • Autor usunął profil
  • 28.07.2006 15:08

Niestety ja mam nieco odmienne wrażenia ze spotkania z p. Wodeckim. Kilka lat temu brałem udział (jako członek chóru) w koncercie gdzie m. in występował bohater powyższego wywiadu. I już nie chodzi o mnie, chociaż też chciałem od niego autograf, ale o małe dzieci, które po występie przyszły za kulisy po upragniony podpis. Pan Wodecki owszem nie odmówlił, ale powiedział żeby chilę zaczekać .Dzieci uradowane czekały pod jego garderobą. Po dłuższej chwili drzwi się otworzyly i p. Wodecki z bagażami czym prędzej udał się do wyjścia z budynku. Czekające dzieci zostały kompletnie zignorowane. Widać na wizji trzeba być miłym, ale poza już niekoniecznie. Żal tylko dzieci...

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.