Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

37138 miejsce

Wojciech Solarz: Nie chcę grać w serialach

Rozmowa z aktorem Wojciechem Solarzem, który zagrał młodego policjanta Mariana w filmie "U Pana Boga za piecem 2. Terminator"

fot. Janusz Blank/Studio 2b Przeczytałem w kilku internetowych recenzjach, że jest pan nadzieją polskiego kina i jednym z najbardziej utalentowanych aktorów młodego pokolenia. Co pan to?
— To jest na pewno bardzo miłe, ale to ciężka praca, polegająca przede wszystkim na szukaniu siebie i budowaniu siebie w tych rzeczywistościach filmowych. To poszukiwanie różnych dróg. Każda rola jest zupełnie inna. Każdy film to jest coś nowego, odmienna konwencja grania i myślenia.

Ma pan w swoim dorobku filmy fabularne, gra pan w teatrze, wystąpił pan również w kilku serialach np. „Na dobre i na złe” i „Camera Cafe”....
— Ale to były tylko epizody! Nie lubię grać w serialach. Mam mnóstwo propozycji teatralnych. Z filmowymi jest trochę gorzej, bo do nich trzeba się przebić. W Polsce jest niewielki rynek filmowy. On się wprawdzie rozwija, ale młodym ludziom po szkole aktorskiej ciężko jest gdziekolwiek zagrać. Postanowiłem, że nie będę występował w serialach. Wprawdzie dają one popularność, ale to się mija z aktorstwem.

Dlaczego?
— Gdy gra się gra w takim tasiemcu, to wszyscy kojarzą aktora tylko i wyłącznie z tą postacią. Dlatego odrzuciłem wiele tego typu propozycji. Należy zagrać w jednej produkcji, skończyć ją i rozejrzeć się za następną, a nie ciągle siedzieć w tym samym. Wydaje mi się, że to jest tak jak z rodziną. Kiedy rodzina przychodzi na spektakl, to się ciężko gra, ponieważ zna moje życie prywatne. Podobnie jest z serialem. Jeżeli jestem codziennie w domach telewidzów, to oni mnie znają na wylot. Zresztą w serialu nie można za dużo wykreować.

Dobrze się pan się czuje w rolach komediowych?
— Bardzo lubię komedie. Zawsze mi była bliższa komedia niż dramat. W dwóch dyplomowych przedstawieniach w szkole teatralnej zagrałem role komediowe. Zawsze się dobrze czułem w komedii. Zresztą w Teatrze Narodowym też gramy raczej komediodramaty. Jeszcze przed podjęciem decyzji o zdawaniu do szkoły teatralnej wyobrażałem sobie, że jak mam być aktorem, to będę aktorem komediowym.

Uwielbiał pan oglądać komedie?
— Tak, kochałem komedie np. Barei. Lubiłem oglądać wielkich aktorów polskich: Gołasa, Pokorę, Michnikowskiego, Kobuszewskiego, ale też francuskich np. Bourvilla. Gdyby postać Mariana została stworzona w latach 60-tych to byłby właśnie taki Bourvill [śmiech]. Oczywiście ja nie jestem Bourvillem i nigdy nim nie będę.

Jak pan trafił do drugiej części „U Pana Boga za piecem”?
— Pan Jacek Bromski zauważył mnie w premierowym przedstawieniu „Piaskownica” w Teatrze Narodowym, a później zwrócił na mnie uwagę w spektaklu Teatru Telewizji pt. „Tajny agent” w reżyserii Krzysztofa Zaleskiego. Potem zaprosił mnie na casting. Już po pierwszych zdjęcia próbnych dowiedziałem się, że zagram Mariana.

Jaki jest Marian?
— To jest typowy gapa, któremu nie wszystko wychodzi. Facet nie radzi sobie z wieloma rzeczami. Do szkoły policyjnej został wepchnięty przez wujka. Wszystko w jego życiu zdarza się przypadkowo. Ale pod koniec filmu Marian nie jest już gapą, tylko cwanym gapą. Wprawdzie w tej postaci nie ma jakiejś głębokiej psychologii, ale jednak Marian przechodzi pewnego rodzaju ewolucję, znajduje cel w życiu, chce zrobić coś pożytecznego.

Udaje mu się?
— Tak, ratuje miasteczko. Nawiązuje współpracę z miejscowym gangsterem, Bocianem. Razem przez przypadek rozszyfrowują całą przestępczą szajkę. Marian zostaje bohaterem i żeni się córką komendanta.

Odnalazł się pan w podlaskim, kresowym klimacie tego filmu?
— Klimat jest wspaniały! Pan Jacek ma nieprawdopodobną łatwość w tworzeniu tego rodzaju atmosfery. Ten świat został już przepięknie stworzony w pierwszej części. To idealne miejsce, w którym panuje boski porządek zostało przedstawione w śmieszny sposób. Wszystkie obce rzeczy, przychodzące z zewnątrz są niepożądane.

Jakie wątki są według pana najlepsze?
— Relacje między księdzem a komendantem zostały świetnie rozegrane. To jest kontynuacja świata znanego z pierwszego filmu, są ci sami bohaterowie: komendant, ksiądz, burmistrz. Oczywiście nie mogło zabraknąć Witka z Marusią, którzy mają już czwórkę dzieci. Scenariusz jest naprawdę świetny. Chodzi o to, aby go nie zepsuć i postarać się odczytać go z wdziękiem.

Kto na planie pomagał panu najbardziej?
— Zagrałem wiele scen z Andrzejem Zaborskim, komendantem. On jest wspaniałym aktorem. Bardzo się zaprzyjaźniliśmy. Dużo mi pomógł.

Czy zasugerował pan jakieś zmiany w scenariuszu, wniósł coś od siebie do swojej postaci?
— Bardzo często coś zmienialiśmy, improwizowaliśmy. Oczywiście nie dodawaliśmy nowych scen. Chociaż zdarzyło się, że reżyser wstawił parę ujęć z moim udziałem. Np. sytuację, w której Marianowi ciągle coś się przydarza, kiedy biegnie do pracy pod górkę. Gdy zostaje trochę czasu po zdjęciach, to dokręcamy niepozbierane ranne wybiegi Mariana do pracy.

Cechą charakterystyczną Podlasia, jak i tego filmu jest język. Czy zdarzyło się już panu „zaciągać” po białostocku?
— Marian pod koniec filmu w scenie z matką będzie „zaciągać”. Prywatnie też starałem się wczuć w ten klimat. Między ujęciami często się łapaliśmy na tym, że mówimy do siebie po białostocku.

Dostał pan ostatnio jakieś propozycje? W jakich filmach będzie można pana zobaczyć?
— Biorę udział w kilku castingach do różnych ciekawych produkcji. Na razie nie chcę nic mówić, ale mam kilka propozycji. Ale jeszcze nawet scenariuszy nie czytałem. Pod koniec października w Teatrze Narodowym wystąpię w sztuce Martina McDonagha wyreżyserowanej przez Agnieszkę Glińską. Jeśli chodzi o role filmowe, to nigdy nic nie wiadomo. Często dowiaduję się, że już wkrótce mam zagrać. Za jakiś czas okazuje się, że jednak za 1,5 roku, a później już się nie odzywają. To jest taki wirtualny świat.

Jakich ról nie chciałby pan zagrać?
— Ról nieciekawych, które nie mają nic do załatwienia np. serialowych, bo to jest tylko jakaś kalka z życia. Wszystko jedno czy jest to komedia, tragedia czy dramat psychologiczny. Chciałbym grać role, które mogą mi coś dać, jak również przełamać jakieś bariery, blokady wewnętrzne. One powinny pomóc mi zrozumieć bohatera, a przez to i siebie.

Czym jest dla pana aktorstwo?
— Cały czas się dowiaduję czym ono jest. Grając różne postaci mogę się dużo dowiedzieć o sobie, ponieważ poznaję różne światy i problemy. Aktorstwo na pewno jest wspaniałym lotem, przygodą i piękną podróżą do poznania o co w tym wszystkim chodzi [śmiech].

Rozmawiał Janusz Paliwoda, fot. fot. Janusz Blank/Studio 2b

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.