Facebook Google+ Twitter

Wrocławska kuchnia charytatywna - pomoc nie tylko dla bezdomnych

Od 1999 roku przy klasztorze oo. Franciszkanów we Wrocławiu działa kuchnia charytatywna. Z jej pomocy korzystają nie tylko ludzie bezdomni.

O 11.30 przed wejściem do kuchni był już spory tłum potrzebujących. / Fot. Emi SobońDochodzi 11, wrocławskie styczniowe przedpołudnie wita nas lekkim mrozem i kołderką śniegu. Przed klasztorem oo. Franciszkanów przy ul. Kasprowicza gromadzą się ludzie. Starsi, młodsi, rodziny z dziećmi. Zmęczone twarze, znoszone ubrania, matowe oczy. Mimo ciężkich historii niemal wypisanych na twarzach tych ludzi czasami rozświetla je uśmiech. To na widok przychodzących znajomych, którzy, jak można zaobserwować, są sobie bliscy. Tworzą się nieformalne grupki, ludzie opowiadają o problemach, minionym dniu, podpowiadają, gdzie można dostać żywność. To miejsce ich spotkań, dzielenia swej doli i niedoli. Dla wielu z nich to jedyna okazja w ciągu dnia, by porozmawiać z drugim człowiekiem.

Po pół godzinie przed wejściem do kuchni zgromadził się już spory tłum. Około 400 osób. O 11.30 rozpoczyna się wydawanie posiłków. Przybyłych wita br. Rafał Gorzołka - dyrektor kuchni charytatywnej od 7 lat. Młody, sympatyczny, 34-letni franciszkanin z chęcią opowiada o swoim powołaniu. Ludzie serdecznie go witają, większość z nich zna po imieniu, potrafi opowiedzieć historię ich życia. - To stali bywalcy od lat, choć każdego roku dochodzi wielu nowych. Staramy się pomagać mądrze - mówi br. Rafał - nie uzależniać od pomocy.

Niestety, im dłużej człowiek trwa w bezdomności, tym trudniej mu pomóc. Wielu z nich Brat Rafał Gorzołka czuwa nad smakiem i pożywnością wydawanych posiłków. / Fot. Emi Sobońpogodziło się ze swoim losem, przychodzą regularnie, dbają o okoliczny teren, chętnie odśnieżają, czy pomagają przy innych pracach porządkowych. Traktują to miejsce jak swój dom, którego nie mają. Azyl, do którego wracają każdego dnia na tę godzinkę, półtorej.

Rozpoczyna się wydawanie posiłków. Brat Rafał i pomocnicy nalewają zupę, wydają chleb i słodkie bułki. Ludzie spokojnie stoją w kolejce, nikt się nie przepycha, nie krzyczy, wręcz pomagają sobie, gdy komuś spadnie przykrywka od pojemnika czy brakuje ręki do schowania chleba. Ludzie wymieniają pozdrowienia, uśmiechy. Od razu widać, kto jest nowy: patrzy przestraszony, ze wstydem, iż znalazł się w takim miejscu. Ucieka wzrokiem, chowa się za plecami innych, gdy wyciągam aparat.

Zapach zupy jarzynowej miesza się z gwarem rozmów. Wydawanie posiłków idzie bardzo sprawnie, brat Rafał ze szczególną chęcią rozmawia z dziećmi. Wiele jest takich rodzin, gdzie nie wystarcza na podstawowe potrzeby, a cóż dopiero na słodkości dla maluchów. Dzieci chętnie sięgają po słodką bułkę, radośnie się uśmiechając. - Matki zawsze biorą posiłki na wynos - tłumaczy brat Rafał. - To bardzo ważne, by rodzina zjadła posiłek w domu, razem, wzmacniając więzy rodzinne.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (1):

Sortuj komentarze:

Jak to dobrze, że na tym świecie są jeszcze tacy ludzie, którzy potrafią się dzielić z innymi tym co mają i nie jest im obojętny los bliźniego. Przeczytałem z przyjemnością. /5/ pozdrawiam.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.