Facebook Google+ Twitter

"Wskakujesz na rower, wiatr we włosy i ciach"

– Myślę, że realne jest, żeby za 10 - 15 lat 10 proc. ludzi we Wrocławiu poruszało się na rowerach - mówi Daniel Chojnacki.

Daniel Chojnacki, wrocławski oficer rowerowy. / Fot. Daniel ChojnackiNa stanowisku oficera rowerowego nie znalazłeś się przez przypadek, już od dawna masz wiele wspólnego z rowerami. Między innymi należysz do Wrocławskiej Inicjatywy Rowerowej. Mógłbyś coś więcej na jej temat powiedzieć?
- Tak jestem jej współzałożycielem. Powstała w miejsce luki po Koalicji Rowerowy Wrocław, która troszeczkę nam przestała funkcjonować. Założyliśmy tę organizację, ponieważ taka potrzeba jest we Wrocławiu. W jej ramach kontynuujemy naszą wcześniejszą działalność. Opiniujemy projekty infrastruktury rowerowej – trafiają one do nas, rowerzystów - powiedzmy że specjalistów w tej dziedzinie, ponieważ codziennie jeździmy na rowerach po Wrocławiu - my wyrażamy swoją opinię, bardzo często krytyczną. Z różnym skutkiem – czasem te uwagi są brane pod uwagę, czasem nie. Wrocławska Inicjatywa Rowerowa zajmuje się również na wiele sposobów promocją ruchu rowerowego – organizowaliśmy dzień bez samochodu, ostatnio w Rynku wystawę zdjęć, na których są postaci wrocławskich rowerzystów. Podsumowując – nasze działania to z jednej strony nadzór techniczny nad powstającymi inwestycjami w mieście, z drugiej pewien rodzaj promocji ruchu rowerowego. Tak naprawdę promujemy go codziennie, jeżdżąc na naszych rowerach.

Czyli w dalszym ciągu rower jest Twoim głównym środkiem transportu?
- Oczywiście, nie mógłbym przestać na nim jeździć. To był jeden z głównych wymogów do objęcia tego stanowiska - trzeba wiedzieć, o co chodzi, czyli jeździć na rowerze. Koleżanki i koledzy z pracy śmieją się czasem, że przecież jest zima i z niedowierzaniem pytają: „Znowu na rowerze pan przyjechał?”. No, na rowerze, bo jakżeby inaczej.

A z której części Wrocławia dojeżdżasz do centrum?
- Teraz mam bardzo złożoną sytuację, bo mieszkam w Legnicy. Przyjeżdżamy stamtąd w cztery osoby, które pracują we Wrocławiu. Dojeżdżamy bardzo szybko autostradą, w pół godziny. A gdy we Wrocławiu zaczyna się korek, ja wyjmuję swój składany rower z bagażnika, zostawiam znajomych i jadę dalej sam. Jestem po 15-20 minutach w pracy, a oni przebijają się 40 minut, żeby dojechać w okolice centrum. Tak więc na razie dojeżdżam z południa, można powiedzieć, że z ul. Powstańców Śląskich. Jednak w czasach studenckich mieszkałem chyba w dziesięciu różnych miejscach. I na północy, i na południu, i na zachodzie. Na wschodzie nie za bardzo, ale tam też jeździliśmy - na Krakowską, pętlę na Księże Małe - więc te tereny też całkiem nieźle znam. W zasadzie cały Wrocław mam na rowerze zjechany, więc wiem, co i gdzie można zrobić, czego brakuje. Jednak Wrocław to duże miasto i stąd konsultacje z rowerzystami z różnych rejonów uważam za niezmiernie cenne.

Przed swoim wyjazdem do Irlandii, około półtora roku temu, pracowałeś w Biurze Rozwoju Wrocławia. Czym się tam zajmowałeś?
- Praca w Biurze Rozwoju Wrocławia była możliwa dzięki wspólnej akcji rowerzystów i Biura oraz dzięki mojemu dyplomowi – opracowałem koncepcję tras rowerowych dla Jeleniej Góry, z której pochodzę. Wspólnie zorganizowaliśmy specjalne posiedzenie rady miejskiej poświęcone rozwoju ruchu rowerowego w Jeleniej Górze oraz prezentację mojego dyplomu. Pracownicy Biura Rozwoju, obecni na tym posiedzeniu, docenili wtedy moje zainteresowania i stworzyli mi możliwość pracy w Biurze. Moim głównym obowiązkiem były sprawy dotyczące rowerów choć również dostawałem inne zadania. To był pewien zaczątek tego, co robię teraz. Biuro Rozwoju Wrocławia jest miejscem, w którym powinna być osoba opiniująca tematy dotyczące rowerów – teraz robię to ja. Współpracujemy z Biurem, żeby mieć jakiś wpływ na plany zagospodarowania – dialog jest bardzo dobry. Rzeczy, które oni planują, mogą zostać zrealizowane za 5, 6 lub 10 lat. Jeżeli coś zostanie zaplanowane i zapisane, to już się tego nie obejdzie. Aktualnie powstaje kilka interesujących planów, jeżeli zostaną zatwierdzone w formie pro rowerowej, to za 5 lat możemy się doczekać ciekawych rozwiązań. A jeżeli na tym etapie coś zostanie zaprzepaszczone, to raczej tego nigdy nie będzie, bo działka zostanie sprzedana i inwestor postawi na niej to, co będzie chciał.

A co z Twoim projektem opracowanym dla Jeleniej Góry – został wykorzystany?
- Jak to się często zdarza, leży na razie na półce. Na pewno trzeba zorganizować środki zewnętrzne, wynająć kogoś albo zatrudnić w urzędzie dodatkową osobę, która by się tym zajęła. Jelenia Góra miałaby ogromne szanse na pozyskanie funduszy, ponieważ jest miastem turystyczno-rekreacyjnym. Na razie jednak nie podjęto żadnych działań.

Pracowałeś w Biurze Rozwoju Wrocławia, robiłeś to, co lubisz, miałeś szansę pomóc rowerzystom - skąd w takim razie pomysł wyjazdu do Irlandii?
- W Irlandii goniłem swoją miłość, serce mnie tam pociągnęło. Nie chciałem się rozstawać z Wrocławiem z racji tego, że byłem mocno zaangażowany w sprawy rowerowe, wreszcie czułem, że coś mogę robić w Biurze Rozwoju. Ale jednak miłość wygrała, więc wyjechałem. Liczyłem się z najgorszym, ale wiedziałem, że będę pracował w zawodzie – skończyłem drogi i lotniska na Politechnice Wrocławskiej. Nie obawiałem się zmywaka, ale tego, że mogę wylądować przy projektowaniu jakichś autostrad, co w ogóle mnie nie interesuje. Pojechałem w ciemno. Tam tak naprawdę po raz pierwszy zostało docenione to, że mam spore doświadczenie w temacie rowerowym. Dostałem dwie oferty pracy, obydwie w rowerach. Pewna prywatna firma zaproponowała mi, żebym został ich technicznym doradcą rowerowym. Na polskie warunki jest to mało możliwe, żeby w prywatnej firmie drogowej zatrudnili specjalistę rowerowego – tam taka możliwość była. Druga opcja , którą wybrałem, dotyczyła Urzędu Miasta. Tak naprawdę sam się tam zgłosiłem, spotkałem z odpowiednimi ludźmi i pomimo tego, ze mój angielski nie jest idealny, to chyba oczarowałem ich swoją osobą i poziomem wiedzy, bo od razu zaproponowali mi pracę. Pracowałem tam rok na takim samym stanowisku jak tutaj.

Były efekty?
- Były. Gdy po roku powiedziałem im, że wyjeżdżam, bo tu pojawiła się szansa, że powstanie takie samo stanowisko – a wiedziałem, że mogę mieć spore szanse ze względu na doświadczenie - bardzo chcieli, żebym został. Zostawiłem im spis rzeczy co gdzie, co jest zakończone, co idzie w jakim kierunku. Szef był zszokowany, bo chyba w całej historii miasta nie zostało tyle zrobione w sprawie rowerów, co przez ten rok. Cały czas czekam na zdjęcia, mam nadzieję, że mi je wyślą, kilku zaprojektowanych przeze mnie rozwiązań rowerowych w terenie. Tam jest troszeczkę inne prawo, więc oni to tylko wysłali do firmy zewnętrznej i projekty zostaną zrobione. Pomimo tego, że nie mam uprawnień i jestem człowiekiem młodym, rowerzystą, mam szansę swoich realizacji w Irlandii.

We Wrocławiu chcesz działać na podobnych zasadach co w Irlandii, czy stworzyć coś zupełnie nowego?
- Trudno powiedzieć. Przede wszystkim specyfika miasta jest zupełnie inna – Wrocław ma dużo większe szanse niż Cork, w którym pracowałem, na bycie miastem rowerowym. Na pewno w pewien sposób odnoszę się do tego, co było tam, ale tu są zupełnie inne uwarunkowania, inaczej się pracuje, inne są moje plany. Wrocław jest miastem, w którym potencjał rowerowy jest potężny, ale nie wykorzystany jeszcze, moim zdaniem, nawet w jednej czwartej. Pojawiło się mnóstwo rzeczy, które należy zrobić, próbuję to teraz jakoś rozsądnie rozplanować, ustalić jakąś sensowną hierarchię, aby to wszystko dało jak najlepszy efekt, czyli jak najwięcej rowerzystów na ulicach. Nie jest to proste, zwłaszcza że sekcja jest na razie jednoosobowa, a ilość tematów porażająca. Osiem godzin dziennie to jednak mało i już czuję, że brak mi czasu na realizację wszystkich pomysłów.

Jakie są konkretne plany dla Wrocławia?
- Na razie możemy niestety mówić jedynie o pomysłach z racji tego, że dopiero półtora miesiąca pracuję we Wrocławiu. Pierwszym pomysłem, który nie jest mój, ale prezydentów, a który uważam za bardzo fajny, kreatywny i cenny dla Wrocławia, jest system wypożyczalni rowerowych. Takich systemów jest już ponad 140 w całej Europie – coraz więcej miast go posiada i teraz zapadła decyzja, że Wrocław też chce mieć taki system. Jeszcze nie byłem pracownikiem, gdy dowiedziałem się, że taki projekt jest w planach. To rzecz złożona, ponieważ zawiera w sobie wiele różnych aspektów – system informatyczny, jak te rowery będą działać, jak je zabezpieczyć, żeby nie były kradzione, dowóz rowerów, kampania promocyjna. Wszystkie te sprawy są w ramach moich, czyli koordynatora tego projektu, obowiązków, a to naprawdę ogrom prac. Jest to projekt, który służy w większości nie rowerzystom, tylko ludziom, którzy dopiero na rowery wsiądą. Aby nie było, że dzieje się coś tylko dla nie-rowerzystów, pojawił się szereg planów, co zrobić z istniejącymi udogodnieniami, jak je ulepszyć. Między innymi ustalamy teraz, gdzie są najbardziej potrzebne nowe drogi rowerowe lub remonty już istniejących. Planuję również szkieletowe przejazdy przez centrum, korytarze północ-południe i wschód-zachód. Zastanawiamy się, jakie dokładnie rozwiązania tam wprowadzić. Jest też projekt - mam nadzieję, że powstanie już w tym roku – Bike & Ride. Instalujemy na pętlach tramwajowych i autobusowych oraz na ważnych, strategicznych przystankach parkingi rowerowe, oczywiście w promowanej przez nas formie odwróconego betonowego „U”, do którego przypiąć można i koło, i ramę. Będziemy je zadaszać, żeby ktoś, dojeżdżając np. na plac Kromera, mógł sobie rower spokojnie tam zostawić – będzie on oświetlony, w widocznym miejscu – i wsiąść w tramwaj, pojechać do pracy, wrócić i ponownie wsiąść na rower, żeby wrócić do domu. Taki system komunikacji, który sam zresztą już teraz stosuję, jest po prostu najszybszy. Planujemy kilkanaście takich parkingów na węzłach komunikacyjnych. Startuje też projekt parkingów w centrum, one też raczej powstaną w tym roku. Myślimy również o specjalnym oznakowaniu tras rowerowych dla Wrocławia – jest to jednak na razie sprawa odległa. To tylko kilka największych projektów, oczywiście jest ich dużo więcej. Dodatkowo dochodzi bieżące monitorowanie inwestycji drogowych i zmieniania zaproponowanych rozwiązań na bardziej przyjazne pieszym i rowerzystom. Częstotliwość jest duża bo średnio co cztery dni wypuszczam jakiś projekt.

Jak oceniasz, kiedy jest realne powstanie tej sieci wypożyczalni?
- Mieliśmy założenie, żeby to zrobić w tym roku, ale jest to bardzo duży projekt, który musi być dobrze przygotowany, aby działał poprawnie. W związku z tym liczę, że pojawią się one jednak dopiero w przyszłym roku, najprawdopodobniej na wiosnę.

24 stycznia odbyło się spotkanie rowerzystów z urzędnikami, oczywiście Ty też byłeś na nim obecny. Jakie tematy zostały na nim poruszone, czy coś uzgodniono?
- Szczerze mówiąc obawiałem się trochę tego spotkania. Stosunki między rowerzystami a miastem są bowiem bardzo napięte ze względu na liczbę punktów spornych. Ja zaś z jednej strony jestem twarzą urzędu wśród rowerzystów, a z drugiej twarzą rowerzystów w urzędzie. Na spotkaniu obawiałem się po prostu dużego konfliktu, który będę musiał łagodzić, a momentami trudne byłoby opowiedzenie się po którejś ze stron – dla tych pracuję, tamtych zaś czuję. Moje obawy się na szczęście na tym pierwszym spotkaniu nie sprawdziły. Ustaliliśmy parę fajnych rzeczy, kierunki działań. Na następnym spotkaniu, które odbędzie się już niedługo, chcemy porozmawiać bardziej ogólnie o kierunku, w którym Wrocław teraz idzie, czyli jak to widzimy za kilka lat. Może pokusimy się o stworzenie strategii rozwoju ruchu rowerowego. Myślę, że takie spotkania są bardzo potrzebne i mogą przynieść pozytywne efekty. Na pierwszym spotkaniu ustaleń prawie żadnych nie było, padł tylko kilka deklaracji. Wydaje mi się, że jest to jakiś nowy etap współpracy urząd – rowerzyści. Tego na razie się trzymamy.

A jak Ty widzisz Wrocław za kilka lat?
- Za 15-20 lat to może być spokojnie drugi Amsterdam. Po półtora roku nieobecności we Wrocławiu widzę ogromną różnicę w podejściu władz miasta do tematu. Rower nie jest już traktowany jako środek lokomocji dla biednych, powoli zaczynamy nabierać do niego respektu. Teraz wszystko mierzy się do Euro, więc – do Euro, czyli 2012 roku, zmieni się sporo. Będą działały wypożyczalnie. Da to około 1000 rowerów, jeżeli zamknie się na jednym etapie. Jeżeli każdy rower będzie wypożyczany połowę tego, co we Francji, czyli siedem razy, to daje 7000 rowerów więcej w skali dnia. Będzie więc automatycznie większa potrzeba inwestowania w infrastrukturę – według mnie wypożyczalnie mogą się okazać motorem napędowym innych inwestycji. Jeżeli nam wypali projekt organizacji jakichś funduszy zewnętrznych, wpadną dodatkowe pieniądze na inwestowanie tylko i wyłącznie w infrastrukturę. W ciągu tych pięciu lat mogą powstać kładki pod niektórymi mostami, liczne (multum) parkingi w centrum, nowe drogi rowerowe. Myślę, że realne jest, żeby za 10 - 15 lat 10 proc. ludzi we Wrocławiu poruszało się na rowerach.

Wspomniałeś o funduszach zewnętrznych. Łatwo jest dostać np. z Unii Europejskiej pieniądze na projekty rowerowe?
- Specjalistą w tej dziedzinie nie jestem, ale wydaje mi się, że bardzo łatwo. Sam rozwój dróg rowerowych wpisuje się w wiele programów – jest to odciążanie ruchu drogowego, działanie na rzecz ochrony środowiska i poprawy zdrowia mieszkańców. Tym jednak na pewno nie ja będę się zajmował, ponieważ, jak mówiłem, nie jestem specjalistą. Skoro Gdańsk dostał pieniądze ze Stanów, to myślę, że Wrocław ma również duże szanse

Na zakończenie jeszcze jedno pytanie - skąd się wzięła Twoja miłość do rowerów?
- Już w Jeleniej Górze, gdzie są bardzo ładne tereny, sporo jeździłem, ale głównie rekreacyjnie. We Wrocławiu natomiast rower jest po prostu najlepszym środkiem transportu – najszybszym, dającym pełną niezależność. Rower zdecydowanie i pod każdym względem wygrywa z komunikacją miejską oraz jazdą prywatnym samochodem. Znajomi stoją i czekają na przystanku, a ty wskakujesz na rower, wiatr we włosy i ciach, nie ma cię. Tak naprawdę to tutaj pojawiła się ta miłość, w czasie studiów. Z drugiej strony rower doskonale wpisał się w moje studia – studiowałem drogi, które nie za bardzo chciałem projektować. Wtedy właśnie stwierdziłem, że to jest to. A do pracy chodzę z uśmiechem na ustach. Znaczy – nie chodzę, tylko przyjeżdżam. Moja miłość do rowerów może się również wiązać z tym, że spędziłem około pół roku w Holandii, gdzie nabierałem przekonania jak powinno to wyglądać. Jak na przykład kobieta wiezie piątkę dzieci na jednym rowerze, bo krzesełka można mieć po prostu wszędzie – jedno przed kierownicą, dwa na ramie i dwa z tyłu, na bagażniku. Skutkuje to inną atmosferą międzyludzką – ludzie mijają się w drodze do pracy na rowerach, zatrzymują się, chwilę rozmawiają i jadą dalej. To coś, co nie istnieje gdy prowadzimy samochód, a nawet stoimy w korku.

Dziękuję za rozmowę i, jako wrocławska rowerzystka, z całego serca życzę Ci powodzenia.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (4):

Sortuj komentarze:

+ za artykuł oraz opisywaną działalność

oraz życzenia wprowadzenia pomysłów w życie bo może wtedy inne miasta skorzystają z doświadczeń Wrocławia...

Komentarz został ukrytyrozwiń

+ za temat. W wielu europejskich miastach na rowerach jeździ nie tylko młodzież. U nas wiele osób też by jeździło, gdyby to było bezpieczne.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Nieobiektywnie (jestem wrocławski rowerzystą) daję plusa :-).
Bardzo cieszę się na pomysł parkingów rowerowych. Do pętli, z której mogę dojechać w każde miejsce miasta, mam piechotą 15 - 20 minut. Rower skraca to do 5.

Komentarz został ukrytyrozwiń

jako zapalony rowerzysta daję plus za ciekawy wywiad :)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.