Facebook Google+ Twitter

Wspomnienia rodem z biblioteki

Kilka tygodni temu pożegnałam się z kartą biblioteczną. Już teraz czuję, że będzie mi brakować ciasnych kolejek, krzywo wydrukowanych rewersów i rozlatujących się woluminów.

Jako uczennica nigdy nie musiałam korzystać z bibliotek ani czytelni. Miałam szczęście urodzić się w domu pełnym książek, które niemal całkowicie pokrywały moje zapotrzebowanie na szkolne i osobiste lektury. Nie znaczy to oczywiście, że nie chodziłam w ogóle do bibliotek: robiłam to przez długi czas regularnie, głównie w celu zdobycia komiksów, kupowaniu których rodzice zawsze byli nieco przeciwni. Dużo zmieniły w tej kwestii studia: spośród setek obowiązujących mnie lektur tylko niektóre miałam szansę odnaleźć wśród domowej kolekcji. Wtedy w moim życiu pojawiły się biblioteki i czytelnie.

Na pierwszym roku zostaliśmy zaprowadzeni do Biblioteki Jagiellońskiej. Zajęcia te były dla mnie przede wszystkim rozczarowaniem. Znałam budynek biblioteki z zewnątrz. Wielki gmach budził nadzieje: liczyłam, że w jego wnętrzu znajdę sięgające sufitu półki, wypełnione mniej lub bardziej opasłymi tomami. Dziś śmieję się ze swojej naiwności, ale wtedy szok był potężny: podczas tej pierwszej wizyty w słynnym "BeJocie" nie zobaczyłam ani jednej półki z książkami, zaś klimat gmachu przypominał mi raczej ten z sali odpraw lotniczych, niż atmosferę wszech panującego czytelnictwa.

 / Fot. U.A.Marczewska Obraziłam się wtedy na Bibliotekę Jagiellońską i postanowiłam korzystać z niej tylko w przypadku absolutnej konieczności. Zaszyłam się w bibliotece wydziałowej: starej, ciasnej, której wyposażenie stanowiły w dużej mierze książki i podręczniki z listy lektur. Obowiązywał tu nieco drakoński regulamin, przewidujący wypożyczenie trzech książek na okres dwóch tygodni, bez możliwości prolongaty. Karą za opóźnienia nie była sankcja finansowa, tylko blokada konta. Warunki surowe, ale szybko przystosowałam się do raz ustalonych reguł. Wolałam to od zimnych pomieszczeń głównej biblioteki uniwersytetu.

Biblioteka wydziałowa była miejscem dla wytrwałych. Pomiędzy kolejnymi zajęciami panował tu istny rwetes: katalogowe szuflady w niewłaściwych miejscach, no i te brakujące, nad którymi przy którymś z ustawionych w ciasnym pomieszczeniu stołów studenci przepisywali sygnatury. Co chwila słyszane "przepraszam", bo wszyscy nieustannie na siebie wpadali, usiłując dotrzeć do potrzebnej szuflady. Potem, już z wypełnionym rewersem, stawało się w kolejce. Bo w bibliotece wydziałowej nie było mowy o spacerach pomiędzy półkami książek. Kolejka ustawiała się pod okienkiem, w którym pani bibliotekarka (a w ostatnich latach czasami też pan bibliotekarz) siedziała na tle setek ustawionych zgodnie z jakimś kluczem książek. Mimo sporego zazwyczaj tłoku, każdy potencjalny czytelnik był sprawdzany: kontrolowano, ile książek ma wypożyczonych i czy aby na pewno ma prawo do tej jeszcze jednej; sprawdzano również to, kiedy oddawane pozycje były wypożyczone i czy termin oddania nie minął już dawno temu. Oczywiście na wiele wykroczeń patrzono przez palce, o ile nie chodziło o wielomiesięczne opóźnienia.

Osobnym rozdziałem były wypożyczane książki. Zdecydowaną większość z nich stanowiły stare wydania, na co wskazywał nie tylko gorszy papier i data. Naderwane kartki, rozklejająca się okładka oraz komentarze studentów, zapisywane na marginesach. Tylko nieliczne spośród nich miały charakter merytoryczny, podsumowujący wobec omawianego na danej stronie materiału. Zapiski te były zazwyczaj świadectwem znudzenia czytelników: kąśliwe uwagi, dopisane do wiersza wersy czy pisemne odliczanie stron pozostających do końca lektury. Te komentarze czytało się na równi z właściwym tekstem. Niekiedy były to całe dialogi, toczące się zapewne przez całe lata, a może i pokolenia czytelników. I choć zawsze wierzyłam we wpajaną mi od dzieciństwa prawdę pod tytułem "nie wolno niszczyć książek", rozgrzeszałam studentów, dokumentujących przez dziesiątki lat swoją lekturę pozycji wypożyczonych w wydziałowej bibliotece.

Kilka tygodni temu pożegnałam się z kartą biblioteczną. Z książkami się nie rozstaję: mam ich dużo w swoim domu, z upływem lat coraz więcej. Na pewno też nie wykreśliłam ze swojego życia bibliotek: będzie ich zapewne wiele, w różnych miastach a może i krajach. Ale już teraz czuję, że będzie mi brakować ciasnych kolejek, krzywo wydrukowanych rewersów i rozlatujących się woluminów rodem z wydziałowej biblioteki.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (15):

Sortuj komentarze:

Za miłość do książek +

Komentarz został ukrytyrozwiń

Strasznie mi się podoba, to co Ulu napisałaś. Świetne. Plus oczywiście ;)

Komentarz został ukrytyrozwiń
  • Autor usunął profil
  • 14.07.2008 14:17

Brawo za tekst. Odchodzący świat bibliotek.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Iwona, ja teź czytam w domu i w autobusach. Ale książki, których potrzebuję, muszę skądś wziąć, nie?:)

Komentarz został ukrytyrozwiń

a ja nie znosze zadnych bibliotek. czytam w domu lub w autobusach. a biblioteki doprowadzaja mnie do szalu, bo nigdy nie ma w nich niczego co ja bym chciala zeby bylo. przynajmniej w tych osiedlowych, mniejszych. bo takich uczelnianych to ja jescze nie zaliczalam.

Komentarz został ukrytyrozwiń

ciekawy artykuł;-)+

Komentarz został ukrytyrozwiń

Ja podziwiam tych, którzy potrafią czytać na stojąco wisząc na jednej ręce

Komentarz został ukrytyrozwiń

Agata ja na początku nie mogłam się skupić w komunikacji miejskiej, a teraz nie potrafię czytać bez tego ludzkiego szumu ;)

Komentarz został ukrytyrozwiń
  • Autor usunął profil
  • 07.07.2008 21:32

(+) Dobry, realistyczny, obrazowy opis.

Komentarz został ukrytyrozwiń

oj coś o tym wiem droga Klaro...
Never again :P

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.