Facebook Google+ Twitter

Wspomnienie drogi z Krakowa do Mławy

Zdarzają się, lubo z rzadka, historie niczym ze „Wspomnienia z Maripozy”, świadczące o tym, że literatura krąży głęboko w naszym krwiobiegu. Bywa, że są to niezwykle pouczające zdarzenia, więc warto się takim doświadczeniem podzielić.

Tory kolejowe między Krakowem a Mławą / Fot. Adrianna Adamek-Świechowska W pociągu wyjeżdżającym z Krakowa moim przypadkowym towarzyszem podróży był robotnik, który przyznawał się do częstego kursowania między miejscem swej pracy w Niepołomicach pod Krakowem a domem w Mławie. Po wybudzeniu z drzemki, znudzony kilkugodzinnym siedzeniem bez zajęcia, ożywiony być może kawą serwowaną przez miłą dziewczynę z Warsu, postanowił wypełnić sobie czas rozmową ze mną, nie bacząc na moje zatopienie w lekturze. Ciekawiły go różne widoki za oknem, a to pytał, czemu płotem jest ogrodzony las, a to czy widać dziury w nasypie i skąd się moim zdaniem wzięły, a to dlaczego tu i ówdzie trafiają się jakieś przebudowy, czemu samochody parkują tam, gdzie stoją, a to, jakie wydarzenia miały miejsce w tych miejscach w czasie wojny. Wspominał czasem swego wnuka, z czego można było sądzić, że łączy go z nim szczególna więź, bo badał też moje rozeznanie w sprawach, jakie interesują nastoletnich chłopców, a najwyraźniej pasjonujących i dla niego, jak drużyny sportowe, ich osiągnięcia, rekordy, wymiana kart z jakimiś idolami. Objaśniał przy tym swoje widzenie ukształtowania zabudowań na stacjach kolejowych i między nimi. Przyznawał się, że dzień zaczyna od pięciu papierosów i dwóch kaw mimo swej świadomości, że to niezdrowo.

W pewnym momencie ten tok rozmaitych wątków mniej lub bardziej interesujących, odrywających mnie od Widok zza okna / Fot. Adrianna Adamek-Świechowska intrygujących historii z kart mojej książki, za to objawiających portret domagającego się uwagi człowieka, przerwały zdumiewające rewelacje. Oto jegomość popijając piwo i popalając e-papierosa, zaczął dzielić się ze mną wiadomościami o zdarzeniach natury patriotycznej, związanych z miejscami, o jakich opowiadał. Oświecał mnie zatem w dość zawikłanej formie, ale nadspodziewanie zgodnie z literackim stanem rzeczy, że na wesele Lucjana Rydla w Bronowicach przybył Wernyhora (tu przedstawiał charakter Pana Młodego, sytuował Bronowice, rysował obraz Wernyhory), by zostawić złoty róg (objaśniał losy tego złotego rogu, dłużej zatrzymując się na postaci Jaśka i jego czapki z pawimi piórami) oraz wszcząć powstanie narodowe. Wszystkie te fakty rysowały się w jego opowieści jak zupełnie realne zdarzenia, więc wtrąciłam, że to historia rodem z dramatu Wyspiańskiego. Nie zaprzeczył, a jużci, przyznał, że jak najbardziej Wyspiański na weselu Rydla był, wszak się z nim przyjaźnił, wszystko tam obejrzał i to wszystko, co obejrzał, po prostu opisał.

Eksponowana w oknie ilustracja dziecięca do opowiadania Rozdziobią nas kruki, wrony w krakowskiej galerii sztuki / Fot. Adrianna Adamek-Świechowska Zdumiewało mnie w tej sytuacji bardziej to, że człowiek tak zanurzony w nurtach codziennych kolein, jak to się dało zauważyć, wykazuje niezwykłą znajomość dzieła młodopolskiego niż fakt, że identyfikuje fikcję literacką z rzeczywistością. Pojęcia o dramacie mógłby mu pozazdrościć niejeden licealista! Przez myśl przechodziły mi nierzadkie przypadki niedostatecznie ocenionych sprawdzianów, jak i wypracowań, wskazujących na nieznajomość utworu. Zdumienie moje było tym większe, że uświadamiałam sobie niebywały ewenement. Wiadomo, że Wesele Wyspiańskiego uchodzi za trudną lekturę, kwalifikowaną jako powszechnie niezrozumiała! Ośmieliłam się zapytać, czy mój rozmówca oglądał czy czytał Wesele. A jakże, zaperzył się, czytał! Mało tego, przecież i w Bronowicach był, przywoływał niektórych znajomych z tej części Krakowa, z jakimi pracuje. Po chwili, widząc, że temat mnie zaciekawił, cytował kwestie rozmowy Dziennikarza z Czepcem i objaśniał jej sens, upominając się o racje chłopa. Ubolewał nad lekceważeniem jego aspiracji i okazywaniem mu pogardy. Chciał się wykazać większym pojęciem rzeczy, więc zadał pytanie, co to jest moim zdaniem Chochoł. Intuicyjnie odczuwałam, że liczył na moją niewiedzę. Sytuacja mnie rozbawiła, bo rokrocznie od wielu lat to samo zadanie stawiam kolejnym pokoleniom wchodzącym w dojrzałość, wcześniej skrupulatnie analizując każdą kwestię Chochoła, w wyniku czego postać stała się już niemal stałym towarzyszem mego życia. Dzielę się zatem interpretacją, ale jegomość nie czuje satysfakcji, wszak nie osiągnął celu. Chciał pouczyć dziewczynę, a tu okoliczności inaczej się ułożyły. Zatem jakby nie słysząc mojej odpowiedzi, snuł własną wersję, niezbyt odmienną, ale innymi słowy wyrażoną, przez to jakby inną. Mówił mi, że to symbol jest, oznacza, że naród jest uśpiony, ale się odrodzi. Nie chciałam burzyć jego zadowolenia, tym bardziej, że dostrzegałam, że w gruncie rzeczy nie jest zainteresowany moimi odpowiedziami, a jedynie możliwością popisania się swoją wiedzą. Zatem nie uzmysławiałam mu, że symbolika z natury rzeczy jest bogatsza. Cieszyło mnie to, że znajduję żywy dowód na to, że ziarna zasiane przez Wyspiańskiego wydają plon obfity.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (2):

Sortuj komentarze:

Tak, podobnie na to patrzyłam, tymczasem największa niespodzianka nastąpiła na koniec.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Początkowo byłem zły na tego robotnika i współczułem Autorce, bo sam nie lubię takich natrętnych interlokutorów. Ale potem pojawił się u mnie szacunek dla tego tzw. prostego człowieka. Gdybyż tak niektórzy tzw. inteligenci wiedzę takową i znajomość literatury posiadali!

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.