Facebook Google+ Twitter

Wspomnienie Józefa Mehoffera

  • Źródło: Gość dnia
  • Data dodania: 2009-09-18 21:24

Wywiad z panią Anną Musialską, która w latach 30. ubiegłego stulecia przebywała na turkowskiej plebanii przy kościele NSPJ. Na ten czas w owym kościele pracował, sprowadzony przez ówczesnego proboszcza młodopolski artysta - Józef Mehoffer.

Jako mała, ciekawa wszystkiego dziewczynka, pani Anna miała okazję przyglądać się pracy artysty oraz jego zespołu. W wywiadzie wspomina również inne wydarzenia związane z pobytem i pracą Mehoffera w Turku.

Czy pamięta pani moment przybycia Józefa Mehoffera do Turku?
- Sprowadzenie przez księdza Florczaka do Turku profesora Mehoffera, a wraz z nim kilku innych artystów, którzy mieli rozpocząć pracę w naszym kościele, wywołało wielką sensację. Niewyobrażalną, gdyż byli to zupełnie inni ludzie niż my.

W jaki sposób trafiła pani na turkowską plebanię?
- Normalnie nie ośmieliłabym się tego stwierdzić, ale patrząc z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że mój ojciec był dobrym dekoratorem, a jeszcze lepszym tapicerem. Urodził się w Turku. Jego ojca było stać, aby wysłać go na naukę u włoskich rzemieślników pracujących w Kaliszu. Dziadek był na tyle świadomy, że wiedział, iż nie wolno dzieci uczyć partactwa. Ojciec mój bardzo przyjaźnie żył z księdzem Florczakiem, ówczesnym proboszczem, który był kustoszem i, że tak powiem, smakoszem kultury.

W związku z tym ojciec wraz z moją matką, która była krawcową, zatrudniony był na plebanii, gdzie tworzył baldachimy oraz niektóre sztandary. Obijał on również materiałem meble, a także je dekorował. Poza moimi rodzicami, było tam na pewno dwóch czeladników i stolarze.
Wtedy, przynosząc ojcu na plebanię jedzenie, poznałam bardzo blisko szalenie spokojnego, wyciszonego pana Mehoffera.

Pamięta pani jak wtedy wyglądał Mehoffer?
- Pamiętam przede wszystkim, że był on bardzo szczuplutki. I z tego co też zauważyłam chorowity. Zawsze w kuchni stała dla niego jakaś dietetyczna zupka, której dopilnowywała gospodyni księdza. Pamiętam jeszcze, że pan Mehoffer bardzo często chodził ubrany w kitel, aby podczas malowania nie ubrudzić się farbami.

A jaki był jego charakter?
- Był on bardzo cichym człowiekiem. Stwarzał wokół siebie bardzo przyjemną i spokojną atmosferę. Na plebanii miałam koleżankę, może trochę starszą, z którą byłam bardzo zżyta. Choć byłyśmy małymi dziećmi, zawsze wiedziałyśmy jak się zachować w jego obecności.

Podczas pracy Mehoffer kierował wszystkimi i nie było jednej rzeczy, której by nie dopatrzył. Gdy artyści-studenci kładli złoto na meble, widząc jakieś uchybienia bardzo pięknie umiał im zwrócić uwagę, żeby zrobili to jeszcze trochę inaczej. Wtedy właśnie zauważyłam u niego ten pewien rodzaj szlachetności.

Czy pamięta pani, aby profesor Mehoffer miał jakiś ustalony porządek dnia?
- Tego nie wiem. Wiem, że zawsze doglądał wszystkiego. Ale czy miał jakiś swój rytm? Nie wiem.

Rozumiem, że pracował bardzo dużo.
- Cały czas. Musiał doglądnąć wszystkiego. Na pewno nie pracował podczas mszy. Wtedy to cały zespół schodził z prezbiterium. Jednak cały czas był ubrany w swój jaśniuteńki, biały kitelek. I przemieszczał się on w nim po całej plebanii. Wszędzie.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.