Facebook Google+ Twitter

Wszyscy jesteśmy porzuceni: bezdomni

Jest takie miasto w zachodniej Polsce, które żyje nieszczęśliwie.

https://asiasi.wordpress.com/bezdomnosc-w-polsce/ / Fot. AsasiJego średnia wielkość i wyrwanie z kontekstu historii ziem spowodowało, że musi zadbać o nową historię. Niestety, nie szczęści mu się: reforma terytorialna z 1999 roku spowodowała, że powstało 16 województw, niektóre nawet z dwoma stolicami. W takim wypadku zawsze jedna z nich będzie tą biedniejszą. I piszę tu o życiu tej biedniejszej, od strony tych biedniejszych.
Nazywa się Gorzów Wielkopolski i ma bezpośrednie połączenia kolejowe do Krzyża Wielkopolskiego, Poznania i Warszawy. Czemu nie do Szczecina? Bo kolej w Polsce jest rzeczą zaniedbaną, a przy zbudowanej autostradzie do stolicy zachodniopomorskiego, nie opłaca jej się nawet zmieniać tego stanu.
Dworzec kolejowy dzieli ledwie kilkanaście metrów od dworca autobusowego. Oba odświeżone, zadbane w miarę. Pełno przy nich barów. Żabka czy Biedronka to już standard w tego typu miejscach. Do tego dołączają ludzie, którzy potrafią się szwendać po miejscu przez całe dnie i noce. Z różnych powodów. Zwykle: bezdomność.
Można ten problem rozpatrywać poprzez kilka aspektów, ale prawdziwe jego zrozumienie przyjdzie dopiero wtedy, kiedy na chwilę się przynajmniej zatrzymamy i porozmawiamy z tymi ludźmi. Jeśli oczywiście sami nie wybierzemy bezdomności...
W 2013 roku przyszło mi pracować jako ochroniarz jednej z Biedronek. Tak – tej dworcowej. Nie muszę ukrywać, że jest to jedno z najtrudniejszych do ochrony miejsc, bo żulowni pełno, a ponadto różne inne niebezpieczeństwa czyhają na biedną kobietę.
– Nie boisz się? – Pytano mnie, gdy stróżowałam. Czego miałabym się bać, skoro jedyne, co mi zaszkodziło, to nie żadne pobicie czy wypadek, ale brak zrozumienia. Tak, takiego ludzkiego zrozumienia dla kogoś kompletnie zielonego w tym fachu.
Polska nie budzi nadziei, jeśli chodzi o karierę i pieniądze. Może i jest lepiej u nas, niż na Ukrainie czy Rumunii, ale tylko dlatego, że zdążyliśmy pięknie wzmocnić gospodarkę. Bo teraz ten ostatni kraj ma wyższe od nas PKB.
A praca? Pracujące osoby kompletnie nie szanują bezrobotnych. Bo ci to lenie. Osoby, którym się nie chce. To nic, że na spawacza trzeba uprawnień, a na sprzątaczkę przyjmą osobę tylko z drugim stopniem niepełnosprawności, która nie zawsze jest pomocna przy działalności fizycznej. Ale w końcu ci, którzy nie mają pracy to po prostu osoby, którym nie zależy. Po co się starać, po co zmieniać swoje życie... prawda?
Mam książki. Chyba z siedem. Każdą mogłabym po 20-40 złotych sprzedać. Problem w tym, że ludzi nie stać na nie, co widać doskonale, że nawet przy najmniejszej cenie nie schodzą. Podobnie jest z ubraniami i każdym innym towarem. Ale łatwo jest powiedzieć: sprzedaj. Czasem się uda, czasem nie.
Bezdomny w społeczeństwie jest traktowany jak najgorszy syf. Bo to nie ludzie. Im nie wolno pić alkoholu, im nie wolno cieszyć się z życia. Bo wiecie, co? Koleś taki siedzi w barze, przy kufelku i marudzi, że nie ma na dowód osobisty. Nie jest sam – towarzyszy mu inny bezdomny, który ma prawdziwego pecha, czego byłam świadkiem. Dlatego też solidarnie ten pierwszy dzieli się z drugim tym, co wyżebrze. Wszak zarabia się nie tylko pracą, ale również i dobrem czynionym dla innych, prawda? Ktoś powie: ale dowód osobisty to jest u nas za darmo. No pewnie, tyle że zdjęcia do niego kosztują cholerne dwadzieścia złotych. Ale zaraz, w prasie przeczytałam, że bezdomni zarabiają więcej, niż ci, co pracują! Dlatego jak dostaniesz te dwie dychy, to idź do diabła zrób te zdjęcia!
Życie to jednak okruchy ciasta. Jeśli pojawi się cały smaczny kawałek, to warto go zjeść. Każdy dzień przynosi coś nowego, może również dać coś pięknego. A jeśli coś pięknego się zaczęło, jeśli masz do czynienia z pięknym dniem, to dokończ go pięknie. Bo raz się żyje, a sytuacje najwspanialsze najdłużej zapamiętasz. Dlaczego zjedzenie kawałka ciasta ma być zabronione przez człowieka? Bezdomnego?

Śmiech przez łzy

– Pokażę ci coś – rzekł Bogdan i z tylnej kieszeni kurtki wyciągnął różowy smoczek. Włożył do ust i z kartką „ZBIERAM NA PIWO” wyjętej wprost z czasów komuny zaczął nagabywać ludzi. Ci uśmiechali się z lekkim pobłażaniem, a do dłoni żebraka wrzucali czasem po dwa, czasem po więcej złote. Dwie godziny latania w ten sposób po centrum i masz trzydzieści złotych. Aż chce się zgodzić z późniejszym komentarzem zbieracza: – Chciałbym tyle zarabiać w pracy.
Mężczyzna nie wygląda na bezdomnego. Czerwony sweter, ciemna kurtka, dżinsy i plecak, a przede wszystkim okulary przeciwsłoneczne sprawiają wrażenie, że to jakiś przechodzień w drodze na peron. Normalny wygląd, nie to co jego partner: jakaś koszulka, jakieś byle odzienie. Temu drugiemu Sławek.
Siedzą przy papierosowym. Piją po piwie.
Zapierdalaj – rzuca Bogdan.
Sławek włazi na chodnik i zaczyna z tą swoją kartką zaczepiać. Tymczasem rozmawiam z Bogdanem. Może się nie uśmiecha, bo opowiada o swoim życiu:
Od trzech miesięcy jestem bezdomny, on od dwóch.
I nie mają nikogo. Pracę potracili, jak im się uda dorobić coś u ludzi, to szczęście, jak nie – to cholera jasna, idzie się na ulicę. To ich praca.
– No nie wierzę. – Rzuca zrezygnowany Bogdan na widok trzydziestu groszy uzbieranych przez Sławka w ciągu dziesięciu minut. – Patrz.
Już bez atrybutu dziecka wbiega jakby z energią na chodnik i zaczyna mówić ludziom:
– Dzień dobry, mam takie pytanie... Czy nie dałoby się coś na papieroska? Chociaż dziesięć groszy...
Tu wpadnie dwa złote, tu ktoś wrzuci pięć. Jedna kobieta mruknęła wściekle:
Do pracy!
Z przyjemnością bym poszedł! Ale nie ma!
Nie kontynuowała dialogu. Czy to prawda, że nie ma, czy może na razie życie takie, jakie wiedzie, jest wygodne?
– Gdybym miał dowód osobisty, to już dawno byłbym w pracy – mówi wściekle.
A przecież w godzinę idzie uzbierać nawet trzydzieści złotych. Tyle, że przyjemności i cieszenie się chwilą bywają uzależniające. I wciągają pięknie, bo kto w dzisiejszych czasach cieszy się z zakupu zwykłej bułki za pół złotówki?
Auto wyjeżdża z parkingu. Bogdan oczywiście z rozbrajającym uśmiechem wchodzi tuż przed nie i pokazuje pięknie, wręcz odświętnie wielki i czerwony napis na kartonie: ZBIERAM NA PIWO!
– Nie przepuścimy, dopóki nie dacie! – Ktoś rzuca.
Śmiech śmiechem, ale pasażerowie nie kwapią się do dania czegoś bezdomnemu. W końcu im nie wolno dawać, bo to jedynie utrzymuje ich w takim, a nie w innym stanie.
Zaczepia jedną dziewczynę z chłopakiem. Coś wrzucają, idą dalej. Po godzinie wracają, a ten znów do nich. I klepie się rozbrajająco w głowę, że przecież już ich oto prosił. A oni jakoś tak dziwnie się kręcą po okolicy i są niepamiętliwi. To znaczy – trudno ich zapamiętać, bo Bogdan trafia na nich po raz trzeci. I wtedy wszyscy wybuchają śmiechem.
Sławek szuka ofiary. Patrzy z rezygnacją na ludzi wałęsających się po autobusowych peronach. Przed nim pojawia się szaro-brązowa postać. Słyszy Bogdana:
- On da, on da!
Może dać. W końcu kiedyś się powinno udać. Podchodzi do nieznajomej sylwetki i pyta:
Przepraszam, zbieram na piwo, da pan?...
Nic nie mam, robię to samo, co ty... – Padła odpowiedź.
Młodzi bezdomni wybuchnęli śmiechem. To jak w tym kawale o dwóch bezdomnych... Ale starszy, zagadnięty człowiek nie reaguje z uśmiechem. Ze zmęczeniem i obojętnością na twarzy odchodzi w ulicę dalej. To już nie jest zabawne, bo autentyczne?
Pewien człowiek z dużym bagażem w połowie drogi do dworca stwierdził, że coś zje przed długą i męczącą podróżą. Zadbany, w drogim garniturze, z trzema pierścieniami na palcach, z zadowoleniem na twarzy z życia przechodzi przez ulicę. Czekając na zamówienie, obserwuje żebraka, który próbuje za wszelką cenę coś uciułać.
Woła go.

Bogaty człowiek z Europy Zachodniej

– Wiesz, widziałem jak ty z jajem podchodzisz do ludzi. Ze śmiechem. – Tłumaczy. I stawia piwo. Sam zajada się sześcioma malutkimi pierogami. I zaczyna rozmawiać z bezdomnym.
Ludziom wydaje się, że to jest z jednej strony coś strasznego, a z drugiej – oaza wolności. Żadne rachunki cię nie męczą, możesz robić przez noce i dnie, co się żywnie podoba. I w ten sposób wyjaśnia sprawę gospodarz.
Ej, stary, nie chciałbyś takiego życia – oponuje Bogdan. – Nie chciałbyś.
Wiem... -Odpowiada z lekkim wahaniem w głosie. Naprawdę wie? A może to tylko wolność wydaje się pociągająca? – Wiem, wiem, miałem dużo szczęścia w życiu. Rodzice się wyprowadzili spod Olsztyna, jak miałem dwa miesiące i teraz mam 28 lat i od tylu mieszkam w Berlinie.
Rozmowa toczy się swoim torem. Do gromady dołącza Sławek, któremu udało się uzbierać w przeciągu prawie godziny dwa złote.
Zamożny idzie do baru, spłacić rachunek.
Jeszcze chwilę potem parę minut gawęda trwa. Berlińczyk pochodzenia polskiego spotyka swoją narzeczoną?, żonę prędzej. Całują się namiętnie i zbiegają na pociąg do Europy Zachodniej. Na pożegnanie daje dwadzieścia złotych. Fura pieniędzy.
Kiedyś zbliżał się wieczór – późny. Słońce wcześnie odchodziło, mroźny wiatr przychodził z ciemnością. Dla wszystkich panowała zwyczajna sobota. Poszłam wtedy do całodobowego TESCO. Spotykam Sławka.
Cco ssłychać? – Pyta. Chłopak jąkał się już wtedy, kiedy go poznałam.
A nic ciekawego, nie mogę znaleźć pracy.
To tak jak my. – Uśmiecha się smutno.
Ile uzbierałeś?
Nniewiele...
Masz. – Wręczam mu dwa złote.

Zasady

- Nie chcę od ciebie. – Mówi.
- Ale...
- Ja cię znam, jeśli cię znam, to ja nic od ciebie nie chcę. – Oddaje.
Wzdycham ciężko. Cóż poradzić? Miał okazję uzbierać coś więcej, niż trzydzieści groszy. Pośmiałam się, że gdyby je wziął, to trochę oszukałby los. Co z tego, że mam mało pieniędzy? Że dawanie bezdomnym tylko ich zatrzymuje w danej sytuacji?
W końcu wchodzę do sklepu. Wszędzie widzę bardzo tanie rzeczy, bo w promocji. Czekoladki za dzięsięć zeta, papier toaletowy za 18... żyć nie umierać, prawda?
Jestem przerażona. Czterdzieści pięć złotych wydałam. Na co? Płyn do mycia naczyń (droższy w dłuższej perspektywie jest tańszy), przecenione wafelki, papier toaletowy, wędlina, surimi i kawa. To takie drobnostki, a taki wydatek. Jeszcze klnę pod nosem, bo zapomniałam chleba i torby na zakupy, a mam przy sobie tylko zwykłą wyjściową. Może wróciłabym się po produkty? Ale z takimi rozwalonymi zakupami na wielkim wózku? Może Bogdan zechce zarobić, pilnując mi bagażu...
I przypomina mi się Kraków. Kiedyś w tym odległym mieście zgubiłam się. Norma – w ogóle nie wiedziałam, jak dojść do dworca, choć byłam w pobliżu. Standardowo spotkałam bezdomnego, który bez ogródek zapytał:
Zaprowadzić panią gdzieś?
Naiwnie się zgodziłam na to. Pogadaliśmy chwilę – głowę daję, że nie pamiętam o czym. Gdy już znalazłam się u celu, bez pretensji oddałam mu dwa złote, które ni z tego, ni z owego zażądał. Machnęłam na sytuację ręką, w końcu oprowadzanie ludzi też może być pracą zarobkową. Przewodnikom się za to płaci. Czemu nie bezdomnym?
Kombinowałam. Jakoś usadziłam swoje nieszczęsne zakupy do torebki i poszłam do wyjścia. Tam spotykam kumpla Sławka.
- Idziesz z nami na grilla? – Zapytał.
- O tej porze? – Byłam zdziwiona.
- A czemu nie?
- Zima jest...
- Jeszcze nie ma, jest jesień.
- A, racja. A skąd masz pieniądze?
- Wyprosiłem. – Warknął, pokazując mi dwadzieścia złotych.
- A uzbierałeś na dowód osobisty?
- Jeszcze nie.
To tak, jakbyś wiedział, że masz chore oczy, ale ociągał się z wizytą u okulisty. Bo jeszcze coś funkcjonuje, jeszcze da się żyć i nie jest najgorzej. Na piwo się uzbiera, na żarcie się uzbiera, noc jeszcze nie lodowata. Da się żyć. To tak, jak opisywał Gustaw Herling Grudziński... O obozie koncentracyjnym pisał. Było miejsce piekielne, ale miejsce, gdzie da się żyć. Da się przetrwać w każdej chwili. I tak człowiek nie uchronił się od depresji i popełnił samobójstwo.
Filozofując nad życiem Sławka i Bogdana, doszłam do wniosku, że coś musiało im się tak zawalić, że nie mają motywacji do znalezienia pracy. Chociaż, może to nie ich wina. W końcu znam osobę, która przez dwa lata tego nie umiała, mimo życiowej zaradności. Osobom pracującym wydaje się, że świat staje u ich stóp. Osobom bez rodziny i pracy wszystko jedno. Byle cieszyć się z małych, lecz pięknych chwil. Byle mieć poczucie, że istnieje się. To w zupełności człowiekowi wystarczy. A wystarczy dlatego, że jak ktoś popada w depresję, to często gęsto jest mu wszystko jedno. Tyle, że może się to różnie objawiać.
Wtedy, gdy Bogdan rozmawiał z paniczem z Europy Zachodniej, wtedy, gdy ów Europejczyk wyszedł spłacić dług, zapytałam:
- A gdybyś tak poprosił o pieniądze na dowód osobisty?
- Nie mogę. Rozumiesz, gdy ktoś ci coś stawia, to już więcej o nic go nie prosisz. To jest taka zasada. Postawił ci i nie możesz na nim czegoś wymuszać, bo to już nie w porządku, może się skończyć źle. Masz jeden, góra dwa dni, żeby się nauczyć zasad.
Trudno. I tak źle nie było. Ale ja, korzystając z zasad savoir vivru, wyciągnęłam pewnego wieczoru przed wejściem do TESCO czekoladki. Tak, były przecenione. Podeszłam do Bogdana i poczęstowałam. Podeszłam do jakiegoś innego bezdomnego, ale odmówił. Podeszłam do Sławka, który zapytał:
- Co to jest?
- Czekoladki.
- Wezmę tylko mały kawałeczek... – Jak gdyby przepraszał za to, co robi. Jak gdyby chciał powiedzieć: przepraszam, że istnieję.
Wciąż sobie zadaję pytania: od kiedy się jąka? I dlaczego? Czemu stał się bezdomny? Bo nie ma pracy? Czy tak naprawdę, bo nie ma NIKOGO?
Pytania dręczą i nie znam na nie odpowiedzi. A przecież... to ważne pytania. Bo może mogę im jakoś pomóc? Niekoniecznie wyciągając z bezdomności, to trudne jest. To jest taki stan życia w człowieku, kiedy naprawdę jemu jest już wszystko jedno. I zarazem chce żyć. Cieszy się tym. Czasem znajduje czas, że pragnie się wyrwać z piekła, do którego został wtrącony przez inne piekło.

Złamane życia

A czasem nie. W Gorzowie, przy dworcu PKP, kręci się mężczyzna. Wygląda na starego. Chodzi z czerwoną torbą, w płaszczu i zaczepia ludzi. Bogdan kilka dni temu podał mu rękę na przywitanie, gdy poznawał gościa. Potem gorzko tego żałował.
– Kurwa. – Stwierdził, gdy znalazł na swej głowie robala. Sławek i on wzięli w obroty trzeciego kolegę, Duszka. Duszek jest tajemniczym, milczącym brunetem o zgasłym i zrezygnowanym spojrzeniu. Czasem mrocznie patrzy w teren, jak gdyby chciał mu powiedzieć: uważajcie, ja tu pilnuję. Chyba najdłużej z nich wszystkich jest bezdomnym.
Co zrobił Duszek? Ogolił Bogdana. Musiał, bo we włosach tego ostatniego zalęgło się piękne robactwo, cały zlew był nimi wypełniony. A włosy już miał takie fajne, wolnościowe, metalowca... to znaczy, długie mu się zaczęły robić.
Człowiek z czerwoną torbą. Podając mu cokolwiek, trzeba się liczyć z tym, że jakiś robak na ciebie naskoczy i po prostu owinie całe twoje ciało. Stary nie jest odrobaczony, ani tym podobne. Od dwudziestu lat chodzi po ulicach Gorzowa. Koniecznie z czerwoną torbą.
Co trzeba przeżyć, by przez dwadzieścia lat tułać się w ten sposób? Nie wiem. Ale wiem, że jeśli wierzyć temu określeniu początków, to ów nieznajomy zaczynał w 1993 roku.
Tak. Przemiana ustrojowa, która zepchnęła dużą ilość ludzi do piekła. Służba socjalna miała wtedy urwanie głowy, bo nie tylko trzeba było ją zbudować, ale także zmierzyć się z „nowym” zjawiskiem – bezdomności, które powstało po tym, jak przekształcono różne dziwne komunistyczne majątki, wprowadzono zasady kapitalistyczne.
Ale już się nie dowiem, co doprowadziło do takiego stanu tę jednostkę. To przez te robactwo. Nie chcę pozbywać się swoich różowych włosów.
Tymczasem w czwórkę stoimy za jakąś budką, ni to sklepem, ni to cholera wie, czym. Bogdan i Sławek wraz z pewną panią piją piwo. Ich towarzyszka ma już swój wiek, ubrana w miarę schludnie. Rozmawiają o sprawach mi nieznanych. W pewnym momencie Bogdan przerywa ciszę:
- Ooo, wypuścili ją! – Wskazał lekko palcem na małą, kobiecą postać, szarą myszkę wędrującą po ulicy. – Wypuścili ją z wariatkowa.
- Dlaczego tam trafiła? – Chciałam wiedzieć.
- Bo jest pojebana.
Przyszła do nas i jednym z jej najważniejszych oświadczeń było to, że idzie z kimś pić piwo. Towarzysze stwierdzili, że jest zadbana.
- To znaczy, że kiedyś chodziłam w łachmanach?! – Zapytała z oburzeniem. Po wyjaśnieniu, stwierdziła: – Nigdy nie chodziłam w łachmanach. Ubrania miałam najwyżej brudne.
Gdy zniknęła, postanowiłam dociekać. Miała na imię Ewa i zachowywała się trochę nienormalnie. To znaczy – ogólnie żółte papiery miała. Na co?
Starsza pani opowiedziała historię ich życia. Bo przecież przyjaźniła się z Ewką. A ta była kiedyś piękną kobietą. I niewinną. Elegancka, miała męża. Zdarzyło się pewnego razu, że jej ukochany wyszedł po obiad. A Ewka, jak to Ewka, przysiadła na przystanku.
Ten wyszedł z zakupami, potknął się o coś i rąbnął twarzą o krawężnik. Tak dostał, że zmarł na miejscu. Świadkiem była starsza pani. Po paru minutach podchodzi do nieszczęsnej i mówi:
- Ewka, twój mąż nie żyje.
- Ja pierdolę, obiad miał zrobić. – Odezwała się tak, jakby nie usłyszała tej wiadomości. Ale gdy znalazła się nagle na miejscu zdarzenia, zaczęło się.
Picie. Miesiącami się nie myła i chodziła nie tyle w łachmanach, co zabrudzonych rzeczach, już szarych od kurzu. Mimo wpadnięcia kilka razy do szpitala psychiatrycznego, jej umysł nadal był, jest i już na zawsze pozostanie niestabilny, nienormalny, zagubiony i zadręczony.
Ta kobieta straciła swoje drugie ja.
I nikt jej nie poradził, że można po takiej rzeczy inaczej poprowadzić. Zresztą, miała pecha o tyle dużego, że zachorowała na schizofrenię. To coś objawia się najczęściej między 25 a 30 rokiem życia. Choć uważa się, że największym przyjacielem schizofrenii jest ogromny stres – albo utrata kogoś bliskiego, albo wojna. Lub porównywalne do tego zdarzenia.
Zobaczyć śmierć męża na własne oczy, w dodatku wiedząc, że przyjaciółka także to widziała... Prawda, że ktoś lub coś postanowiło złamać jej życie?

Dzień jak co dzień

Niedziela. Największe TESCO w Gorzowie. Jak na sklep tej wielkości, ruch jest niewielki. Wchodzę do wnętrza i zastanawiam się, co dalej. Stoję przy ścianie między kiblami a nieczynną restauracją i głowię się. Po cholerę tu przyszłam? Marszczę brwi.
- Cześć. – Odzywa się Bogdan. – Na zakupach?
- Tak, ciekawe za co. – Odpowiadam zgodnie z prawdą, bo właśnie spłukałam się na czekoladce.
- A ja w pracy. – Rzekł smutno. – Jak zwykle. – I ruszył do WC.
Jak zwykle... W pracy. Bezdomność to jego praca, a uśmiech na jego twarzy jest przytłumiony. Smutny człowiek. Siadam na ławce. Chwilę później dowiaduję się, że ma słaby dzień. I idzie przed wejście.
Obserwuję otoczenie. Na sąsiedniej ławce para zajada się hot dogami za cztery dziewięćdziesiąt. Ludzie wchodzą i wychodzą. A słońce zza szybami okiennymi – zbudowanymi na całą ścianę – szykuje się do snu.
Wstaję i idę do wyjścia. Tam bez niespodzianki spotykam bezdomnego, z którym przed chwilą zamieniłam parę słów.
- Słaby dziś dzień. – Żali się. – W końcu niedziela.
- A na dworcu nie byłoby wam łatwiej?
- Nie. Tu jest zdecydowanie więcej ludzi. A Polakom dają chętniej.
- Jak ognisko?
- Jakie ognisko?
- No te, co wczoraj chcieliście zrobić.
- A, dobrze. Ludzie nam kupili po trzy kiełbasy i jeszcze piwa. A bułek mamy tyle, że jeszcze mam w plecaku.
Wyprosili je. To znaczy: Bogdan je wyprosił. Czyli nie musieli wydawać tych dwudziestu złotych, co wczoraj mieli.
Mam stówkę w plecaku – przyznał. – Muszę na buty.
No tak. Idzie zima. Trzeba myśleć o czasie tu i teraz.
- Lubisz swoją pracę? – Pytam.
Krzywi się. Ze smutkiem odpowiada:
- Wolałbym zarobić te 1500 i mieć spokój.
Ale nie ma dowodu osobistego. Trzy miesiące temu stracił wszystko. Co się stało? Gdy człowiek jest pod murem, nie ma od kogo pożyczyć, nie stać go na rachunki, w pracy go wywalili....
Idę do Sławka, zaczepiającego ludzi:
- Przepraszam bardzo, da pan na piwo?
- Nie. – Pada zwyczajowa odpowiedź.
- O, cześć. – Kieruje się do mnie. – Słaby dziś dzień. Uzbierałem dwadzieścia złotych, Bogdanowi poszło trochę lepiej.
Zauważam, że mniej się jąka. I to nie dlatego, że mnie zna. Po prostu zaczepiając obcych ludzi z różnymi pytaniami, człowiek się trenuje, by mniej się bać. Jest nawet terapia, która wykorzystuje takie zachowanie, tylko wtedy nie prosi się o pieniądze, a o pokazanie godziny.
Czy Sławek to zauważył?
Któryś z poniedziałków był słabszy, niż zwykle. Choć ciepły – bez wiatru, z dwudziestoma stopniami na plusie w październiku. Pod największym TESCO w Gorzowie zwyczajowo kręci się dwóch bezdomnych. Jednego zauważam stojącego w cieniu.
- Dzień, jak co dzień. – Zwierza się. – Czekamy, może ktoś coś nam kupi.
- To zawsze taniej. – Dodaje Bogdan. – Ja zbieram na nierozwalone kapcie, bo te już... – Wskazuje na klapki, od których kawałek się urwał i wystaje.
Są takie dni, kiedy ludzie wolą dawać pieniądze, a są takie dni, kiedy ludzie wolą kupować...
- A może ty nam kupisz bułki albo kiełbasę? – Podchwycił Bogdan, widząc moje dziesięć bułek w foliowej torebce. Kosztowały dwa złote.
- Na koncie mam, bo ja wiem, złotówkę. – Przyznałam się. Tak, to prawda. – Czekam na wypłatę.
- No to przyznam, że my mamy więcej. A nie licz, że dostaniesz dużo za tę ochronę.
- Liczę na jakieś sześćset...
- No, chciałbym mieć tyle.

Marzenia

- Chciałbym zarabiać 1500. I mieć święty spokój. – Stwierdza Bogdan. – Chciałbym mieszkać pod dachem. A może by się udało zrobić tak, że za załatwianie żarcia ktoś wynająłby mi pokój...
Kontynuował po chwili ciszy:
- Gdybym miał telefon, życie byłoby uratowane.
Ale nie ma. Już udało mu się kupić model za pięćset złotych, ze zdolnością do robienia pięknych i dużych, panoramicznych zdjęć. Na taki telefon to nawet nie ma szans, że uzbierają. Ledwo udaje im się zbierać na życie „tu i teraz”. W trójkę: on, Sławek i Duszek, dzielą się tym, co udało im się zarobić. Ale dlaczego ci ludzie stracili domy nad głową? Co się stało Bogdanowi? Żeby znajomy mu ukradł telefon?!
- Rozumiem, że obcy człowiek, ale znajomy? – Kręci ze smutkiem głową.
- No to fajnie. – Mruknęłam ironicznie.
Może by się udało jakiś z allegro zdobyć... może, może. Ale tablica.pl, gdzie się szuka w gorzowskich warunkach najwięcej pracy, jest zablokowana w bibliotece. Więc najczęściej zagląda na egorzow.pl, który z kolei ma mało ofert.
Bogdana jeszcze stać na marzenia. Ale to są najzwyczajniejsze w świecie potrzeby. Zjeść, umyć się, spać pod dachem...
A ja? Jestem osobą samotną i może marzy mi się jakaś miłość. W tej jednak chwili chciałabym mieć pracę, a także stały dostęp do Internetu oraz... to marzenie wydaje mi się najważniejsze. Chciałabym pomóc tym ludziom i zaczynam tworzyć plan, jak tego dokonać. Nie może, ale musi się udać. To będą drobne i proste zabiegi, ale niestety, kosztowne.
Dlatego czekam na wypłatę.
Czy Bogdan zapyta mnie w pewnym momencie, dlaczego to robię? I czego będzie oczekiwał? Nie powiem mu, że go kocham, bo to nieprawda. A gdyby mi się jednak tak zdarzyło, że faktycznie strzała Amora by mnie uderzyła i powiedziała: „to on! To on!”?
Zabawne są te fantazje. A tymczasem trzeba robić swoje. Tu i teraz.

Przywiązanie


Bogdan ma ciemne włosy i żółte oczy.
I zaczyna się domyślać, że coś knuję. Tylko co i dlaczego?
Ciągle nie znam odpowiedzi na pytanie, czemu temu człowiekowi przytrafiło się to, co się przytrafiło. I jak. Domyślam się, że mógł zgubić portfel lub jego dowód mógł stracić ważność. Telefon mu ukradli. Z ostatniej pracy go wyrzucili i nie mógł już dalej się załapać na kolejną. Wszystko zaczęło się walić, jak puzzle.
Jak znaleźć moment, gdy mogę go zapytać o przeszłość? To mnie dręczy i chcę wiedzieć. Więcej wiedzieć. To jest jak narkotyk.
Wracając do Bogdana, umie być dyplomatą. Trzymam swoje bułki w dłoni, a on na to zwyczajnie:
Najgorsze jest to, że ona trzyma bułki i stoi przy nas. Nie możesz ich schować, bo ludzie myślą, że to dla nas?
Powiedział to o wiele ładniej, niż mnie się udało tu zapisać. Czysta dyplomacja. Ja tylko odtworzyłam sens jego słów.
Drugi raz tę cechę pokazał, pytając:
- Mieszkasz tu niedaleko, prawda?
Nieprawda. To znaczy – Gorzów nie jest wielkim miastem, geograficznie i jak na standardy polskie, jest ono średniej wielkości. Praktycznie wszędzie można dojść piechotą, choć przyznaję, że aby pokonać w ten sposób z Wieprzyc do Piasków odległość, trzeba mieć naprawdę niezłą kondycję fizyczną. Staszica, gdzie znajduje się największe TESCO w mieście, stoi trochę z boku, w połowie między centrum a drogą na moją dzielnicę, Wieprzyce.
- Babcia tu mieszka. – Wyjaśniam. – Czasami do niej chodzę.
- Często cię tu widać.
- No wiem, ciekawe dlaczego.
Może nie zauważył prostej aluzji. A może pomyślał, że babcia... rodzina... on nie ma nikogo, kto mógłby mu pomóc. Tęsknota, przywiązanie...
Bezdomni gromadzą się w grupki. Bo człowiek to istota społeczna, musi żyć w jakimś środowisku. Choć środowisko bezdomnych to dość specyficzne środowisko. Cała trójka dzieli się tym, co udało im się zdobyć. W pojedynkę ciężko przeżyć. W dwójkę, w trójkę – łatwo. Stada...
Tymczasem ja patrzę na swoje bułki. I nie jestem pewna, czy bardziej o nie chodziło, czy też bardziej chodziło o rozmowę ze Sławkiem i Bogdanem.

I nikogo już nie było

Jeszcze wtedy słońce padało na szare ulice wokół dworca. Intymnie odbijało się w zaniedbanych szybach i przestarzałych plakatach. Liście z drzew leniwie skapywały na ziemię.
W czarnej koszulce, dżinsach i sportowych butach ze swoją wielką torbą idę w stronę stacji paliw. Spotykam kobietę, z którą miałam okazję się zapoznać przy okazji Sławka i Bogdana.
- Gdzie chłopaki? – Zapytała.
- Nie wiem właśnie.
Nikt się nie kręcił przy przydworcowej Biedronce. Ani jeden bezdomny nie napastował przechodnia o datek na piwo. Cisza owijała ten teren domagając się czyjejś obecności. Brakuje ich, brakuje tych czasów, gdy dwoje ludzi szwendało się po gorzowskich ulicach – szeptało mi zesmrodzone powietrze.
Największe TESCO w Gorzowie Wielkopolskim milczało. Żebraków nie uświadczysz już w tym rejonie. Może pomoc socjalna ich zabrała albo policja? Coś się stało, a ja nie mam pojęcia co.
Bo przecież bezdomni są skazani na życie w tym swoim nieszczęściu. Niemożliwe jest, by się ogarnęli. W końcu to żule, nieroby i syf społeczny.

I zrób to, co niemożliwe

W mieście z narastającym bezrobociem bez rosnących perspektyw coś się wydarzyło.
W niebieskiej, zakupowej torbie niosłam zakupy: kawę, herbatę, chleb, rybę, sałatkę, worki do odkurzacza, papier toaletowy i patyczki do uszów.
Przyzwyczajona już do ciszy nie spodziewam się zobaczyć Bogdana. Ale to on do mnie pierwszy się odzywa:
- Cześć. Co robisz?
- Na zakupach. A ty?
- Szukamy młodego, gdzieś zniknął.
- Masz robotę?
- Tak, pracuję tu niedaleko, a co?
- A nic... młody też pracuje?
- A ze mną robi. Tylko, że wczoraj nikt go w pracy nie widział, dziś rano widzieli go na Dworcowej i znów tyle go widzieli.
Nie widziałam Sławka. Ale jego zachowanie wskazuje, że ma ze sobą problemy. Może nie chce do końca wyjść z bezdomności? A może coś innego się przytrafiło?
Cóż, są pewne chwile, kiedy człowiekowi po prostu odwala. Może teraz przytrafiło się to towarzyszowi Bogdana, który wygląda nie jak bezdomny, tylko jak ogarnięty człowiek. Pochwalił mi się, że zrezygnował ze zwykłego tytoniu na rzecz e-papierosów.
Pożegnałam się z nim. Dobrze mieć świadomość, że ludziom skazanym na wieczne pałętanie się po miejskich ulicach w końcu coś się udało. Może mi też się kiedyś uda.

Listopad 2013

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.