Facebook Google+ Twitter

Wszyscy mamy te same tajemnice

  • Źródło: Dziennik Łódzki
  • Data dodania: 2006-11-26 10:09

Rozmowa z Joanną Kos-Krauze i Krzysztofem Krauze o ich najnowszym filmie "Plac Zbawiciela"

Michał Lenarciński: Dlaczego wykształcony operator, jakim jesteś, nie staje za kamerą i - jak to się mówi żargonowo - nie świeci, ale reżyseruje?

Krzysztof Krauze:
- Powód jest zupełnie banalny: nie chciałem być operatorem. Reżyserię w łódzkiej szkole filmowej można było kiedyś studiować wyłącznie po ukończeniu wcześniej innych studiów, a po maturze był dostępny jedynie wydział operatorski, więc zdawałem tam, licząc na to, że potem przeniosę się na reżyserię. Okazało się to niemożliwe, już nawet nie pamiętam z jakiego powodu. I jako operator zadebiutowałem w Se-Ma-Forze, zrobiłem trzy filmy, i zacząłem reżyserować. Może byłoby lepiej, gdybym został jednak operatorem? Byłbym może dziś ulubionym operatorem Joanny?

Joanna Kos-Krauze: - Ja się z tym nie zgadzam. Przy charakterze Krzysztofa byłoby to niemożliwe, trudno byłoby mu współpracować z reżyserem. Oczywiście Krzysztof daje operatorom dużo swobody, ale łatwiej jest ją oddać, będąc reżyserem. Krzysztof byłby konfliktowym operatorem.

Spodziewałeś się takiej recenzji?

JKK: - To jest w ramach komplementu: świadczy o tym, że Krzysztof od początku był świadomy, co tak naprawdę chce robić.

Kłócicie się często?

JKK: - Trzy razy dziennie. Ale to dla ćwiczenia mózgów.

Usiłując zachować chronologię twojej kariery, muszę teraz wspomnieć o twoim debiucie: film "Nowy Jork, czwarta rano" nie podobał ci się, ale dostałeś nagrodę za debiut. I później już tak zostało: co film, to nagroda.

KK: - Nigdy nie dostaliśmy nagrody za pierwszą i trzecią część telewizyjnego cyklu "Wielkie rzeczy".

Ale to były filmy telewizyjne.

KK: - No to rzeczywiście, za każdy film fabularny jakieś nagrody były. Oczywiście łatwo jest powiedzieć, że nagrody nie mają znaczenia, jak już się je ma. Ale prawdą jest, że kiedy jeździłem po festiwalach (byłem może na dwudziestu), to zauważyłem, że każdy z nich ma swoją politykę; każdy jest na coś nastawiony. I te nagrody nigdy nie są obiektywne. Z natury rzeczy nie jest to możliwe. I świadomie mogę powiedzieć, że do nagród mam wielki dystans. Wyobraź sobie, że byłem nawet na takim festiwalu, na którym członek jury zapytał mnie, czy przyjmę nagrodę. To było zdumiewające.

Fakty są takie, że na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych dostawałeś nagrody za debiut, ze reżyserię, Nagrodę Specjalną Jury i dwa razy Grand Prix: za "Dług" i "Plac Zbawiciela". Można więc powiedzieć, że polski festiwal nosi cię na rękach.Fot. Dziennik Łódzki

KK: - Rzeczywiście, tak można by powiedzieć, ale popatrz: od pewnego momentu Andrzej Wajda nie zgłasza swoich filmów do konkursu (właściwie nie wiem, dlaczego), a o nim też można byłoby powiedzieć, że był przez ten festiwal noszony na rękach. Nie demonizujmy.

JKK: - Krzysztofowi udała się rzecz niezwykła: jego filmy wywołują emocje. Po każdym filmie przetacza się fala dyskusji.

Nie wydaje się wam, że wcześniej filmy Krzysztofa, teraz wasze wspólne, nie są wymyślone, tylko - jeśli można tak powiedzieć - brakujące? Bo przecież tak było z filmem o Pyjasie - "Gry uliczne", z "Długiem", "Nikiforem", "Placem Zbawiciela"...

KK: - Mój przyjaciel podsunął nam myśl Andre Gide'a, która - jego zdaniem - charakteryzuje to, co robimy: że nasze filmy dają odpowiedzi na niepostawione pytanie. Gide cytuje tu Oskara Wilde'a.

JKK: - A ja uważam, że jesteśmy od tego, żeby stawiać pytania: przychodzi się z czymś, czego ktoś wcześniej nie wymyślił, że można to "coś" postawić jako problem.

Macie problemy?

KK: - No pewnie. Kiedy oglądałem "Dzień świra" Marka Koterskiego, zauważyłem, że trzy czwarte "Dnia świra" to moje problemy.

JKK: - Ja powtarzam za Amosem Ozem: wszyscy mamy takie same tajemnice. Nie jesteśmy białymi nosorożcami - to, z czym my sobie na co dzień nie radzimy, jest udziałem wielu ludzi.

Kiedy razem się żyje i pracuje, to w filmach sumują się te problemy?

JKK: - Największy problem, że nie radzimy sobie z własnymi charakterami.

KK: - Cieszymy się, że żyjemy dosyć normalnie, zostaliśmy jakoś obdarowani przez los, za co jesteśmy wdzięczni, ale nie do tego stopnia, aby teraz nas to katapultowało w jakiś stan nieważkości. To, że żyjemy normalnie, że jest Michał, którego trzeba odwieźć do szkoły, że trzeba rozwiązać normalne problemy, przed którymi staje dziecko, że mamy problemy z zapłaceniem rachunku, mamy niepewność jutra - to tworzy nam dobrą sytuację: wiemy co przeżywają ludzie, do których kierujemy filmy.

Jednego problemu nie macie: podczas spotkania z widzami powiedziałeś, że byliście w luksusowej sytuacji, bo producent "Placu Zbawiciela" pozwolił wam w trakcie realizacji na 30 procent zmian w scenariuszu. Ale z drugiej strony, komu, jak nie wam, miałby na to pozwolić?

JKK: - Wszystko jest zwykle tak obwarowane zapisami w kontraktach, że czasem jakiekolwiek, nawet najdrobniejsze zmiany, nie są możliwe. I dlatego jesteśmy niezmiernie wdzięczni Julkowi Machulskiemu (producent "Placu Zbawiciela" - przyp. ML), że okazał nam zaufanie. Nie mówiąc o tym, że kierowane przez niego Studio "Zebra" było jedynym, które chciało podjąć się realizacji "Placu Zbawiciela".

Czy w związku z tym kolejny film również będzie realizowany z "Zebrą"? Co teraz przed wami?

KK: - Mamy projekt afrykański, do opowiadania Wojciecha Albińskiego "Czy ktoś z państwa popełnił ludobójstwo". Założyliśmy z Joanną własną firmę producencką i spróbujemy ten film wyprodukować sami. Czasami dobrze jest wziąć swój los we własne ręce. Po ostatnim festiwalu w Gdyni zorientowaliśmy się, że ludzie w naszym położeniu są przeważnie producentami lub współproducentami własnych filmów, zwłaszcza takich, które nie wymagają olbrzymich nakładów.

JKK: - I może nie będziemy musieli już realizować filmu w ciągu 27 dni zdjęciowych.

Podczas spotkania z publicznością w łódzkim Muzeum Kinematografii powiedziałaś, że w Polsce najczęściej nagrody przyznaje się nie za coś, ale przeciwko. Może masz rację, ale przeciwko czemu lub komu dostał nagrodę Grand Prix Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych "Plac Zbawiciela"?

JKK: - Szczerze mówiąc, nie miałam na myśli naszego filmu. Widzę, że w pokoleniu Krzysztofa (jest między nami różnica prawie pokolenia) środowisko pilnuje, żeby ktoś nie wyrwał się do przodu, że role, które zostały rozdane w łódzkiej filmówce (ten dobry, ten zdolny, a ten mniej, ten zrobił dobry film, ale może na razie lepiej, żeby nie zrobił kolejnego) są przestrzegane. I w konsekwencji nie dostrzega się filmu, który mógłby nawiązać dialog ze światem, powstaje problem z selekcją filmów na festiwale, do oscarowych nominacji.

Jest wam przykro, że "Plac Zbawiciela" nie został zgłoszony przez polską kinematografię jako kandydat do nominacji?

JKK: - Nie widziałam filmu zgłoszonego - "Z odzysku" Sławomira Fabickiego. Natomiast uważam, że jednym z niewielu filmów, który miał szansę na Oscara, był "Mój Nikifor".

I tak straciliśmy szansę, by Oscara dostała Krystyna Feldman, odtwórczyni tytułowej roli w tym filmie.

JKK: - A dowiodły tego wszystkie festiwale amerykańskie, dlatego że na wszystkich, na których był "Mój Nikifor" pokazywany, Krysia dostawała nagrody. Mówili o tym również Skolimowski, Antczak, Preisner, którzy zdobyli tam doświadczenie. Amerykanie przyjmowali ten film znakomicie. Szkoda.

Na zakończenie chciałbym zapytać o twoje zdrowie. Kilka miesięcy temu powiedziałeś publicznie o swojej chorobie nowotworowej...

KK: - I chyba nie chciałbym eksploatować tego tematu.

Rozumiem. Zapytałem, bo wydało mi się, że takie otwarte wyznanie pomogło wielu ludziom. Kiedy o swoich chorobach opowiedziały znane Polki: Krystyna Kofta i Anna Seniuk, wiele kobiet uwierzyło, że można wygrać walkę w rakiem, zdecydowało się na przeprowadzenie kontrolnych badań...

KK: - Właściwie masz rację, powinno się o tym mówić. Gdybym zrobił badania wcześniej: trzy czy cztery lata temu, jak namawiał mnie do tego mój znajomy lekarz, to prawdopodobnie byłoby to proste w leczeniu. Tymczasem musiałem poddać się operacji, której można było uniknąć. Po prostu mężczyzna około 50 roku życia powinien raz w roku poddać się badaniu hormonu PSA. Rak prostaty, jak rak piersi u kobiet, jest uleczalny.

Wyznanie, którego autorem jest osoba powszechnie znana, wywołuje refleksję, naprowadza.

KK: Masz rację. Za tym wszystkim kryje się jeszcze i to, że człowiek, który dowiaduje się, że jest chory, zaczyna czuć się gorszy. I trzeba mu pomóc pozbyć się tego uczucia.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.