Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

172891 miejsce

Wszystko chyba przez te buty...

Kolejna zima do przetrwania śliskich nawierzchni, kolejna uciecha dla dzieciaków i młodzieży na zimowe zabawy, kolejne - opracowane starannie plany na zimowe urlopy dla pięknych i młodych i bogatych. Dla mnie - kolejne wspomnienie.

Miasteczko, jak wszystkie jemu podobne, stało zwartym masywem kamieniczek wokół rynku, rozpełzając się wąskimi uliczkami, z których każda prowadziła w pola. Dookolne hektary należały do mniej lub bardziej zamożnych obywateli - gospodarzy.

Duma i chluba miasteczka, czyli gimnazjum mieściło się przy głównej, spacerowej alei; zimą służyła ona do wspaniałego, kilometrowego zjazdu saneczkami od rynku do samej bramy parku zdrojowego. Tam zaś, zwieńczona budynkami z czasów cara Mikołaja, stała Bycza Góra, ulubione miejsce naszych zimowych zabaw.

Patrząc z niej w prawo widać było niezmierzoną przestrzeń, upstrzoną pojedynczymi drzewami i krzewami. Było to jak wszędzie wokół, na falistym, nieckowatym terenie, miejsce wycieczkowe i wagarowe, a zimą – narciarskie.

Własne narty posiadali bardzo nieliczni; nauczycielka gimnastyki mogła jednak chętnym do zimowej lekcji zaoferować kilka par desek będących własnością szkoły i pewnego dnia zapowiedziała naukę jazdy na nartach.
Zima była solidna, śnieg obfity. Zafascynowana - zgłosiłam udział w eskapadzie. Ale prócz wielkiej ochoty, potrzebne były przede wszystkim jakieś buty, do których dałoby się przypiąć „kandahary”.

Nie mogły to być w żaden sposób półbuty, które wraz z wełnianymi skarpetami stanowiły moje jedyne zimowe obuwie. Trzeba było coś wymyślić. No i wymyśliłam: jedna z koleżanek, gospodarska córka, której ojciec prócz ambicji posiadania wykształconego dziecka, miał za co owo dziecko solidnie ubrać, była jedną ze szczęśliwych posiadaczek tzw. narciarek.

Narciarki, o ho ho! – były to trzewiki z cholewką powyżej kostki, na pogrubionej skórzanej podeszwie, z futrówką, sznurowane, z klapą zakrywająca sznurowanie, klamrą do zapinania tejże klapy no i z kwadratowymi nosami. Marzenie, krzyk mody, "Francja - elegancja". Robione u szewca ręcznie, na miarę. Teresa, posiadaczka wymarzonego obuwia na żadne narty się nie wybierała bo ojciec saniami po szkole zabierał ją prosto do domu, a że ściąganie miała u mnie, jak w banku - jednodniowa zamiana na obuwie odbyła się bezproblemowo.

No prawie. Stary burczał z lekka, że mu dziecko do domu „boso” wraca, a mnie dusza i nogi pojękiwały boleśnie, bo "teresine" narciarki jakoś zbytnio dopasowane były i o skarpecie mowy nie było. Trudno. Dla takiej ekskluzywnej lekcji, w towarzystwie pani oraz kilkorga posiadaczy nart można się było poświęcić.

Wyposażona sposobem chytrym na zimową eskapadę w cudze buty i własny sweter, pokuśtykałam do szkoły, skąd po ostatniej lekcji pod komendą pani poszliśmy, a raczej sunęliśmy na śnieżne łąki, słuchając pierwszego instruktażu o biegu płaskim, sposobie podchodzenia pod górkę i łagodnym zjeździe. Rozgrzana ruchem pilnie wykonywałam ćwiczenia, ale jako częściowo leworęczna okazałam się również lewonożną oraz, niestety - „lewostkrętną”. Nie pomagały pouczenia, ani demonstracje w wykonaniu kolegów, obeznanych od małego z tym pięknym zimowym sportem. Skręcić w prawo nie umiałam!

Ostatnia, rozpaczliwie ambitna próba zakończyła się szusem do wypełnionego śniegiem dołu. Znalazł się akurat złośliwie na moim „prawym” skręcie i wylądowałam na jego dnie, tłukąc straszliwie o ukryte kamienie miejsce, gdzie dla zachowania równowagi nasi bracia mniejsi mają ogony.

Zaciskając zęby z bólu, wyczołgałam się z dołu, wlokąc za sobą przeklęte dechy. Stłuczony kuper i zdrętwiałe z zimna stopy okazały się nadmiarem sportowego szczęścia. Ból na długo utkwił w głowie (i nie tylko) a lęk przed upadkiem pozostał na długie lata.

A potem tak jakoś wyszło, że dalszych prób uprawiania zimowego sportu nie było, ale oglądając każdorazowo pierwsze zimowe kadry z Zakopanego podziwiam wspaniałe szusy i zazdroszczę kochającym narty. Nie dziwię się też, że oni się dziwią, jak można nart nie kochać. I to jest wszystko, co mi pozostało z przyjemności sportów zimowych.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (13):

Sortuj komentarze:

Jesteście Panie poprostu rozczulająco urocze w tych zachętach.
Uprawiam narty bez nart czyli chodzenie z kijami. I to jest złoty środek adekwatny "do wieku i urzędu"
:):):)

Komentarz został ukrytyrozwiń

+
Jadwigo, mój Tato ma 72 lata. Kilka lat temu strzaskał sobie w Alpach nogę tak, że mu ją śrubowali tak jak opisywałaś. Ja cieszyłam się z tego, że to się stało tam, a nie w kraju - tytanowa płytka, trochę śrubek (na zdjęciu wyglądało jak moje wspomnienie z praktyki licealnej w Elektromontażu :) - noga bez gipsu, chodzenie o kulach po dwóch dniach od operacji, żadnych problemów z rehabilitacją.
Od następnego sezonu Tato dalej jeździ na nartach i marzy tylko o tym, żeby zaliczyć co najmniej 40 dni na nartach w sezonie.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jadwigo, wszędzie są czarne trasy, dla wariatów i trasy dla normalnych ludzi, którzy się nie strzaskują :)
Znam ludzi, którzy nauczyli się jeździć w późniejszym wieku i teraz śmigają. Aczkolwiek jakbyś miała np. bardzo kruche kości, to wtedy wszystko mogłoby być groźne.
I tak jesteś młodsza duchem od Klary, co to nie wyobraża sobie innego wypoczynku niż wygrzewanie się i spa :)))

Komentarz został ukrytyrozwiń

Maaaarto! Ponowienie próby narciarskiej na ciepłym lodowcu, w wygodnych butach i na nartach ktore same skręcają - to jest coś!
I tylko dwie rzeczy mnie powstrzymują: Pierwsza! Widok znajomego ktory na tymże lodowcu strzaskał noge na 8 kawałków, skręcanych tamże niezliczona iloscią śrubek - co osobiście ogladałam na osobiscie wykonanym zdjęciu rtg. Nasi ortopedzi zresztą cały ten skład zlomu doprowadzili do porządku, dzięki czemu facet chodzi bez kuli.
Druga :):):) w kolejności - fakt, że nie zajrzałaś do mojego profilu oraz kalendarza:):):)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Marta, z cąłym szacunkiem, ale w maju lodowiec to byłaby ostatnia rzecz, jaka by mi pryzszła do głowy;]
litości;]

Komentarz został ukrytyrozwiń

:))

Komentarz został ukrytyrozwiń

Klara, jakie marznięcie? W marcu we włoskich alpach pogoda jest cudowna - rześka, ale bez mrozu.
A na lodowcu da się jeździć i w maju - te słynne zdjęcia pokazujące gołych narciarzy to nie fotoszop ;) I tym ludziom naprawdę nie jest zimno :)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jadwigo, w dzisiejszych czasach jeździ się już na nartach, które same skręcają (poważnie) i na wszelki wypadek są o jakieś 30 cm niższe od swoich dawnych, prostych, braci :)

W Alpach, szczególnie na lodowcu, warunki są takie, że żadna przewrotka niczego Ci nie obije, bo wpadasz po prostu w miękki biały puch :)

A w butach narciarskich jest ciepło i milutko (parę razy zdarzyły mi się już próby wejścia w nich do autokaru (zapomniałam wymienić na zwykłe, brak odruchu zrzucania natychmiast tego niewygodnego tałatajstwa - najwygodniejsze są te 1-klamrowe - były modne jakieś 10 lat temu :)

Reasumując - zdziwiłabyś się, jakie to teraz jest lekkie, łatwe i przyjemne :)
Spróbuj - ponoć po upadku warto się podnieść i spróbować jeszcze raz. W tamtych warunkach to by nie miało sensu, ale dziś, czemu nie? :)

Komentarz został ukrytyrozwiń

(+) Ciekawie opisane wspomnienie. Dobrze się czytało :)

Komentarz został ukrytyrozwiń

(+)
Bardzo przyjemnie się czytało... Jak zawsze :)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.