Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

94973 miejsce

Wszystko to za co kocham Premier League

Premier Leauge - czemu jest najpopularniejszą ligą na świecie, co ją wyróżnia, czemu z przyjemnością oglądam wszystkie mecze. Dlaczego i Ty powinieneś się nią zainteresować.

 / Fot. stron LigiPrzy każdej nadarzającej się okazji zarówno wśród ekspertów, jak i w komentarzach internautów na stronach o tematyce sportowej, powraca niekończąca się dyskusja o wyższości Premier League nad Primera Division i odwrotnie. Osobiście uważam, że cały ten spór jest zupełnie bezprzedmiotowy, ponieważ zapatrzonych w swe ukochane drużyny kibiców, nie zdołają raczej przekonać racjonalne argumenty. Właśnie dlatego nie zamierzam nikomu udowadniać, że Premier League to najlepsze piłkarskie rozgrywki na świecie. Pragnę jedynie pokazać za co uwielbiam Ligę Angielską oraz zachęcić wszystkich prawdziwych fanów footballu do jej regularnego oglądania. Z góry zaznaczam, że jest to mój subiektywny, kibicowski osąd, podparty jedynie latami wnikliwego śledzenia zmagań czołowych angielskich klubów.

W zeszłym roku produkt znany pod nazwą Premier League obchodził swoje dwudzieste urodziny. Kiedy w 1992 roku 22 najlepsze kluby piłkarskie w Anglii zrezygnowały z gry w Football League i powołały do życia własną ligę, sceptycy twierdzili, że nowy twór nie przetrwa próby czasu. Najbardziej rewolucyjną zmianą była pełna komercjalizacja rozgrywek. Od tej pory pieniądze z praw za transmisje telewizyjne oraz od sponsorów, trafiały nie do władz ligi, lecz bezpośrednio do klubów będących udziałowcami Premier League. (w 1995 roku liczbę drużyn zmniejszono do 20) Oczywiście bardzo szybko zaowocowało to swoistym wyścigiem zbrojeń pomiędzy poszczególnymi zespołami, podbijaniem cen na rynku transferowym, a pensję piłkarzy urosły do astronomicznych sum, jakie znamy obecnie. W zamian kibice otrzymali jednak moim zdaniem najbardziej pasjonujące, klubowe rozgrywki piłkarskie w Europie.

Jednym z głównych powodów atrakcyjności Premier League jest wysoki i zarazem niezmiernie wyrównany poziom występujących w niej drużyn. Rokrocznie na kandydatów do poważniej walki o mistrzostwo kraju typowanych jest przynajmniej 6 zespołów. Często pojawia się też tak zwany czarny koń, który wbrew przewidywaniom ekspertów potrafi mocno zamieszać w czołówce. W minionym sezonie taką rolę odegrało Newcastle United. Podopieczni Alana Pardew skazywani na degradację lub co najwyżej ciężką walkę o utrzymanie, nie tylko nie spadli z ligi, ale do ostatniej kolejki bili się o prawo udziału w Lidze Mistrzów. W obecnych rozgrywkach miejsce popularnych srok, zajął West Bromwich Albion. Steve Clark pierwszy raz pracując jako samodzielny menadżer, zdołał wykrzesać z przeciętnych piłkarzy maksimum możliwości. Przyzwyczajeni do ciągłej, żmudnej walki o ekstraklasowy byt stanowią obecnie postrach dla ligowych potentatów. Niewielkie różnice punktowe sprawiają, że nie sposób dzisiaj przewidzieć, które miejsce zajmie klub z The Hawthorns. Nawet jeśli graczom Clarka nie uda się ostatecznie zakwalifikować do europejskich pucharów, skok jakościowy jaki już wykonali na pewno zaprocentuje w przyszłości. Co ciekawe wszystko to było możliwe bez wielkiej ofensywy na rynku transferowym, czy też nagłego dopływu arabskich petrodolarów.

Wyrównany poziom sportowy oraz często idące z nim w parze wyraźne „spłaszczenie tabeli” powoduje również, że w Anglii trudno wyobrazić sobie sytuację odpuszczenia meczu przez jakąkolwiek drużynę. Dzieje się tak, ponieważ każdy zespół ciągle gra o konkretną stawkę. Jeśli już nie walczy o mistrzostwo kraju, pozostaje walka o występ w europejskich pucharach lub zawsze niezwykle zażarte zmagania o utrzymanie.

Dzięki temu w sezonie liczącym 38 kolejek najistotniejsze rozstrzygnięcia zapadają zwykle dosłownie w ostatniej chwili, a porażki „papierowych” faworytów z ligowymi średniakami, nie należą do rzadkości. Za znakomitą ilustrację tego zjawiska może posłużyć choćby ostatnia edycja rozgrywek, kiedy to losy tytułu mistrzowskiego rozstrzygnęły się nie tylko w ostatnim meczu, ale wręcz w doliczonym czasie gry drugiej połowy. Co więcej o triumfie Manchesteru City nie przesądziła nawet liczba punktów, ale większa ilość bramek strzelonych w całej kampanii.

Na tym tle zmagania w hiszpańskiej Primera Division wypadają bardzo blado. Tam przed rozpoczęciem rozgrywek tak fachowcy, jak i kibice mogą postawić sobie w zasadzie tylko jedno pytanie: Czy mistrzostwo kraju padnie łupem Barcelony, czy Realu Madryt? Każde inne rozwiązanie zostaje przyjęte jako niesamowita sensacja. Ostatni taki przypadek miał miejsce w sezonie 2003/04, kiedy po tytuł sięgnęła Valencia. Co więcej w całej dekadzie lat dziewięćdziesiątych, hegemonie dwóch ligowych potentatów, przełamało jedynie Atlético Madryt w 1996 roku. Najgorsze jest jednak to, że zażarta rywalizacja pomiędzy Madrytem, a Barceloną, wcale nie sprzyja uatrakcyjnieniu zmagań w całej Primera Division. Pozostałe kluby zamiast powoli, ale systematycznie zmniejszać dystans dzielący je od czołowej dwójki, z każdym kolejnym sezonem zostają coraz bardziej w tyle. Nawet ostatnie wielkie sukcesy reprezentacji Hiszpanii na arenie międzynarodowej, nie wpłynęły stymulującą na poziom rywalizacji w lidze. Dzieje się tak, ponieważ kadra pod wodzą Vicente del Bosque, jest niemal w całości oparta na zawodnikach Realu i Barcelony.

Aby uczynić rozgrywki o mistrzostwo kraju bardziej emocjonującymi, zaproponowano zatem kibicom produkt pod nazwą Gran Derbi. Problem w tym, że wypromowane w ostatnich latach do granic możliwości El Clásico to tylko dwa mecze w sezonie ligowym. Oczywiście przy okazji udziału Realu i Barcelony w pucharach krajowych oraz Lidze Mistrzów derby mogą zdarzyć się częściej, ale nie ma to żadnego przełożenia na poziom atrakcyjności Primera Division. W samej lidze ciężko jest znaleźć inne starcia, wywołujące tak szeroki oddźwięk w Europie i przyciągające przed telewizory ludzi, który na co dzień niespecjalnie pasjonują się rozgrywkami Primera Division.

Tymczasem w Anglii oprócz znacznie bardziej wyrównanego poziomu rywalizacji, meczów o podobnym ciężarze gatunkowym jest kilkanaście w sezonie. Starcia takich firm jak Manchester United, FC Liverpool, Arsenal, Chelsea, a w ostatnich latach także Manchesteru City i Tottemhamu, mogą z powodzeniem konkurować z El Clásico. Oczywiście żaden z tych pojedynków nie jest nawet w połowie tak silnie promowany przez media w całej Europie, ale zarówno pod względem tradycji, jak i jakości sportowej rywalizacji dorównują one (jeśli go nie przewyższają) wielkiemu hiszpańskiemu klasykowi.

Zresztą zjawisko szybkiego podnoszenia się poziomu sportowego, a zarazem zmniejszania sie różnic pomiędzy poszczególnymi zespołami, można w ostatnich latach zaobserwować niemal we wszystkich czołowych ligach europejskich. Znakomicie promowana niemiecka Bundesliga, która właśnie rozgrywa swój pięćdziesiąty sezon, także oferuje kibicom wspaniałe widowiska piłkarskie. Ponadto obdarzone doskonałą oprawą starcia Bayernu Monachium i Borussi Dortmund oraz derby Zagłębia Ruhry, mogą z powodzeniem stanąć w jednym rzędzie z wielkimi pojedynkami europejskiej piłki jak: Derby Mediolanu, czy Olympique Marsylia - PSG. Między innymi właśnie dlatego w moim osobistym rankingu lig europejskich Bundesliga już jakiś czas temu zepchnęła hiszpańską Primera Division na trzecie miejsce i plasuje się obecnie tuż za plecami angielskiej Premier League.

Kolejnym ciekawym aspektem Premier League, który nie zawsze można zaobserwować w innych ligach, jest postrzeganie roli pierwszego trenera. W angielskich klubach jest on menadżerem z prawdziwego zdarzenia. Za pełną odpowiedzialnością za wyniki drużyny, idzie na ogół także pełną władzy. To on w ramach dostępnego budżetu decyduje o transferach, przygotowuje zawodników do sezonu, ale również opracowuje i wprowadza w życie długofalową strategię rozwoju zespołu. Temu ostatniemu celowi sprzyja spokojna postawa właścicieli klubów, którzy zwykle nie zmieniają trenerów niczym przysłowiowe rękawiczki. Oczywiście i tu zdarzają się nerwowe ruchy, jak np. najpierw głośnie zatrudnienie, a potem równie głośne zwolnienie Andre Villasa-boasa w Chelsea Londyn, ale przeciętna kadencja menadżera w Anglii jest na ogół dłuższa niż w innych ligach europejskich.

Prawdziwym ewenementem w tej dziedzinie jest bezsprzecznie najlepszy obecnie trener w światowej piłce klubowej Sir Alex Ferguson. Jego panowanie w Manchesterze United trwa od 6 listopada 1986 roku i jako wierny kibic United mam nadzieję, że wybitny Szkot znajdzie siły oraz motywacje do pracy jeszcze przez kilka kolejnych lat. Nie będę tu prezentować listy imponujących sukcesów Fergusona, warto jednak zaznaczyć, że dotychczas podczas jego kadencji w Barcelonie pracowało 13, a w Realu Madryt 25 szkoleniowców. Przytoczyłem te liczby nie po, aby umniejszać dokonania, czy sportową wielkość obu hiszpańskich gigantów, lecz aby bardziej plastycznie zobrazować wyczyn opiekuna United.

Sir Alex Ferguson na pewno znacznie podwyższa długość średniej kadencji menadżera w Premier League, ale wielu innych szkoleniowców także może poszczycić się wieloletnim stażem w jednym zespole. Arsene Wenger związany jest z londyńskim Arsenalem od 30 września 1996 roku. Od tego czasu Francuz między innymi trzy razy sięgał po mistrzostwo kraju oraz oprowadził swój zespół do finału Ligii Mistrzów. Moim zdaniem jednak to nie ilość zdobywanych pucharów, najlepiej świadczy o dokonaniach Wengera. Znacznie ważniejszy jest jego specyficzny sposób pracy, polegający na wyszukiwaniu i szlifowaniu młodych talentów. W ciągu tych kilkunastu lat spod jego ręki wyszły takie piłkarskie znakomitości jak: np. Vieira, van Persie, Fabregas, czy bracia Toure. Nie wszyscy ci zawodnicy byli wychowankami Arsenalu, a dzisiaj żadnego z nich nie ma już w londyńskim klubie, ale bez opieki Wengera nie zostaliby zapewne gwiazdami światowego footballu.

Ostatni z trójki najdłużej pracujących obecnie menadżerów w Premier League Szkot David Moyes, mógłby poniekąd stanowić pozytywną inspirację dla trenerów oraz prezesów klubów polskiej Ekstraklasy. Kierując Evertonem od 14 lutego 2002 roku, nigdy nie dysponował wielkim budżetem, a mimo to jego zespół jest stale obecny w czołówce najsilniejszej ligi na świecie. Pozbawiony możliwości dokonywania spektakularnych transferów, często korzysta z wypożyczeń lub zatrudnia piłkarzy, którym właśnie skończył się kontrakt. Zawsze potrafi także znaleźć następcę dla drogo sprzedanego zawodnika, wypromowanego wcześniej w barwach Ewertonu. Oczywiście ze stosunkowo niewielkim budżetem Moyes zapewne nie będzie w stanie poprowadzić swoich piłkarzy do poważnej walki o tytuł mistrzowski, ale zespół z Gudison Park zawsze pozostanie solidnym, niewygodnym rywalem dla ligowych potentatów. Poza tym nawet jeśli w trakcie sezonu przydarzy się Evertonowi seria kilku meczów bez zwycięstwa, posada menadżera pozostaje niezagrożona.

Na początku pisałem wiele o wyrównanym poziomie i zaciętej rywalizacji jaka rokrocznie ma miejsce w Premier League. Oprócz niezwykle ciekawych widowisk sportowych, które nierzadko rozstrzygają się w doliczonym czasie gry, owocuje to także tym co w piłce nożnej najpiękniejsze, a więc mnogością strzelanych goli. Oglądając mecze w angielskiej lidze, bardzo często dostrzegam znacznie wyższą niż w innych rozgrywkach intensywność troczonego pojedynku. Tu nikt nie odpuszcza, nie odstawia nogi, a zawodnicy mający brzydką tendencję do „nurkowania” są zwykle piętnowani, zarówno przez sędziów, jak i kibiców. Dzięki wysokiemu tempu rywalizacji zawodnik, uczestniczący w ostrym, ale przepisowym starciu, nie ma czasu na „wylegiwanie się” na murawie i kontemplowanie decyzji arbitra. Musi się błyskawicznie zebrać i pędzić za gościem, który odebrał mu piłkę, ponieważ ten właśnie rozpoczyna groźną kontrę swojej drużyny. W porównaniu choćby z rozgrywkami naszej rodzimej ekstraklasy widzowie nie dopingują, aż tak żywiołowo, ale zawsze są gotowi nagrodzić brawami każdy przejaw pełnego zaangażowania, nieustępliwości swych ulubieńców. Nie wybaczą natomiast nigdy przejścia obok meczu i zaprzestania walki przed końcowym gwizdkiem.

Niektórzy kibice, nastawieni krytycznie do angielskiej piłki, narzekają na rzekomo nadmierną brutalność rozgrywek Premier League. Czasy kiedy football na Wyspach był tylko bezmyślnym polowaniem na kości, połączonym z bezsensowną grą za pomocą długich, wysokich piłek, minęły już jednak bezpowrotnie. Wystarczy bez uprzedzeń spojrzeć na te zmagania, aby przekonać się, że pod względem finezji i boiskowej pomysłowości, nie ustępują one dokonaniom hiszpańskich wirtuozów techniki. Jednocześnie jednak gra w Anglii jest znacznie szybsza oraz bardziej kontaktowa, a sędziowie nie traktują każdego, najmniejszego nawet dotknięcia jako faul.

Podsumowując muszę stwierdzić, że nie zamieniłbym przyjemności regularnego śledzenia Premier League na żadne inne piłkarskie rozgrywki klubowe. Nie oznacza to jednocześnie, że zmagania w Bundeslidze, Primera Division, czy Lidze Mistrzów są nieciekawe. Sam regularnie oglądam hiszpańskie El Clásico, ale jakoś nie jest ono w stanie wyzwolić u mnie takich emocji, jak cotygodniowe starcia w Anglii. Dzieje się tak zapewne dlatego, ponieważ od pamiętnego finału na Camp Nou z Bayernem Monachium w 1999 roku, jestem wiernym kibicem Manchesteru United. To poprzez podziwianie zmagań podopiecznych sir Alexa Fergusona, zaraziłem się również miłością do całej Premier League.

W 2005 roku, pomimo tradycyjnej, zaciętej rywalizacji, jaką oba kluby toczą na krajowym podwórku, dopingowałem Liverpool, kiedy pod wodzą Rafaela Beniteza, z Jerzym Dudkiem w bramce, grał nieprawdopodobny mecz z Milanem w Stambule. W minionym sezonie cieszyłem się również ze zwycięstw Chelsea nad Barceloną i Bayernem Monachium, pomimo, że w 2008 roku sięgając po kolejny Puchar Europy na moskiewskich Łużnikach, tą samą Chelsea musiał pokonać Manchester United. Dziś mogę powiedzieć, że dla mnie było to po prostu kolejne święto angielskiej piłki klubowej, choć gdyby rzuty karne zakończyły się wtedy innym rozstrzygnięciem, wspominałbym ten dzień jako bolesną porażkę klubu, który na co dzień rozgrywa swe mecze w prawdziwym Teatrze Marzeń. Byłaby ona tym bardziej dotkliwa, że poniesiona przeciwko jednemu z odwiecznych, krajowych rywali. W odróżnieniu od części fanatycznych kibiców potrafię się zatem cieszyć sukcesami innych angielskich zespołów, naturalnie tylko dopóki nie stoją one na drodze do zwycięstwa United. Zasada ta ma jednakże jeden oczywisty wyjątek, jakim jest zbudowany za horrendalne pieniądze arabskich szejków Manchester City.

Zachęcam więc wszystkich, którzy takiej zachęty jeszcze potrzebują do regularnego podziwiania rozgrywek angielskiej Premier League. Mam nadzieje, że obecny sezon będzie, jeśli to w ogóle możliwe, jeszcze bardziej porywający niż poprzedni. Co prawda po ostatnim zwycięstwie Manchesteru United nad Evertonem przewaga podopiecznych Fergusona nad vice liderem, a zarazem aktualnym mistrzem kraju, wynosi aż 12 punktów, ale pasjonujące zmagania za plecami drużyny z Old Trafford, powinny trwać do samego końca. Równie ciekawą sytuację mamy przecież także na samym dole ligowej tabeli, gdzie co najmniej pięć zespołów, toczy bezpardonową walkę o to aby po 38 kolejkach znaleźć się „nad kreską”.




















Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.