Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

8431 miejsce

Wybierasz chemię czy jedzenie? Recenzja książki Julity Bator

Julita Bator w swoim poradniku „Zamień chemię na jedzenie” ze swadą podpowiada, jak zdrowo jeść: jak najmniej przetwarzać, czytać etykietki, polubić jadłospis poprzednich pokoleń. Bo czego nie wydamy na jedzenie, wydamy na lekarstwa.

 / Fot. Materiały prasoweGłówną tezą poradnika wydaje się być świadomość. Świadomość, że krowa, której mięso kupujemy w markecie, której mleko wlewamy do kawy, dawno nie stoi już na łące, beztrosko skubiąc trawę. Raczej w zamkniętym, ciemnym pomieszczeniu wcina paszę. By szybciej rosła, faszeruje się ją hormonami. W takich warunkach częściej choruje, więc dostaje antybiotyki, które i my potem wchłaniamy – razem z masłem, mlekiem i wołowiną. Świadomość, że podając naszemu dziecku coca colę, fundujemy mu destrukcyjną porcję cukru, wywołującą skoki insuliny, torującą drogę do cukrzycy.

Autorka nie jest w swoim wywodzie nachalna. Z wyczuciem zachęca czytelnika do obserwowania swojego organizmu, jego reakcji na poszczególne składniki pożywienia, a potem do eliminowania tychże składników z codziennej diety. Jest pewna swego – wie, że takie działanie przyniesie dobry skutek. Sprawdziła to na swoich „nadwrażliwych” na chemię dzieciach, rodzinie, znajomych.

Jak najmniej przetwarzać – oto klucz do zdrowego żywienia, zapewnia Julita Bator. Przywrócić blask surowym owocom i warzywom, pozytywnie się do nich nastawić. One naprawdę mogą dobrze smakować, szczególnie gdy nasze kubki smakowe odżyją po odstawieniu przetworzonej żywności. Nie zagotowywać potraw „na śmierć”, nie odgrzewać po dziesięć razy. Brać od natury to, co nam daje w jak najmniej zmienionej formie.

Jedzmy to, co jadły nasze babcie i prababcie, przeczytamy niejednokrotnie. Książka nie jest jednak manifestem fanatyczki, nie widzącej alternatywy dla slow life. Autorka rozumie, że nie każdy ma wystarczająco dużo czasu, by zakasać rękawy, zamieszkać w kuchni i wytwarzać na bieżąco własny jogurt, kwaśne mleko czy kiszone ogórki. Podsuwa więc pomysły, skróty, sprytne rozwiązania, jak pogodzić „niedoczas” i zdrowe potrawy. Co ważne, nie każe nam wydawać fortuny na produkty ekologiczne. Pomiędzy promocją w „Biedronce” a kosztownym, certyfikowanym biojedzeniem rozciąga się szeroka gama możliwości. Ot, chociażby taki znajomy rolnik pod miastem, który swojej ziemi nie spryskuje świństwami. I już mamy skąd brać w ludzkich cenach jajka, mleko czy warzywa.

Znajdziemy tu i kilka akapitów poświęconych tematowi budzącemu wciąż wiele skrajnych emocji: żywności modyfikowanej genetycznie. Tutaj jednak zabrakło racjonalnych argumentów dla poparcia tezy, że GMO to zło. To, że stwórca nie chciał, by truskawki były wielkości melonów jeszcze nie świadczy o tym, że przez taką truskawkę się pochorujemy. Pewnym zgrzytem jest ciągłe przestrzeganie przed możliwą obecnością składników modyfikowanych genetycznie w niektórych produktach.

Dużym atutem książki są proste, acz niewygodne pytania, które nie pozwalają szybko o sobie zapomnieć. Dla przykładu: po zjedzeniu kawałka tortu robi ci się mdło. Czy to normalne, że po jedzeniu robi się mdło? Czy komukolwiek robi się mdło po zjedzeniu jabłka czy pomarańczy? Autorka pyta już z okładki: Czy wiesz, co jest w ketchupie, jogurcie, batoniku, które kupujesz bez zastanowienia? Czy wiemy? W większości nie, nawet nie chce nam się nad tym zastanawiać. Ketchup to przecież nieodłączny kompan parówek, batonik jest pyszny, a jogurt to już na pewno musi być zdrowy! Bo to przecież jogurt naturalny. A tu się okazuje, że niekoniecznie. Julita Bator rozprawia się z wieloma mitami żywieniowymi. Dyskutuje nad sensem picia mleka, rozważa ilość mięsa w mięsie. Uderza w stereotypy i skłania do myślenia.

Zdrowe, świadome odżywanie to sfera pełna pułapek. Bo co tu na przykład zrobić z dziećmi, gdy okazuje się, że wszystkie sklepowe słodycze są be? Autorka odpowiada: zrobić swoje własne słodycze, z dobrze znanych, zdrowych składników. I by nie być gołosłowna, podaje od razu kilka przepisów.

Ta książka jest po to, byśmy się nie pogubili, z lupą w dłoni czytając etykietki lub nie zniechęcili się po kilkuminutowych spacerze w sklepie, stwierdzając, że nie możemy nic bezkarnie wrzucić do koszyka. Jest „brykiem” dla pragnących żyć zdrowo i nie zbankrutować, ściągawką dla studentów kierunku: slow life o specjalizacji: slow food.

Przeciwnicy świadomego komponowania codziennego menu mają często jeden, dość naiwny argument: To co, już nic tak naprawdę nie można jeść? Julita Bator odpowiada im, że owszem można i to bardzo wiele. Od wszechobecnych „ulepszaczy” się nie ucieknie, ale wystarczy poświęcić nieco czasu i wysiłku na wyszukanie najmniejszego zła. Z „wzbogaconego” wątpliwej sławy składnikami sklepowego tygla wybierać to, co naprawdę warto wrzucić do żołądka. I ja jej wierzę.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (2):

Sortuj komentarze:

Modne jest zdrowe jedzenie, ale do tanich niestety nie zależy. Ja za jajka płacę 70gr za sztukę. Warzywa kupuję od zaufanych ogrodników, w cenach podobnych do sklepowych, smak ich jest zupełnie inny, czuję co jem. Chleb i bułki też sama piekę.. No ale mięso i ryby.. trudno zdobyć, choć odkryłam sklep z mięsem przypominającym te właściwe :) książkę chętnie bym przeczytała :)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Nie czytałem.
Według mnie, tytuł książki jest fatalny.
Jedzenie może być śmieciowe, nawet z minimalną dawką "chemii".
Ja bym zatytułował wręcz: Nie jedz. Odżywiaj się.
Co wprost sugeruje "żywienie", a nie "trucie".

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.