Sprawa „Harry Potter Lexicon”, jak już wielokrotnie pisaliśmy, może mieć kluczowe znaczenie dla przyszłości praw autorskich. Gdyby sąd uznał, że na wydanie leksykonu potrzebna jest zgoda autorki „Harry’ego Pottera”, powstałby precedens, na który mogliby powoływać się twórcy, chcąc zablokować wszelkie publikacje dotyczące ich dzieł. Być może z dnia na dzień okazałoby się, że kontroli takiej podlegają nawet recenzje książek. Na szczęście niewiele wskazuje, by sprawy przybrały taki obrót.
– Już decyzja z września oznacza istotną reinterpretację przepisów prawa autorskiego, bowiem odrzuca argumenty wykorzystywane dotąd przez instytucje, dążące do blokowania „nieautoryzowanych” książek – mówi Richard Harris z RDR Books. Podkreśla, że w zasadzie o przegranej wydawnictwa w pierwszej instancji zadecydowały kwestie, które można zmienić (chodziło głównie o zapożyczenie zbyt wielu treści prosto z książek autorstwa Rowling – przyp. red.). W minionych latach werdykty bywały znacznie ostrzejsze wobec opracowań takich jak „Harry Potter Lexicon”, a szczególnie celowały w tym nowojorskie sądy. – Prawnicy Rowling i WB nieprzypadkowo wnieśli sprawę właśnie do sądu w Nowym Jorku, mimo że żadna ze stron sporu nie ma tam siedziby – twierdzi Harris.
Apelacja RDR Books oznacza kolejne miesiące niepewności w sprawie „Harry Potter Lexicon”. Odwołaniem zajmie się już nie jeden, tylko – zgodnie z regułami sądów apelacyjnych w USA – trzech sędziów orzekających kolegialnie. Jeżeli ich decyzja nie będzie satysfakcjonowała którejś ze stron, a między prawnikami nie dojdzie do porozumienia, sprawa może za jakiś czas trafić do Sądu Najwyższego. Sprawdziłyby się wówczas słowa sędziego Roberta Pettersona, który zajmował się sporem w pierwszej instancji i ostrzegał, że może on „zamienić się w serię apelacji ciągnących się latami”.
Zobacz także:Jak utopiono "Harry Potter Lexicon", czyli kulisy konfliktu Rowling z RDR Books