Facebook Google+ Twitter

"Wypalanie traw" Jagielskiego czyli apartheid od początku do końca

Wojciech Jagielski po raz kolejny udowadnia, że reportaż jest sztuką. I to chyba jedną z najbardziej poruszających, bo sięgającą po autentyczne emocje i dramaty realnych osób. A tych w jego najnowszej książce "Wypalanie traw" nie brakuje.

 / Fot. Okładka książkiVentersdorp jest niewielką mieściną gdzieś w Republice Południowej Afryki. Podczas gdy w kraju upada okrutny system segregacji rasowej, tutaj wszystko pozostaje bez zmian. Miasteczkiem trzęsie Eugene Terre'Blanche, nieoficjalny przywódca Burów (potomków białych, przeważnie holenderskich osadników), samozwańczy generał-dyktator, lokalny watażka, ktoś z kim biali mieszkańcy muszą się liczyć, a czarni bać. I zrobi wszystko, żeby stary, obłędny porządek pozostał nienaruszony. Porządek bardzo jasny, przerażająco drobiazgowy, precyzyjnie regulujący wszystkie sfery życia, a oparty tylko na jednym kryterium - kolorze skóry:

Zakazano mieszanych małżeństw i miłości między rasami, wprowadzono oddzielne szkoły, szpitale, sklepy, urzędy, ławki w parkach i parki, plaże, restauracje, boiska, place zabaw, zawody sportowe, miejsca w autobusach i pociągach, a nawet przystanki i kładki nad ulicami dla przechodniów... O wszystkim rozstrzygała Wielka Księga Rejestru, w której urzędnicy zapisywali mieszkańców kraju według ich przynależności rasowej. Wpis w odpowiedniej rubryce w Księdze Rejestru i dowodzie tożsamości stawał się kartą wstępu do lepszego życia lub wilczym biletem.

Swoją opowieść o czasach transformacji Jagielski snuje w mistrzowski sposób. Rozpoczyna ją nietypowo, bo od końca, od brutalnego zabójstwa Eugene'a Terre'Blanche'a po to, by cofając się (nieraz do czasów sprzed kilku stuleci) pokazać krok po kroku procesy, które doprowadziły najpierw do powstania, długoletniego trwania i w końcu upadku apartheidu. Ta nielinearność narracji, przerzucanie czytelnika w różne czasy (i miejsca) trzyma nas w ciągłym napięciu, sprawia, że chcemy poznać losy wszystkich bohaterów do końca, podsyca, niczym świetna powieść sensacyjna, ciekawość i apetyt na dalszy ciąg.

Bo i sami bohaterowie reportażu są postaciami, które chce się poznać. To z ich perspektywy pokazany jest upadek apartheidu, obecność Jagielskiego jest tutaj minimalna. Autor z wielkim taktem zderza skrajnie odmienne postawy i racje, dzięki czemu jego opowieść nabiera niesamowitego dramatyzmu. Naprzeciwko siebie stają więc ci, którzy w transformacji widzą szansę na lepszą przyszłość (czarni mieszkańcy Ventersdorpu na czele z Tommym Lerefolo czy Raymond Boardman - biały potomek angielskich osadników od zawsze przeciwny segregacji rasowej, czym przysporzył sobie wrogów w miasteczku) oraz ci, dla których zmiana ustroju będzie oznaczała rzeczywisty koniec świata (Terry'Blanche, Henk Malan). Jagielski pokazuje ich losy na przestrzeni kilkudziesięciu lat, dzięki czemu poznajemy ich motywacje, dojrzewanie do pewnych postaw życiowych, ich nadzieje i rozczarowania. A to już wykracza poza ramy "czystego" reportażu, tworząc z tej historii opowieść dokumentalną.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.