Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

34823 miejsce

Wyprawa Wrakiem - Relacja

W kwietniu 2013 roku wystartowaliśmy na wyprawę FSO Polonezem. Odwiedzając 8 państw i pokonując ponad 3 000 km szczęśliwie dotarliśmy z Gdyni do Belfastu w Północnej Irlandii.

Wyjazd Poloneza / Fot. Wioletta CwiklinskaWszystko zaczęło się od snu...
Snu, w którym objawił się polonez jadący po Irlandzkich klifach. I tu pojawiło się pytanie "Czemu nie?". Ranek rozpoczął się tym razem wyjątkowo nie od kawy, ale od przeglądania map. Jeszcze tego samego dnia była już przygotowana trasa. 3 200 km, 8 państw - niby to niewiele, ale dla starego poloneza było to wielkie wyzwanie.

Pozostało przygotować auto i zebrać fundusze. Wymienialiśmy zużyte części i płyny. Wszystko zajęło 8 miesięcy i pod koniec marca pojazd był już technicznie gotów do trasy swego życia. Wtedy zaplanowaliśmy, aby wyruszyć 10 kwietnia, dokładnie w rocznicę wypłynięcia Titanica. Wybraliśmy tą datę ze względu na to, że nie mogliśmy się doczekać, ale potrzebowaliśmy kilku dni na spakowanie ekwipunku. Również zaplanowaliśmy zakończyć naszą trasę przy stoczni w Belfaście która wydała na świat Titanica.

Pech chciał, albo i na szczęście, że jeszcze w Polsce zagotował się silnik. 4 dni przed startem. Nie wymieniliśmy termostatu, jedynie zaopatrzyliśmy się w nowy, aby mieć na wszelki wypadek. To właśnie on nie otworzył się przez co bardzo szybko wzrosła temperatura płynu chłodzącego. Nawet nie byliśmy tego świadomi, niefortunnie się złożyło że czujnik temperatury zablokował się przy standardowych 90 stopniach. Na szczęście uporaliśmy się z tym szybko i mogliśmy kontynuować pakowanie.

9 kwietnia byliśmy w 100 proc. gotowi, niestety nie psychicznie. Wszelkie obawy i strach spędzały nam sen z powiek.
10 kwietnia, godzina około 3:30, udało nam się zasnąć. Godzina 7:00 wstajemy! To już czas... AHOJ PRZYGODO!
Silnik się grzeje, my ściskamy się z rodzinami. Wsiedliśmy, wyjeżdżając machamy jeszcze sąsiadom.

Jadąc mijamy tylko kolejne domy naszych sąsiadów i przyjaciół. Zaplanowaliśmy wcześniej, że nie będziemy przekraczać prędkości 80km/h. Dzięki temu więcej zobaczymy, mniej się zmęczymy i auto nie ucierpi.
Przekroczenie granicy / Fot. Kamil Cwiklinski
Głód informuje nas, że pora zjechać, odpocząć i coś zjeść. Szukając postoju zauważyliśmy olbrzymi pomnik ziemniaka. To był znak! Zjechaliśmy na stację w Bieskierzu i rozkoszowaliśmy się pysznymi mamusiowymi bułeczkami i herbatką. Najedzeni ruszyliśmy dalej w kierunku granicy. O godzinie 16:00 przekroczyliśmy granicę Polska-Niemcy. Potem już z górki do Hamburga, tam miała się zakończyć dzisiejsza podróż.

Hamburg / Fot. Kamil CwiklinskiGodzina 21:20 Dotarliśmy do Hamburga. Powitała nas rodzina. Zmęczenie pozwoliło nam jedynie posilić się i dotrzeć do przygotowanego miejsca spoczynku. Z samego rana rozpoczęliśmy zwiedzanie miasta. Bawiliśmy się w lunaparku Hamburger Dom i na wystawie miniatur Wunderland. Obeszliśmy miasto, jeździliśmy pociągami U-bahn i S-bahn (metro i normalna kolej). Spróbowaliśmy przepysznych Curry Wurst, czyli kiełbasek z curry, polanych sosem curry i jeszcze posypanych curry. Currystycznie!
Uzupełniliśmy zapasy w markecie i po całym dniu przygód wróciliśmy aby odpocząć. 12 kwietnia z samego rana ruszyliśmy dalej.

Po południu przejechaliśmy przez Holandię, i zajechaliśmy do Mol w Belgi. Oczywiście pospacerowaliśmy sobie po mieście i spróbowaliśmy przepysznych wyrobów czekoladowych. Kupiliśmy kilka paczek najsmaczniejszych i ruszyliśmy na poszukiwanie noclegu.

śniadanie w Belgii / Fot. Kamil CwiklinskiCeny hoteli nas zgniotły, wahały się od 250 do 400 euro za noc od osoby. Pozostało nam więc zjechać na postój i przespać się w aucie. Rano zjedliśmy na śniadanie resztki z Hamburga i ruszyliśmy - kierunek Francja.

We Francji znaleźliśmy się niesamowicie szybko. Około godziny 12:00 dojechaliśmy do Calais, skąd mieliśmy prom.
Kupiliśmy bilety na 21:30 i ruszyliśmy na podbój miasta.
Francuskie frytki w Calais / Fot. Kamil CwiklinskiPospacerowaliśmy wzdłuż basenu jachtowego, obeszliśmy latarnię morską i spróbowaliśmy frytek.
Mała przyczepka na parkingu serwująca tylko frytki, przemiła sprzedawczyni przy nas w kilka sekund ręcznie obrała ziemniaki i usmażyła.
To były najlepsze frytki jakie kiedykolwiek jedliśmy! Zdecydowanie obowiązkowy przystanek każdej wycieczki przebiegającej przez Calais.

Później zajechaliśmy na parking przed dużym marketem i weszliśmy aby przyjrzeć się przysmakom. Kupiliśmy dwie duże siatki pełne różnych serów i dwa opakowania Crossaint'ów. Jedne wypełnione jabłkiem z cynamonem, były tak dobre że cofnęliśmy się po więcej.

Wietrzenie stóp w Calais / Fot. Izabela KrawczykWróciliśmy do auta i daliśmy naszym nogom odetchnąć od obuwia. Zapach serów był identyczny jak zapach naszych stóp.

Wieczorem wjechaliśmy na prom, wysiadając z auta rozmawialiśmy z polską rodziną zaskoczoną polonezem. W między czasie wiele osób robiło zdjęcia. Weszliśmy na pokład i miło relaksowaliśmy się w wygodnych fotelach. Rejs był bardzo przyjemny i spokojny, nim się obejrzeliśmy przyszło wracać do auta.

Wjazd na prom w Calais / Fot. Kamil CwiklinskiJuż schodząc po schodach do części z pojazdami czuliśmy zapach serów. Był tak intensywny jakby każdy kierowca przewoził ich pełen bagażnik. Niestety, cały ten zapach dochodził tylko z naszego auta. Była to wykwintna mieszanka aromatyczna serów i naszych skarpet. Jeszcze przed dobiciem szybko zapakowaliśmy je w kilka szczelnie zawiązanych worków.

Był środek nocy gdy zjechaliśmy z promu w Dover. Obsługa puściła nas jako pierwszych. Mimo że nasza nawigacja nie wskazywała drogi wyjazdu z portu udało nam się w końcu go opuścić. Oczywiście kilka pierwszych rond pojechaliśmy pod prąd, na szczęście tutejsi kierowcy byli wyrozumiali. Póki trwała noc chcieliśmy szybko zwiedzić Londyn zanim mieszkańcy wrócą na drogi.

Jadąc do stolicy Anglii na autostradzie mieliśmy włączone wszystkie możliwe światła włącznie z awaryjnymi i nie przekraczaliśmy prędkości 30km/h. Powodem była tak gęsta mgła przez którą widoczność ograniczała się do dwóch metrów. Tak jak większość kierowców zjechaliśmy na pobocze i postanowiliśmy przespać się do rana.
Polonezem pod prąd. / Fot. Kamil CwiklinskiNa szczęście i ku naszemu zdziwieniu po godzinie z mgły nie zostało już nic. Szybko więc popędziliśmy do miasta. Gdy znaleźliśmy się w centrum trwał ruch niczym za dnia, a z racji że było to nasze pierwsze spotkanie z ruchem lewostronnym i zmęczenie dawało się we znaki postanowiliśmy kierować się do znajomych mieszkających na obrzeżach.
Mieliśmy ich adres i numer telefonu zapisany. Niestety, telefon się rozładował a po wbiciu adresu w nawigację pojawiło się 6 tych samych opcji. Nie pozostało nam nic innego jak kolejną noc spędzić w aucie. Zajechaliśmy więc na stację benzynową. Tam podładowaliśmy telefon i przespaliśmy się przez 3 godziny.

Rano wyjechaliśmy kierunek Bath.
Widoki w Bath / Fot. Kamil CwiklinskiPrzywitała nas tam rodzina i zaproponowała zwiedzenie miasta, niestety nie byliśmy w stanie. Położyliśmy się spać. Wieczorem, gdy byliśmy już wyspani i pełni sił ruszyliśmy w miasto. Zostaliśmy obwiezieni po najciekawszych miejscach, m.in. zobaczyliśmy jedyny w Europie most, ze sklepami na nim.

Gdy nastała noc, wróciliśmy, aby porozmawiać i spróbować pysznych dań. Jedliśmy między innymi fasolkę w sosie pomidorowym, kiełbaski i rogaliki z humusem (pasta z ciecierzycy). Rano zaś poszliśmy pieszo na spacer po mieście.
Obeszliśmy kilka sklepów i podziwialiśmy piękne widoki na miasto z góry.

Następnego dnia, wyspani spokojnie wyruszyliśmy kierunek Holyhead, skąd odpłynęliśmy kolejnym promem do Dublina.
Tym razem rejs nie był już taki spokojny. Promem strasznie bujało i mimo że wszyscy chodzili normalnie, my nie byliśmy się w stanie utrzymać na nogach.
Posililiśmy się w restauracji, obeszliśmy po sklepie i zwiedziliśmy troszkę okręt.
Płynęliśmy bardzo długo, próbowaliśmy się nawet zdrzemnąć, niestety bujanie nam to uniemożliwiło, a wręcz wywoływało nudności.

O świcie dobiliśmy do Dublina, stąd już była prosta droga. Dokładnie o godzinie 8:20 rano zajechaliśmy do naszej rodziny w Belfaście. Po przywitaniu padliśmy zmęczeni spać. Gdy nabraliśmy sił rozpoczęliśmy świętowanie zwycięstwa. Wiedzieliśmy jednak że to nie koniec oficjalnej wyprawy. Na następny dzień ruszyliśmy na ustaloną metę przy stoczni Harland and Wolf gdzie wybudowano Titanica. Wtedy z wielką ulgą na sercach i uśmiechem od ucha do ucha mogliśmy śmiało powiedzieć że się udało.

Polonez przy stoczni Titanica w Belfaście / Fot. Kamil CwiklinskiByła to wspaniała przygoda dla nas i niesamowita próba dla auta. Pomimo jednej przepalonej żarówki, poldek spisał się dzielnie.
Uważamy, że takie wyprawy są najlepszym sposobem na podróżowanie. Każdy powinien spróbować. Ale ostrzegamy! To uzależnia.

My oczywiście czujemy teraz pewien niedosyt, jesteśmy żądni kolejnych przygód. Postanawiamy więc aby w sierpniu 2015 roku wyruszyć na kolejną, jeszcze większą wyprawę. Tym razem przejedziemy przez 16 państw a zajmie nam to trzy tygodnie. Zapraszamy do dołączania do nas. Więcej informacji na naszej stronie www.pl-ie.pl

Również dzięki naszej współpracy z firmą Helimatography, podczas wyprawy nakręcimy film dokumentalny.
Opowiemy w nim o ciekawych miejscach w każdym z odwiedzanych państw a także spotkamy się i przeprowadzimy wywiady z posiadaczami Polskich klasyków.
Jesienią tego roku film trafi do sprzedaży za symboliczną cenę, a zysk zostanie przeznaczony na kolejne projekty stowarzyszenia m.in odrestaurowanie wybranego auta.
Wstępne informacje można znaleźć na naszej stronie oraz na https://www.facebook.com/events/728269167288527/

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.