Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

170691 miejsce

Wystawa „Profile i inne fotografie” w Łodzi

Od 10 do 31 marca można było oglądać wystawę „Profile i inne fotografie” łodzianina Edwarda Kocińskiego zorganizowaną w Łódzkim Towarzystwie Fotograficznym mieszczącym się przy ul. Piotrkowskiej 102.

Praca Edwarda Kocińskiego z cyklu "Profile" / Fot. Mirosława Kasowska Ekspozycja składała się z dwóch części. Żadna z nich nie miała w zestawie prac mieniących się barwami. Wręcz przeciwnie, autor przedstawił nam rzeczywistość operując dość oszczędnymi środkami. Jednak wszystkie zdjęcia - co trzeba podkreślić – były dowodem w jak perfekcyjnym stopniu artysta panuje nad techniczną stroną swoich prac. Widać było ogromne doświadczenie wyniesione z ciemni, które zaprocentowało przydając fotografiom doskonałości.

– W dzisiejszych czasach wszechogarniającej łatwizny coraz mniej osób potrafi docenić znaczenie prawdziwej znajomości medium – napisał Wojtek Tkaczyński, znany w Polsce pedagog oraz niekwestionowany autorytet i „specjalista od ciemni” w ulotce omawiającej twórczość fotografika. Nie mniej ważne jest to, co artysta chciał nam pokazać. Pod tym względem obydwie części wystawy tematycznie znacznie się różniły i niosły odrębne przesłania. Jedna z nich w sposób dosłowny przedstawiała człowieka, a druga jego otoczenie.

Profile
Po wejściu do pierwszej sali widzieliśmy surowe wizerunki ludzi, w chwilowym odruchu kojarzące się nieco ze zdjęciami z policyjnych kartotek. Ale nie o to chodziło. Brakowało tabliczek z numerami, a w dodatku twarze nie były w dwóch wersjach – z profilu i an face tylko w trzech, bo dochodził drugi profil. Takie zdjęcia kolejnym ludziom artysta robi od lat.

Chociaż prezentowane prace autor nazwał właśnie profilami równie dobrze moglibyśmy powiedzieć, że były to trzyczęściowe portrety. Zrobione na tle jasnego, neutralnego tła surowa postawa i spojrzenie pozbawione emocji, przywodziło na myśl kamienne popiersia, a nie żywe osoby.

Dlaczego autor zdecydował się na sfotografowanie dwóch profili? Dlaczego modelom nadał maksymalną statyczność? Czyżby wziął pod uwagę, że człowiek nie jest idealnie symetryczny i co innego możemy zobaczyć w prawej, a co innego w lewej części twarzy? Może łatwiej odkryjemy tajemnice jego wnętrza, gdy będzie stał nieruchomo i będziemy mogli spokojnie a tym samym dokładnie mu się przyjrzeć?

Ale z drugiej strony jesteśmy przecież wtedy pozbawieni sygnałów płynących z mowy jego ciała, dzięki której zawsze wiele możemy się dowiedzieć. Czasami nawet tego co najważniejsze, a czego ktoś nigdy nie powiedziałby nam słowami. Więc raczej nie chodziło o odkrywanie czyjejś duszy, a raczej odwrotnie – o jej ukrycie. Trudno się było oprzeć wrażeniu, że człowiek jawił się na tej wystawie jako tajemnica.

Nie mogliśmy jej odkryć do końca, nawet jeśli widzieliśmy sfotografowane osoby z wielu stron. Sekret był tym większy, że na fotogramach nie mieliśmy żadnych znaków pomocniczych, żadnych rekwizytów, które byłyby dodatkową wskazówką z kim mamy do czynienia. Brak było konkretnego tła, otoczenia ułatwiającego identyfikację danej osoby czy jakichkolwiek przedmiotów. Nie było nawet cienia. Autor utrwalił posągi naszej rzeczywistości.

Patrzyły na nas wprost i w tym samym czasie odwrócone były do nas bokiem.
Mieliśmy ich czternaście, w tym tylko trzy kobiety. - Czemu jest tak mało zdjęć kobiet? – zapytałam autora. Udzielił nieco dziwnej odpowiedzi. – Bo kobiety nie chcą się fotografować. Zrobiłam zdziwioną minę. – Tak, tak, nie chcą – zapewnił. - Dlaczego? – Nie wiem. W jednym przypadku udało mi się nakłonić koleżankę, która jest w wieku, w którym kobiety są… najpiękniejsze – i pokazał na fotografię z czterdziestokilkulatką...

Pejzaże
Zastanawiając się nad tym, co kierowało kobietami, które odmówiły udziału w artystycznej, nie rozbieranej sesji przeszłam do następnej sali. Na dziesięciu fotogramach było tam inne życie – pozornie też zastygłe w bezruchu. Jednak czas nie był zatrzymany. Widziałam dynamiczną agonię prawdopodobnie wiekowych, próchniejących drzew i starych sypiących się murów.

Pomimo, że nie widać było ludzi, ściany tak samo jak ich ciała, na naszych oczach zamieniały się w proch. Murom ubywało materii podobnie jak osobnikom naszego gatunku w późnym wieku ubywa kości i wzrostu. W nie lepszym stanie były drzewa rosnące blisko murów i tak samo jak one wydających ostatnie tchnienie. Odchodziły jednocześnie jakby były nierozłączne – aż do śmierci.

Autor zdjęć wprowadził nas też głęboko w las, gdzie wiele było drzew kończących swoje życie. Niektóre już leżały, inne chyliły się ku ziemi, by za chwilę pójść w ślady braci wcześniej pokonanych przez czas. Ich poskręcane, chore konary nieodparcie kojarzyły się ze spracowanymi i zniszczonymi, niezgrabnymi ludzkimi ramionami, rękoma oraz dłońmi. Pęknięcia w kruszejących już pniach były jak ludzkie rany, które człowiekowi czyni choroba.

Gdzieś w tej umierającej rzeczywistości był mały punkt kurczowo trzymający się życia. Udający, że wszystko jest w porządku, pomimo wyszczerbionych, rozsypujących się cegieł i zewsząd otaczającego go zniszczenia. To okno na pierwszym piętrze rozpadającego się domu w którym jak gdyby nigdy nic wisiała biała firanka. Okno, którego ramy odmalowano w ostatnim geście samoobrony mające szansę jeszcze pożyć, lecz w otoczeniu, które nie niesie nadziei.

Dłużej zatrzymałam się przy fotogramie z samotnym drzewem zupełnie opuszczonym przez swoje dzieci - liście. Na tle nieba wydawało się być ogromnym tworem – smokiem z wieloma głowami. Jednak nie było groźne. Bo spało zimową porą, a te głowy to były tylko szeroko rozrzucone konary. Gdy się obudzi będzie mówić szelestem liści, które je ponownie odwiedzą.

Na wystawie autor umieścił też jedno zdjęcie dość specyficznie przedstawiające miejską rzeczywistość. Był na nim jeden z budynków łódzkiej Manufaktury jeszcze w trakcie remontu. Obstawiony rusztowaniami i opakowany naciągniętą na nie folią budowlaną kojarzył mi się z pracami konceptualistów z nurtu land art. - chociażby z niemieckim Reichstagiem opakowanym w 1995 r. przez Christo – znanego amerykańskiego artystę bułgarskiego pochodzenia. To było niby zwykłe zdjęcie, ale fragment architektury przedstawiony ręką mistrza jawił się jako współczesne dzieło sztuki.

Przed wyjściem z galerii rozmawiałam z Edwardem Kocińskim. Byłam ciekawa rzeczy prozaicznej, mianowicie tego, jakim aparatem robił prace tak wyrafinowane technicznie – analogowym czy cyfrowym. – Część takim, a część takim. Ale to nie jest ważne. Aparat to tylko narzędzie. Ważna jest postawa fotografa. Jego stosunek do fotografowanej rzeczywistości – powiedział mi artysta.

O autorze
Edward Kociński urodził się w 1948 roku w Łodzi. W wieku 16 lat trafił do Amatorskiego Klubu Filmowego w Łódzkim domu Kultury. Jednak bardziej interesowała go fotografia niż film. Jego prace prezentowane są na wystawach od 1975 r. Poza Polską oglądać je było można w Czechach, Francji, Niemczech, Portugalii i Włoszech. Zdobył wiele nagród. „Profile i inne fotografie” to trzecia jego indywidualna wystawa, a pierwsza pokazywana w Galerii Łódzkiego Towarzystwa Fotograficznego.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (1):

Sortuj komentarze:

interesująca relacja, szkoda że mało zdjęć

Komentarz został ukrytyrozwiń

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.